RAPORT

Propozycja podziału Ukrainy? Sikorski na cenzurowanym

Statek widmo, który przeżył swoją zagładę

Czy poznamy prawdę o losach brygantyny „Mary Celeste”? (CC)
Czy poznamy prawdę o losach brygantyny „Mary Celeste”? (CC)

Najnowsze

Popularne

Kochamy tajemnice. Niewiele rzeczy potrafi tak działać na wyobraźnię jak dobrze skrojona zagadka. Kto zabił prezydenta Johna F. Kennedy'ego? Czy odwiedzają nas kosmici? Co za diabelstwo kryje się w wodach Trójkąta Bermudzkiego? Mija właśnie 150 lat od zainicjowania jednej z największych zagadek w historii marynistyki – odkrycia dryfującej brygantyny „Mary Celeste” bez żywego człowieka na pokładzie. Do dziś nie wiadomo, dlaczego załoga i pasażerowie porzucili sprawny statek i co zgotowało ich zgubę. Możemy oczywiście sami zaproponować rozwiązanie tej arcyzagadki.

Śmierć na Górze Umarłych. UFO doprowadziło do zagłady studentów?

Kosmici, tajna broń, wilkołaki, potwór Menk, diabli wiedzą co – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co zaszło w obozie studentów i...

zobacz więcej

Odtwórzmy zatem historię tego niepozornego żaglowca. „Mary Celeste” była brygantyną, czyli niewielkim statkiem handlowym, środkiem transportu towarów popularnym od XVI do XIX wieku dzięki swojej szybkości i zwrotności. Te czynniki sprawiały, że były ulubionymi okrętami piratów na Morzu Śródziemnym. Zresztą sama nazwa od razu wskazywała piracką przeszłość. Po włosku „brigantino” oznacza zbójecki.


Budowa 30-metrowego dwumasztowego żaglowca rozpoczęła się pod koniec 1860 roku w stoczni Joshuy Dewisa w miejscowości Spencer's Island w kanadyjskiej Nowej Szkocji. Zwodowanie miało miejsce 18 maja 1861 roku. Początkowo nosił raczej pompatyczną nazwę „Amazon”. Amazonkę zarejestrowano w pobliskim porcie Parrsboro w hrabstwie Cumberland. W dokumentach rejestracyjnych wskazano, że mierzy 99,3 stopy (30,3 m) długości, 25,5 stopy (7,8 m) szerokości i zanurza się na 11,7 stopy (3,6 m). Tonaż wyniósł 198,42 ton brutto. Właścicielami było ośmiu lokalnych inwestorów z konstruktorem statku Dewisem, oraz pierwszym kapitanem Robertem McLellanem na czele.


Od początku jakieś ponure fatum unosiło się nad „Amazon”. Na samym początku dziewiczego rejsu okrętu na Five Islands po ładunek drewna, który miał zostać zabrany do Londynu, zaledwie dziewięć dni po objęciu dowództwa zachorował na zapalenie płuc i 19 czerwca 1861 roku zmarł pierwszy kapitan McLellan. Kostucha zebrała zresztą aż trzech kapitanów brygantyny z jej pokładu, ale okrutny los objawiał się także na inne sposoby. Drugim kapitanem został John Nutting Parker i kontynuował podróż do Londynu, ale też nie obyło się bez katastrofy. Na wodach cieśniny niedaleko Eastport w amerykańskim stanie Maine brygantyna zaplątała się w sprzęt rybacki, zaś po opuszczeniu Londynu zderzyła się z kutrem rybackim na kanale La Manche w pobliżu Dover i zatopiła go. Kosztowało po kapitana Parkera utratę posady.


Pożar podczas remontu


„Amazon” została odprowadzona na remont do stoczni. Podczas prac naprawczych na śródokręciu wybuchł pożar, co sprawiło, że remont się przedłużył, a koszty zwiększyły. Były też i pozytywne momenty. Gdy w listopadzie 1861 roku jednostka zawitała do Francji stała się tematem obrazu przypuszczalnie autorstwa Honoré de Pellegrina, znanego malarza morskiego ze szkoły marsylskiej. Dzięki temu także dziś wiemy jak wyglądała. Kolejne lata były względnie spokojne i brygantyna przynosiła właścicielom znaczne dochody, ale fatum cały czas czyhało by w październiku 1867 roku ponownie uderzyć. Tym razem w postaci sztormu u wybrzeży Nowej Szkocji. Jednostka dowodzona wówczas przez Williama Thompsona została tak poważnie uszkodzona, że właściciele zdecydowali się porzucić ją jako wrak.


