RAPORT

Propozycja podziału Ukrainy? Sikorski na cenzurowanym

Wołodźko: Horror z happy endem. Po meczu Polski z Argentyną

Już w niedzielę nasza reprezentacja zmierzy się z Francją (fot. Pablo Morano/BSR Agency/Getty Images)
Już w niedzielę nasza reprezentacja zmierzy się z Francją (fot. Pablo Morano/BSR Agency/Getty Images)

Ironiści powiadają, że mecz z Argentyną to element długofalowej strategii Biało-Czerwonych przed spotkaniem z drużyną Francji. Uśpimy czujność Francuzów, wykorzystamy element zaskoczenia i pierwszy gol dla nas. Trochę to śmiech przez łzy. Ale jednak śmiech. I radość z historycznego awansu polskiej drużyny.

Szczęsny i... długo, długo nikt. Oceny po Argentynie

Polska przegrała z Argentyną (0:2) w ostatnim meczu fazy grupowej mistrzostw świata w Katarze, ale ten wynik - przy zwycięstwie Meksyku nad Arabią...

zobacz więcej

Należę do pokolenia, które największe sukcesy polskich piłkarzy zna z wczesnego dzieciństwa albo z rodzinnych i towarzyskich opowieści starszych już dziś krewnych. Trzecie miejsce na mundialu w RFN w 1974 pod wodzą trenera Kazimierza Górskiego, trzecie miejsce w Hiszpanii w 1982 roku pod wodzą Antoniego Piechniczka.


Moje pokolenie, obudzone w środku nocy, będzie doskonale wiedziało kto to Grzegorz Lato, Kazimierz Deyna, Andrzej Szarmach, Andrzej Buncol, Włodzimierz Smolarek i – last but not least – Zbigniew Boniek. Ale – powtórzę – my, urodzeni w latach 70. XX wieku wspaniałe zwycięstwa z lat 70. i 80. znamy już tylko właściwie z powtórek albo zamglonych wspomnień.


Wspomnień coraz szybciej się starzejących, coraz bardziej odległych na czarno-białych często kadrach. Coraz częściej pokrytych innymi uczuciami: zawodem i zażenowaniem na to, co później stało się udziałem polskiej piłki. Nie ma co mydlić sobie oczu: od mistrzostw świata w Meksyku w 1986 roku było już tylko gorzej.


Dorastaliśmy i dorośliśmy nucąc na ogół: „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Załamywaliśmy ręce nad „leśnymi dziadkami” wiadomo skąd, pocieszaliśmy się drobnymi sukcesami i szumnymi zapowiedziami z czasów Jerzego Engela i Pawła Janasa.

MŚ 2022. Kapitalny Szczęsny! Polak obronił rzut karny Messiego

W 37. minucie meczu Polska-Argentyna doszło do kontrowersji w polu karnym Biało-Czerwonych. Najpierw nasz bramkarz obronił strzał Juliana Alvareza,...

zobacz więcej

Wreszcie wyrosła na naszych oczach, wspaniała, naprawdę godna podziwu i szacunku kariera Roberta Lewandowskiego. Ale nasza drużyna narodowa... To nie był powód do dumy. Woleliśmy jednak oglądać powtórki z mistrzostw w Niemczech w 1974 roku i w Hiszpanii 1982 roku.


Przyznam jedną rzecz: nic mnie tak przez te lata nie irytowało, jak to nieustanne „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. To pocieszanie się, tłumaczenie, poklepywanie po studiach między ekspertami, trenerami, działaczami, zawodnikami. Ten cholerny, przepraszam bardzo, klub wzajemnej adoracji polskiej piłki nożnej, który dźgał w oczy szczególnie boleśnie, gdy nie tylko nasi grali antyfutbol, ale sprawiali wrażenie antydrużyny.


Bo to jest w piłce nożne najgorsze: wie to każdy, kto grał choćby w podwórkowych i szkolnych ligach: absolutny brak zgrania i kompletny brak woli wspólnej walki. Nie trzeba być utytułowanym specjalistą, kasowym piłkarzem, rozchwytywanym komentatorem żeby to wiedzieć. To jest ABC tego sportu: wspaniałe indywidualności bardzo się liczą. Ale nie mniej liczy się to, czy cała drużyna jak w stanie skutecznie wykonać kilka lub kilkanaście podań na polu własnym i przeciwnika.


Dodam ważną rzecz: piłka nożna nie jest zwykłym sportem. Jest mitem i jest żywym wspomnieniem milionów chłopców (nierzadko też dziewcząt) także w Polsce. Wspomnieniem zapisanym w ciele, bo niemal każdy z nas grał kiedyś na obronie, w ataku, stał na bramce.


Pewnie daleko nam do społeczeństw Ameryki Południowej, ale w czasach, gdy byłem dzieckiem i nastolatkiem, w piłkę nożną grało się niemal zawsze i niemal wszędzie. Na ulicy, na podwórku, na łące, na boisku szkolnym, przed garażami, w bramie starej kamienicy, przed blokiem pod oknem dzielnicowego (najgorzej).

MŚ 2022. Rywale zagrali dla nas. Mamy awans!

Reprezentacja Polski przegrała z Argentyną 0:2 (0:0) w meczu 3. kolejki grupy C mistrzostw świata. Biało-czerwoni doznali porażki, ale po 36 latach...

zobacz więcej

Ta nasza piłka nożna, bez reklam, sponsorów i ekspertów powtarzających wciąż te same pocieszenia jak zdarta płyta, to były potłuczone kolana, zdarte do krwi łokcie, zbite szyby, karczemne awantury o spalonego i rękę. Piłkę nożną ogląda się nie tylko dlatego, że to wciąż wspaniały sport, który gwarantuje mnóstwo niespodzianek – to pokazały mistrzostwa w Katarze.


Piłkę nożną, nawet jeśli wiemy, jak bardzo potrafią zepsuć ją wielkie pieniądze, ogląda się także dlatego, że to sport, który znamy niemal od zawsze. Nie tylko jako bierni widzowie – także jako dawni piłkarze podwórkowych drużyn. Pasja gry była wówczas taka sama, choć rzadko kto z nas mógł sobie pozwolić na korki z prawdziwego zdarzenia, na mokrej trawie ślizgaliśmy się w trampkach, co niejednemu odebrało zwycięskiego gola, a dobra piłka była niekiedy towarem deficytowym.


Także dlatego tak często oglądaliśmy Biało-Czerwonych w takich nerwach. I dawaliśmy się łatwo pocieszać, że w końcu będzie lepiej.


Wreszcie stało się. Polacy nie wracają jeszcze z Kataru. Mecz z Argentyną był brzydki jak najbrzydsze chwile polskiego futbolu w III RP. Ale Wojciech Szczęsny był wspaniały. Przejdzie do historii tych mistrzostw dzięki na razie dwóm obronionym karnym i niezliczonym sytuacjom, gdy ratował skórę Biało-Czerwonym.


Nasza drużyna wreszcie poszła dalej. To naprawdę wspaniała wiadomość. I powód do radości dla każdego fana i fanki rodzimej piłki nożnej. Ale nie udawajmy, że jest wszystko w porządku z naszym antyfutbolem. I z drużyną, która naprawdę powinna chcieć nam wszystkim pokazać, że w zgrany sposób umie zagrać cały mecz. Najlepiej ten najbliższy – z Francją. Naprzód, Biało-Czerwoni!

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej