„Cudem uszedłem z życiem”

– Byłem w pierwszym wagonie, który ocalał w wypadku. Cudem uszedłem z życiem. Gdy wyszliśmy o własnych siłach na zewnątrz, zobaczyliśmy fale pogiętej blachy. Lokomotyw po prostu nie było. Wagony pogięte w harmonijkę... – opisywał wypadek w rozmowie z TVP Info Łukasz Kmita – jeden z ocalałych pasażerów katastrofy kolejowej w Szczekocinach. W wyniku czołowego zderzenia składów zginęło 16 osób, a ponad 56 zostało rannych.

Jechałem pociągiem z Warszawy do Krakowa, w drugim wagonie. To jest pierwszy wagon, który ocalał z tego pociągu. Cudem uszedłem z życiem – mówił w rozmowie z TVP Info Łukasz Kmita, jeden z pasażerów.

Mniej więcej 10 minut przed wypadkiem pociąg stał jakieś 5-7 minut. Większość pasażerów spała. Potem pociąg ruszył i w momencie, kiedy zdążył się rozpędzić doszło do zderzenia – opowiadał Kmita. – Usłyszeliśmy huk i poczuliśmy mocne szarpnięcie. Jego siła była tak duża, że rzuciło mną o podłogę. Na szczęście nic mi się nie stało, byłem przekonany, że pociąg po prostu się wykoleił. Jednak to, co zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia – dodał.

Niewłaściwy tor

Gdy po wypadku wyszliśmy z wagonów, okazało się, że jechaliśmy po torze niewłaściwym i to była tak naprawdę przyczyna wypadku. Błąd popełniła osoba, która sprowadziła pociąg na ten właśnie tor – zaznaczył uczestnik wypadku.

Mężczyźni, którzy wyszli z wagonów o własnych siłach zostali poproszeni o pomoc innym pasażerom. Na początku myśleliśmy, że lokomotywa się wykoleiła, nie było nic widać. Podbiegliśmy do wagonów. Wtedy zobaczyliśmy pierwszy wagon pociągu, który jechał z naprzeciwka. Był całkowicie zmiażdżony. Nie było możliwości udzielić pomocy osobom uwięzionym w środku. Te osoby wołały pomocy, krzyczały – opisywał sytuację pasażer.

Dwa wagony pociągu jadącego w kierunku Warszawy były zwinięte w harmonijkę, lokomotywy zmiażdżone doszczętnie. Było dużo krwi, krzyki. Skala zniszczeń jest tak wielka, że liczba ofiar pewnie będzie duża. Nas uratowało prawdopodobnie to, że prowadziła nas cięższa lokomotywa i ta siła zniszczenia do naszego wagonu nie doszła – stwierdził.

Zadzwoniliśmy po pogotowie i straż pożarną. Teren dojazdu na miejsce wypadku jest bardzo trudny, do najbliższej drogi jest jakieś 300-400 metrów, a naokoło teren podmokły. Najpierw pojawiła się ochotnicza straż pożarna i jedna karetka. Po około 30 minutach zjawiły się profesjonalne służby z nożycami do cięcia blachy – mówił Kmita.

źródło:
Zobacz więcej