Zdarza się, że i wraki dostają drugie życie. 15 października połasił się na niego lokalny biznesmen Alexander McBean z Glace Bay w Nowej Szkocji. Zrobił dobry interes, sprzedał okręt w listopadzie 1868 roku Amerykaninowi Richardowi W. Hainesowi z Nowego Jorku za 1750 dolarów. Haines musiał od razu wyłożyć 8825 dolarów na odbudowę jednostki. Został jej kapitanem i w grudniu 1868 roku zarejestrował brygantynę u poborcy celnego w Nowym Jorku. Otrzymała nazwę „Mary Celeste” i pod nią zapisała się w historii. Nowy armator długo nie nacieszył się jednak zakupem. Tym razem fatum objawiło się w postaci wierzycieli, którzy zajęli jednostkę i sprzedali nowojorskiemu konsorcjum kierowanemu przez Jamesa H. Winchestera.

Porywacz, który nie istniał. Zagadka lotu numer 305 wciąż fascynuje

Przestrzeń powietrzna skrywa wiele tajemnic. Jaki los spotkał Amelię Earhart? Jakie diabelstwo porwało Fredericka Valenticha? Co się stało z lotem...

zobacz więcej

Wiadomo, że na początku 1972 roku „Mary Celeste” przeszła gruntowny remont, na który wyłożono 10 tysięcy dolarów. Brygantyna „urosła” do 103 stóp (31 m), szerokość zwiększyła się do 25,7 stóp (7,8 m), a głębokość do 16,2 stóp (4,9 m). Dołożono także drugi pokład, rozbudowano rufówkę, nowe rygle i wymieniono kilka belek. Tonaż zwiększył się do 282,28. Nowym kapitanem został Benjamin Spooner Briggs. Urodził się 24 kwietnia 1835 roku w Wareham w stanie Massachusetts w rodzinie marynarskiej. Jego ojciec Nathan był kapitanem. Spośród pięciu synów tylko jeden nie wyruszył w morze, a aż dwóch zostało kapitanami. Wiemy, że Benjamin był osobą głęboko religijną, stale czytał Biblię i gdy był na lądzie regularnie uczestniczył w nabożeństwach.


W 1862 roku Briggs wziął ślub ze swoją kuzynką Sarą Elizabeth Cobb, co w tamtych czasach nie było aż tak piętnowane. Miesiąc miodowy oczywiście spędzili na pokładzie statku. Popłynęli w rejs śródziemnomorski szkunerem „Forest King”. Para doczekała się syna Arthura urodzonego we wrześniu 1865 roku i córki Sophie Matilde urodzonej w październiku 1870 roku. Wiadomo, że Briggs rozważał wycofanie się z branży razem z bratem Oliverem i zajęcie jakimś biznesem, ale ostatecznie oszczędności zainwestował w jedną trzecią akcji konsorcjum Winchestera i brygantynę „Mary Celeste”. W swój pierwszy a zarazem ostatni rejs jako kapitan tego świeżo wyremontowanego okrętu wypłynął 5 listopada 1872 roku z Nowego Jorku. Celem była Genua, ale nigdy nie udało mu się osiągnąć tego portu.


Załoga pierwsza klasa


37-letni kapitan załatwił, by w rejsie towarzyszyły mu żona i córka. Syn został z babcią. Historycy zwracają uwagę, że Briggs starannie dobrał załogę. Pierwszy oficer 28-letni Albert G. Richardson był mężem siostrzenicy Winchestera i wcześniej pływał pod dowództwem Briggsa. Drugi oficer 25-letni Andrew Gilling urodził się w Nowym Jorku i był pochodzenia duńskiego. Stewardem i kucharzem był 23-letni Edward William Head, mężczyzna zaraz po ślubie zatrudniony po rekomendacji Winchestera. Marynarzami byli Niemcy z Wysp Fryzyjskich: bracia Volkert i Boy Lorenzen, Arian Martens i Gottlieb Goudschaal. Zostali opisani jako „pokojowi” oraz „pierwszej klasy”. Sam Briggs napisał w liście do matki tuż przed rejsem, że jest bardzo zadowolony zarówno ze statku, jak i załogi. „Nasz statek jest w pięknym stanie i mam nadzieję, że będziemy mieli dobry rejs” – napisał.


„Mary Celeste” stała zacumowana przy molo numer 50 na rzece East River w Nowym Jorku gdy 20 października przybył tam kapitan Briggs. Chciał osobiście nadzorować załadunek 1701 beczek z alkoholem. Żona i dwuletnia córeczka dołączyły do niego tydzień później. Brygantyna odbiła od molo we wtorek 5 listopada, ale dopłynęła tylko do portu na Staten Island. Briggs chciał poczekać na lepszą pogodę. Ta przyszła po dwóch dniach. Przerwę żona kapitana wykorzystała na wysłanie listu do teściowej. „Powiedz Arturowi – prosiła – że polegam bardzo na listach, które od niego dostanę i postaram się zapamiętać wszystko, co dzieje się podczas podróży, żeby mu sprawić radość opowieścią” – napisała. Dziś bardzo byśmy chcieli wiedzieć co widziała i czego doświadczyła Sarah.


Teraz drugi bohater dramatu. Gdy „Mary Celeste” wypływała w rejs, kanadyjska brygantyna „Dei Gratia” czekała w pobliżu Hoboken w stanie New Jersey na załadunek ropy naftowej. Również jej celem była Genua. Kapitanem okrętu był David Morehouse, podobnie jak pierwszy oficer Oliver Deveau pochodzący z Nowej Szkocji. Obydwaj byli bardzo doświadczeni i szanowani w branży, podobnie jak Briggs, z którym Morehouse miał nie tylko wspólne zainteresowania, ale jak twierdzą niektórzy badacze miał się również znać. Pojawia się nawet relacja, że kapitanowie byli bliskimi przyjaciółmi, a nawet mieli zjeść kolację w wieczór poprzedzający wypłynięcie „Mary Celeste” w rejs. Twierdziła tak wdowa po Morehouse'ie, ale historię tę opowiedziała 50 lat po zdarzeniu, więc wiarygodność jest umiarkowana. Wiemy za to z całą pewnością, że „Dei Gratia” wypłynęła osiem dni po „Mary Celeste”.

Arthur Conan Doyle przyczynił się do budowy mitu „Mary Celeste” (fot. Library of Congress)
Arthur Conan Doyle przyczynił się do budowy mitu „Mary Celeste” (fot. Library of Congress)

Chłopiec bez przeszłości. Tajemnica Kaspara Hausera fascynuje do dziś

„Kaspar Hauser” – zapisało dziwne dziecko, które pojawiło się znikąd na ulicach Norymbergi. Tak rozpoczęła się największa, do dziś niewyjaśniona,...

zobacz więcej

W środę 4 grudnia około godziny 13 (czwartek 5 grudnia, czasu morskiego) okręt Morehouse'a osiągnął pozycję 38°20′N 17°15′W, znajdował się około 400 mil morskich od Gibraltaru, w połowie drogi między Azorami a wybrzeżem Portugalii. Sternik zgłosił kapitanowi statek oddalony o około 6 mil, który najwyraźniej dryfował w ich kierunku. Morehouse potwierdził nieregularne ruchy statku, dziwne ustawienie żagli i przyznał, że najwyraźniej coś jest nie tak. Gdy odległość się zmniejszyła stwierdzono, że na pokładzie tajemniczego okrętu nikogo nie ma. Wysłano sygnał, ale nie było odpowiedzi. Kapitan wysłał więc pierwszego oficera Deveau oraz drugiego oficera Johna Wrighta, żeby sprawdzili co się dzieje.


Łódź ratunkowa zniknęła


Oficerowie odczytali nazwę na burcie – „Mary Celeste” – i weszli na pokład. Stwierdzili, że okręt został opuszczony. Żagle były podniszczone, części w ogóle brakowało. Devaeu i Wright odnotowali, że znaczna część takielunku była uszkodzona, a liny zwisało luźno z burt. Odnotowali, że pokrywa głównego luku była zabezpieczona, ale luki dziobowe i afterpik były otwarte, zaś ich pokrywy leżały na pokładzie. Dalej, binnacle zawierający kompas, podstawowe urządzenie nawigacyjne, był przesunięty, zaś jego szklana pokrywa była pęknięta. Ustalono, że w ładowni znajdowało się około 3,5 stopy (1,1 m) wody – sporo, ale nie można mówić, że groziłoby to zatonięciem jednostki. Na pokładzie znaleziono porzuconą prowizoryczną sondę, którą mierzy się ilość wody w ładowni. Przede wszystkim brakowało jednak łodzi ratunkowej.


Devaeu i Wright zabezpieczyli dziennik okrętowy. Ostatni wpis pochodził z 25 listopada, godziny 8 rano, a więc 9 dni przed odnalezieniem „Mary Celeste”. Zanotowano wówczas, że brygantyna jest na pozycji 37°1'N 25°1'W, co oznacza, że samotnie przepłynęła niemal 400 mil morskich (740 km) do miejsca, gdzie odkryła ją załoga „Dei Gratia”. Przegląd kabin wykazał, że ich wnętrza były mokre i ustalono, że woda wlewała się przez drzwi i świetliki, ale poza tym wszystko było w porządku. W kabinie Briggsa odkryto miecz (w pochwie), ale brakowało większości dokumentów statku wraz z instrumentami nawigacyjnymi kapitana. Kuchnia była uporządkowana, choć brakowało w niej jedzenia, może zabrano je jako prowiant. Oficerowie wysunęli wniosek, że ewakuacja ze statku odbyła się w sposób zdyscyplinowany za pomocą brakującej łodzi ratunkowej. Nie stwierdzono żadnych śladów przemocy.


Morehouse postanowił sprowadzić „Mary Celeste” na Gibraltar. Miał w tym interes. Prawo morskie pozwalało mu zająć znaczną część wartości statku i ładunku, było to uzależniona od stopnia trudności akcji ratunkowej. Swoją ośmioosobową załogę podzielił na dwie grupy – sam został z kilkoma ludźmi na „Dei Gratia”, druga zajęła się znaleziskiem. Kapitan dopłynął na Gibraltar 12 grudnia, „Mary Celeste” dotarła następnego dnia rano – tam jednostka opuszczona przez Briggsa została zajęta przez zastępcę sądu Admiralicji.


Wszczęto śledztwo, rozpoczęły się przesłuchania. Deveau nie krył w liście do żony swojego interesownego podejścia do tematu akcji ratunkowej. Przekonywał, że męka sprowadzenia „Mary Celeste” w okrojonym składzie była tak wielka, że „prawie nie mogę powiedzieć, z czego jestem zrobiony, ale nie obchodzi mnie to, dopóki dostanę się do portu bezpiecznie. Dostanę dobrą zapłatę za »Mary Celeste«” – zapewniał.

Kosmiczne Archiwum X. Pentagon na tropie UFO

Tunele czasoprzestrzenne, napęd nadświetlny, niewidzialność – to nie wytyczne dla scenariusza filmu science-fiction, ale zakres prac tajnego...

zobacz więcej

Spisek załogi „Dei Gratia”


Proces ruszył 17 grudnia 1872 roku pod przewodnictwem sir Jamesa Cochrane'a, głównego sędziego Gibraltaru. Rozprawę prowadził Frederick Solly-Flood, prokurator generalny Gibraltaru, postać nieciekawa. Flood uczepił się myśli, że to załoga „Dei Gratia” dopuściła się przestępstwa i pozbyła się Briggsa, jego rodziny i ludzi, by przejąć statek z ładunkiem, a potem wszystko spieniężyć. Dowodził, że był to efekt alkoholu, z jakiegoś powodu brakowało bowiem dziewięciu beczek z ładowni „Mary Celeste”.


Flood zarządził dokładne badanie brygantyny. Przeprowadził je John Austin z pomocą nurka Ricardo Portunato. Austin zauważył nacięcia po obu stronach dziobu, spowodowane – dowodził – ostrym narzędziem, a także znalazł czerwone plamy na mieczu kapitana i uznał, że była to krew. Pojawił się więc wątek kryminalny.


Austin ocenił, że przyczyną ewakuacji z „Mary Celeste” nie mógł być sztorm, gdyż – zauważył – fiolka z olejem do maszyny do szycia stała pionowo na swoim miejscu. Sąd nie odniósł się do wątpliwości, że mogła zostać później postawiona ponownie. Na podstawie badania kadłuba Portunato wyraził natomiast przekonanie, że statek nie brał udziału w kolizji ani nie osiadł na mieliźnie. Śledczy odkryli za to, że nacięcia na dziobie zostały wykonane celowo. Co więcej, plamy na jednym z relingów statku mogły być krwią, zaś obok nich znajdował się głęboki ślad, przypuszczalnie efekt uderzenia toporem. Te dowody zmusiły Flooda, osoby o lotności umysłu worka cementu, do wyciągnięcia ostatecznego wniosku, że „Mary Celeste” była świadkiem zbrodni.


W raporcie do Londynu Flood przekonywał, że w niemieccy marynarze wraz ze stewardem w pijackim szale wymordowali rodzinę Briggsów i oficerów statku. Następnie zabójcy uszkodzili dziób aby zasymulować kolizję i uciekli, po czym spotkał ich nieznany los. Prokurator ocenił również, że załoga „Dei Gratia” coś ani chybi kręci i „Mary Celeste” znaleziono bardziej na wschód, bo jakim cudem jednostka mogła przepłynąć bez załogi 400 mil morskich. To faktycznie zagadka. Ale były i sprawy przyziemne. 15 stycznia na Gibraltar przybył Winchester, aby poprosić o zwolnienie „Mary Celeste”, by można było dostarczyć jej ładunek, interes musi się kręcić. Flood zażądał 15 tysięcy dolarów poręczenia, a tyle Amerykanin nie miał. Winchester doszedł do wniosku, że i jego prokurator podejrzewa o jakieś knowania.


Wnioski z raportu Flooda się nie utrzymały. Argument Winchestera, że Briggs nie opuściłby swojego statku, chyba że w ostateczności, były tylko słowem; ale były też konkretne dowody. Analiza plam z miecza kapitana i innych miejsc wykazała, że nie była to krew. Do tego amerykański konsulat na Gibraltarze zlecił własne badania i ustalono, że ślady na dziobie nie zostały stworzone przez człowieka, ale powstały w wyniku naturalnego oddziaływania morza na belki statku. Flood niechętnie, ale zwolnił „Mary Celeste” 25 lutego. W ciągu dwóch tygodni zebrano nową załogę, która pod wodzą kapitana George'a Blatchforda ze stanu Massachusetts odpłynęła do Genui. Nagroda za akcję ratunkową została wyznaczona przez sir Cochrane'a 8 kwietnia. Uznał, że wyniesie ona 1700 funtów, czyli około jednej piątej wartości brygantyny i jej kargo. Wycena mocno zaniżona, może nawet trzykrotnie. Cochrane nie wierzył najwyraźniej w uczciwość działań Morehouse'a.


Dalszy los niefortunnego żaglowca znamy. Opuścił Genuę 26 czerwca 1873 roku i 19 września dopłynął do Nowego Jorku. Ciągnęła się za nim zła sława i nie chciano korzystać z jego usług. W lutym 1874 roku konsorcjum sprzedało go ze znaczną stratą spółce nowojorskich biznesmenów, ale i oni nie potrafili sprawić, by okręt na siebie zarabiał. Fatum nadal się odzywało. W lutym 1879 roku zmarł przedwcześnie trzeci kapitan jednostki Edgar Tuthil, wobec czego zaczęto plotkować, że „Mary Celeste” jest przeklęta. Jako taka często przechodziła z rąk do rąk. Nie miała też szczęścia do kapitanów. W listopadzie 1884 jej ówczesny kapitan Gilman C. Parker zawiązał spisek mający na celu wyłudzenie dużych pieniędzy.

Burza przyczyniła się do opuszczenia „Mary Celeste”? (fot. Pexels)
Burza przyczyniła się do opuszczenia „Mary Celeste”? (fot. Pexels)

„Lubię zabijać ludzi, bo to fajna zabawa”. Historia seryjnego mordercy

Jest coś takiego w naszej naturze, że mamy sentyment do seryjnych morderców. Chcemy, żeby degeneratów dosięgła sprawiedliwość, psychologia odkryła...

zobacz więcej

Nieudany kant


Statek załadowano w znacznej mierze bezwartościowym ładunkiem, który ubezpieczono na niebagatelne 30 tysięcy dolarów. 16 grudnia Parker wyruszył do Port-au-Prince, stolicy i głównego portu Haiti. 3 stycznia 1885 roku celowo skierował brygantynę na dobrze oznaczoną na mapach rafę koralową Rochelois Bank. Zniszczenia były nie do naprawienia.


Chytry kapitan odpłynął z załogą na brzeg, gdzie sprzedał uratowany ładunek za 500 dolarów konsulowi amerykańskiemu i zgłosił się z roszczeniami do ubezpieczyciela. Oszustwo szybko wyszło na jaw. Wszczęto śledztwo. W lipcu Parker i jego wspólnicy zostali oskarżeni o spisek mający na celu popełnienie oszustwa ubezpieczeniowego. Kapitanowi doszły zarzuty umyślnego porzucenia statku, za co groziła wówczas nawet kara śmierci.


Parker się wywinął. On i spedytorzy, z którymi uknuł spisek, oddali wszystko, co otrzymali i wycofali roszczenia. Zarzut porzucenia jednostki również zawieszono i kapitan wyszedł na wolność. Oczywiście jego reputacja była zrujnowana i trzy miesiące po wyroku umarł w nędzy. Możemy sobie pozwolić na stwierdzenie, że „Mary Celeste” nie wybaczyła także innym oszustom. Jeden ze współoskarżonych oszalał, a inny – popełnił samobójstwo.


Przeklętej brygantyny nigdy nie odnaleziono. Wydawało się, że w sierpniu 2001 roku natrafiła na nią ekspedycja kierowana przez archeologa morskiego i pisarza Clive'a Cusslera. Na rafie Rochelois odkryto kilka kawałków drewna i jakieś metalowe przedmioty, ale było to ślepy trop. Testy dendrochronologiczne wykazały, że drewno pochodzi z drzew, najprawdopodobniej z amerykańskiego stanu Georgia, które rosły jeszcze w 1894 roku, a więc wiele lat po zagładzie „Mary Celeste”.


Morze nie zdecydowało się wydać statku. Do dziś nie znamy też prawdy o losie rejsu do Genui i jego uczestnikach. Obowiązuje zasada, że każdy artykuł prasowy powinien odpowiadać na pytania: kto, co, jak, gdzie, kiedy i dlaczego. Oczywiście zawsze najciekawsze jest to ostatnie. Zatem dlaczego doszło do zagłady załogi i pasażerów „Mary Celeste”? Co wygnało ich ze statku na środku oceanu? Ewentualnie kto kogo zabił i co go spotkało? Najpewniej już nigdy się nie dowiemy, chyba że teoria niżej podpisanego okaże się trafna. Prześledźmy więc hipotezy.


Wątek kryminalny


Najpierw wątek kryminalny. Tezy Flooda, jakoby Morehouse miał stać za zniknięciem Briggsa i jego ludzi, nie obroniły się, więc zaczął podejrzewać Winchestera o oszustwo ubezpieczeniowe. Sęk w tym, że towarzystwa ubezpieczeniowe nie wszczęły dochodzenia, a gdyby coś zwęszyły, natychmiast ruszyłyby do odzyskiwania pieniędzy. W 1931 roku magazyn „Quarterly Review” postawił hipotezę, że Morehouse zwabił Briggsa i jego ludzi oraz rodzinę na „Dei Gratia” i tam wymordował. Ale jak miał się zaczaić, skoro jego brygantyna była wolniejsza od „Mary Celeste”, a wypłynął z Nowego Jorku osiem dni później? Absurd.

Brawurowa ucieczka z Alcatraz jednak się powiodła? Jest dowód...

„Nazywam się John Anglin. Uciekłem z Alcatraz w czerwcu 1962 roku z moim bratem Clarence'em i Frankiem Morrisem. Mam 83 lata...” – tak zaczyna się...

zobacz więcej

Wysnuto też tezę, jakoby Briggs i Morehouse byli w zmowie, zwłaszcza że podobno się znali. Pierwszy znika, drugi bierze nagrodę i się dzielą. Też jest do obalenia. Po pierwsze: dlaczego postawiliby na sprawę, która zaintryguje świat? Po drugie, jeżeli Briggs chciał zniknąć, to dlaczego bez syna, który został z babcią?


Teza o ataku piratów – faktycznie uprawiających swój proceder u wybrzeży Maroka w tym czasie – również odpada. Piraci splądrowaliby statek, tymczasem zostały rzeczy osobiste kapitana, jego rodziny i załogi, niektóre wartościowe. Piraci nie przegapiliby takiego łupu.


Nie broni się też teza historyka Johna Gilberta z 1925 roku, który ocenił, że kapitan sam wszystkich wymordował, pchany religijnym szaleństwem, a potem popełnił samobójstwo. Gilbert wycofał się jednak ze swoich twierdzeń po rozmowie z potomkami Briggsa i grzecznie przeprosił. Lepszą tezę postawił Arthur N. Putman, nowojorski rzeczoznawca ubezpieczeniowy, który skupił się na wątku łodzi ratunkowej. „Mary Celeste” brakowało jednej takiej łodzi, a lina, którą była przytroczona do brygantyny była przecięta, a nie rozwiązana, co wskazuje na znaczny pośpiech. Oczywiście nie wiemy, jaka dramatyczna okoliczność zmusiła załogę i/lub pasażerów do porzucenia statku. Odpowiedź może kryć się w zapiskach z dziennika okrętowego, w których jest wzmianka o złowrogim dudnieniu dochodzącym z ładowni, a nawet małych eksplozjach...


W marynistyce nie jest tajemnicą, że ładunki alkoholu w naturalny sposób wydzielają wybuchowy gaz, a opisane dźwięki są dość powszechne. Mogło być więc tak, że 25 listopada nastąpiła większa eksplozja. Jeden z marynarzy wszedł do ładowni z zapalonym cygarem, co wywołało wybuch nagromadzonego gazu, który zdmuchnął górną pokrywę włazu – ta faktycznie została znaleziona w nietypowej pozycji. Po tym incydencie, który mógłby zwiastować katastrofę całego okrętu Briggs mógł kazać wszystkim wsiąść do łodzi ratunkowej, następnie odciął linę i wszyscy odpłynęli. Porzucili „Mary Celeste” i zginęli, a brygantyna podryfowała 400 mil morskich.


Woda w kabinach


Nie do sprawdzenia, ale badacze zgadzają się, że jakieś wyjątkowe wydarzenie musiało zmusić załogę do opuszczenia, być może w panice, zdatnego do żeglugi statku ze wszystkimi zapasami. Na przykład nabieranie wody przez „Mary Celeste”. Poszlaki są – sonda do badania poziomu wody w ładowni znaleziona na pokładzie. Ktoś jej musiał użyć. Coś mogło sprawić, że Briggs uwierzył, iż jednostka może wkrótce zatonąć i nakazał opuszczenie łodzi. Tylko czego wystraszył się doświadczony kapitan? Uderzenia trąby wodnej? To mogłoby wyjaśnić wodę w kabinach oraz poszarpane żagle i takielunek. Jest też wersja z trudnym do przetłumaczenia z języka morskiego wepchnięciem wody z zęz do pomp, co mogło zwiastować rychłe zatonięcie, do którego jednak ostatecznie nie doszło.


Inne teorie to dryfująca duża góra lodowa (niemal zerowe prawdopodobieństwo na tej szerokości geograficznej), trzęsienie ziemi albo mielizna. Żadna z tych tez nie ma potwierdzenia w dowodach. Choćby mielizna. Gdyby statek osiadł, Briggs kazałby ustawić wszystkie żagle, by złapać bryzę i próbować się wyrwać, tymczasem wiele żagli pozostało zwiniętych. Trzęsienie ziemi mogło uszkodzić ładunek, uwolnić szkodliwe opary i doprowadzić do eksplozji. Odsunięte włazy sugerują, że załoga prowadziła inspekcję albo wietrzyła ładownię, tylko czy do wybuchu w ogóle doszło? Uszkodzeń nie stwierdzono.


Z drugiej strony w 2006 roku chemik Andrea Sella z University College w Londynie przeprowadził eksperyment, wywołując eksplozję i falę ciśnieniową w modelu statku. Okazało się, że płomienie były, ale chłodne powietrze sprawiło, że nie pozostała sadza ani ślady przypalenia, a tych nie stwierdzono na okręcie.

W poszukiwania wraku zaangażował się znany pisarz Clive Cussler (fot. Leonardo Cendamo/Getty Images)
W poszukiwania wraku zaangażował się znany pisarz Clive Cussler (fot. Leonardo Cendamo/Getty Images)

Co prześladuje samoloty? Klasyfikacja: UFO

Macie tu jakieś obiekty? Coś nad nami przeleciało, jakiś długi cylindryczny obiekt. Poruszał się bardzo szybko – mówi pilot samolotu pasażerskiego...

zobacz więcej

To naukowe potwierdzenie, że mogło dojść do wybuchu, który zmusił kapitana, jego ludzi i rodzinę do opuszczenia „Mary Celeste”, jest co najwyżej poszlaką. Naturalnie empirycznym dowodom i racjonalnym wnioskom towarzyszyły zgoła fantastyczne hipotezy, a nawet fałszerstwa. Cóż, są różne metody walki o sławę i uznanie. Były więc zmyślone relacje o gotowym, ale już zimnym obiedzie, który mieli znaleźć Devaeu i Wright, płonącym ogniu w kambuzie, a nawet żywych kurczakach na pokładzie.


W styczniu 1884 roku w londyńskim „Cornhill Magazine” pojawiło się „Oświadczenie J. Habakuka Jephesona”. Twierdził, że był jednym z pasażerów „Mary Cesleste” i pali się, by wreszcie opowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Nie chciał wcześniej zdradzić tej ponurej historii, żeby nie zostać wziętym za szaleńca, ale ponieważ wkrótce, umrze opowie światu, co mu zgotował los.


Amulet dla lekarza


Dr Jepheson, lekarz i abolicjonista walczący o prawa czarnoskórych, opowiada, że w jednej z bitew wojny secesyjnej został ciężko ranny. Umarłby, gdyby nie pewna stara Afroamerykanka, która uratowała mu życie i zaopiekowała się nim. Wręczyła mu też amulet w postaci ludzkiego ucha wyrzeźbionego w czarnym kamieniu. Zdarzyło się, że siedem lat później, w 1873 roku, popłynął z Bostonu do Lizbony na statku dowodzonym przez kapitana J. W. Tibbsa (!). Oprócz dziesięciu członków załogi (trzech czarnoskórych) i rodziny kapitana na pokładzie było dwóch pasażerów – Harton, agent towarzystwa ubezpieczeniowego oraz Mulat Septimus Goring (wkrótce to nazwisko faktycznie stanie się synonimem łajdaka).


Pewnego dnia bez wieści zniknęły żona i córeczka kapitana (być może wypadły za burtę – przypuszczał), a on sam z rozpaczy popełnił samobójstwo. Pierwszy oficer przejął dowodzenie, ale wtedy doszło do buntu czarnoskórych marynarzy, którymi dowodził ten przeklęty Goring. Białych związano i wyrzucono a burtę. Jephesona oszczędzono, bo miał amulet. Okręt w końcu dopłynął do wybrzeży Afryki i zostawiono go na łasce fal, a buntownicy z doktorem popłynęli szalupą do brzegu. Grupa dotarła do jakiejś wioski, w której była świątynia, a w niej posąg bóstwa z odrąbanym uchem. Amulet był brakującą częścią posągu.


Twoje INFO - kontakt z TVP INFO

Dr Jepheson został bohaterem, ale jednocześnie był honorowym więźniem. Zdarzyło się, że pewnej nocy przyszedł do niego Goring i powiedział, że chce zostać władcą afrykańskiego królestwa, na terytorium którego leży wioska, ale obecność białego lekarza utrudnia mu realizację zadania. Umożliwił więc się Jephsonowi ucieczkę i ten po dwóch latach szczęśliwie dotarł do Londynu. Opowieść została opublikowana 12 lat po zniknięciu załogi „Mary Celeste”, ale z miejsca wywołała sensację. Amerykański konsulat chciał sprawdzać, czy historia jest prawdziwa, ludzie domagali się w listach odnalezienia i przykładnego ukarania tej kanalii Goringa.


W końcu pewien 25-letni chirurg okrętowy przyznał, że całą tę wymyślił historię dla hecy. Nazywał się Arthur Conan Doyle.

Zagadka śmierci Marilyn Monroe. Zginęła za romans z braćmi Kennedy?

Choć od śmierci Marilyn Monroe minęło już niemal 60 lat, tragiczny los największej seksbomby w historii Hollywood nie przestaje fascynować....

zobacz więcej

Sprawa ucichła, ale mit się umacniał, jak na ironię także dzięki kolejnej fali oszustw. W 1913 roku „The Strand Magazine” opublikował relację rzekomego ocalałego, niejakiego Abla Fosdyka, który twierdził, że był stewardem na „Mary Celeste”. Przekonywał, że załoga zebrała się na tymczasowej platformie pływackiej, aby obejrzeć zawody pływackie, kiedy konstrukcja nagle się zawaliła. Wszyscy potonęli lub zostali pożarci przez rekiny z wyjątkiem Fosdyka. Tu prawie nic się nie zgadzało, począwszy od nazwiska kapitana „Griggsa”, który miał mieć siedmioletniego syna, zamiast dwuletniej córeczki i tak dalej. Oszustwo miało krótkie nogi.


Morderstwo i zmowa


W latach 20. XX wieku pojawiła się jeszcze jedna rzekoma relacja od cudownie ocalałego, niejakiego Johna Pembertona. Tu pojawia się wątek morderstwa, szaleństwa i zmowy z załogą „Dei Gratia”. Wszystko wydawało się mieć sens i dziennik „New York Herald Tribune” uznał nawet prawdziwość historii. Okazało się jednak, że stał za nią irlandzki pisarz Laurence J. Keating.


Jest też i mistyfikacja kapitana o nazwisku R. Lucy, opublikowana w „Daily Express” rzekoma relacja opowiedziana mu przez bosmana służącego na „Mary Celeste”, choć oczywiście nikt taki nie wypłynął w rejs z Briggsem. Lucy twierdzi, że załoga dostrzegła opuszczony parowiec, więc podpłynięto i zabrano 3,5 tysiąca funtów w złocie i srebrze. Zapada decyzja o podziale łupu i porzuceniu „Mary Celeste”, by wieść dalej spokojne życie w Hiszpanii. Dobrze, tylko dlaczego kapitan miałby zostawiać syna?


Oprócz zmyślonych relacji są też hipotezy o gigantycznej ośmiornicy lub kałamarnicy, która atakuje brygantynę. Faktycznie kałamarnica olbrzymia (Architeuthis dux) może osiągnąć nawet 15 metrów długości i zdarzało się, że wyjątkowo agresywni przedstawiciele tego gatunku atakowali statki. Ale w przypadku „Mary Celeste” nie ma na to żadnego dowodu. Poza tym jaki jest sens porzucić spory okręt i przesiąść się do łódki ratunkowej, by wydać się na pastwę morskiego potwora? Raczej nie do pomyślenia.


Oczywiście nie mogło też zabraknąć interwencji sił wyższych. „British Journal of Astrology” pokusił się o tezę, że historia „Mary Celeste” jest „doświadczeniem mistycznym” i, co oczywiste, łączy się „z Wielką Piramidą w Gizie, zaginionym kontynentem Atlantydy i Ruchem Brytyjskiego Izraela”. Jest też wersja o Trójkącie Bermudzkim, choć brygantynę porzucono w innej części Atlantyku. Jest nawet uprowadzenie przez kosmitów w latających spodkach. Może więc było tak, że załoga statku próbowała uciec przed UFO w łodzi ratunkowej.


Wasz pokorny sługa ma swoją teorię na temat porzucenia „Mary Celeste” przez kapitana Briggsa i jego bliskich oraz załogę. 25 listopada 1872 roku po próbie przewietrzenia ładowni i być może małej eksplozji, gdy kapitan nakazał opuszczenie statku, otworzył się tunel czasoprzestrzenny i wciągnął łódkę ratunkową. Wprawdzie nauka nie potwierdziła jeszcze istnienia takich tuneli, ale jednak to bardzo zgrabna teoria i Pentagon prowadził nawet realne badania nad nimi i możliwością przenoszenia się do czasów dinozaurów. Może zamiast w czasach dinozaurów Briggsowie i załoga dokonali żywota na planecie krążącej wokół czerwonego karła L98-59 za 3 tysiące lat?

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej