RAPORT

Propozycja podziału Ukrainy? Sikorski na cenzurowanym

„Lewy” w końcu ze wsparciem. Jak Polska ograła Arabię [ANALIZA]

Robert Lewandowski strzelił gola i zaliczył asystę w meczu z Arabią (fot. Getty Images)
Robert Lewandowski strzelił gola i zaliczył asystę w meczu z Arabią (fot. Getty Images)

Możesz być najlepszym napastnikiem świata, możesz mieć w gablocie multum trofeów, w dorobku setki goli i dziesiątki pobitych rekordów, ale w piłce nożnej na boisku nie zrobisz niczego sam. Nie tylko sam sobie przy golu nie asystujesz, nie tylko sam nie okiwasz wszystkich rywali. Przede wszystkim jednak sam nie odbierzesz piłki, którą chwilę wcześniej zgrałeś. Czesław Michniewicz szybko wyciągnął wnioski po niezbyt udanym meczu z Meksykiem i przytomnie uznał, że nawet Robert Lewandowski nie posiadł umiejętności bilokacji. I dorzucił mu przeciwko Saudyjczykom do pomocy partnera. A nierzadko kilku partnerów.

Perfekcyjny Szczęsny, walczący „Lewy”. Oceny po meczu z Arabią Saudyjską

Polska pokonała Arabię Saudyjską 2:0 (1:0) w swoim drugim meczu na mundialu w Katarze, ale to nie była łatwa przeprawa dla Biało-Czerwonych. Niech...

zobacz więcej

W pierwszy meczu Polaków na mundialu w Katarze Lewandowski odebrał od swoich kolegów 32 podania, z czego aż 14 z nich posłał w jego kierunku Wojciech Szczęsny. Szczęsny to bramkarz zaawansowany technicznie, więc jego zagrania były zazwyczaj wypieszczone. Cóż jednak z tego, skoro nawet jeśli napastnik zaadresowaną do niego piłkę potrafił zgrać lub opanować i przez chwilę przytrzymać, nie miał za bardzo co z nią zrobić. Partnerzy nie garnęli się do tego, by wspomóc go w walce z obrońcami, nie było wielu chętnych by w ciemno pobiec w sektor zajmowany przez "Lewego" i liczyć na to, że po wygranym pojedynku główkowym (a było ich całkiem sporo), piłka odbije się akurat w kierunku zawodnika wspierającego naszego snajpera. Ten problem rzucał się w oczy brutalnie, w jego istocie utwierdziły nas tylko pomeczowe statystyki i wykresy. Dość powiedzieć, że wspominany Szczęsny 37 razy wznawiał grę z własnego pole karnego podaniem, z czego 6 tych podań kończyło się w obrębie swojej połowy, a aż 31 na połowie rywala. Grał więc głównie długie piłki, a i tak aż 21 dotarło do celu, co pozwoliło mu na osiągnięcie 57-procentowej skuteczności. Biorąc pod uwagę i długość zagrań, i liczbę piłkarzy kryjących zbierającego górne piłki Lewandowskiego – wynik co najmniej zadowalający.

Można było się jednak zastanawiać po tamtym spotkaniu, dlaczego Michniewicz – skoro postawił na taki sposób przenoszenia ciężaru gry pod pole karne Meksyku – nie dał do pomocy Lewandowskiemu drugiego napastnika. Przecież całkiem świeże w naszych głowach były wspomnienia choćby meczu Ligi Narodów z Walią, gdy Karol Świderski był piłkarzem odgrywającym, zbierającym na siebie ataki rywala i często dającym się faulować i poniekąd odciążał w tym względzie Lewandowskiego.

Być może podobne refleksje naszły również selekcjonera biało-czerwonych, bo już na mecz z Meksykiem oddelegował na boisko dwóch snajperów – obok piłkarza Barcelony ustawiając Arkadiusza Milika. I z perspektywy czasu wydaje się to być pomysłem, który może nie odmienił spektakularnie naszej gry, ale w znacznym stopniu ułatwił oddalanie zagrożenia od własnej bramki. A przecież przede wszystkim o to chodzi w naszym sposobie gry.

Starcie z Arabią Saudyjską nie było idealne, nie będzie materiałem szkoleniowym pokazywanym młodym trenerem na wykładach pod tytułem "Jak zagrać idealny mecz?". Piłkarze Herve Renarda mieli swoje sytuacje bramkowe, byli groźniejsi, momentami wręcz Polaków tłamsili i wydawało się, że gol wyrównujący jest tylko kwestią czasów. Koniec końców zespół Michniewicza wygrał jednak 2:0, więc poprawił się wynikowo w stosunku do inauguracyjnej potyczki, ale też zaliczył progres pod kątem tego, jak wyglądał na tle rywala. Częściej atakował wysokim pressingiem, serwował nieco więcej sposobów rozegrania ataku, dochodził do sytuacji strzeleckich, bo przecież nie tylko gole Piotra Zielińskiego i Lewandowskiego widzieliśmy też w tym meczu – ale też okazje Milika czy "Lewego" właśnie.

I ten postęp w grze często generowany był właśnie tym, że w końcu kapitan polskiej kadry miał z kim współpracować na połowie rywala. Nie był skazany już tylko na siebie. Mógł liczyć, że jeśli uda mu się zbić długie podanie, ktoś do tej piłki dobiegnie. Widział, że ma wsparcie ze strony kolegów, że są wokół niego ludzie, którzy szukają wolnej przestrzeni, palą się do ruszenia z kontratakiem lub po prostu absorbują uwagę saudyjskich obrońców. A to już dużo. To może dać znacznie więcej efektów, niż moglibyśmy się spodziewać.
(fot. TVP)
(fot. TVP)

Taką sytuację widzieliśmy choćby w 28. minucie. Akcja rozpoczęła się od rzutu z autu dla rywali, ale zamiary przeciwnika znakomicie przeczytał Zieliński, który po przechwycie błyskawicznie odegrał do Krystiana Bielika. Bielik prostopadłym podaniem uruchomił "Lewego" i gdy ten tylko piłkę otrzymał w jego stronę pędziło już czterech kolegów dając mu opcję do podania - Milik, Bielik, Zieliński i Frankowski.

(fot. TVP)
(fot. TVP)

Podobnie było zresztą kilka chwil później – Frankowski zgrał głową do Lewandowskiego, który opanował to klatką piersiową. Zieliński i Cash wystrzelili wzdłuż linii jak z procy, za plecy Lewandowskiego zabiegał już Milik, a frontem do kapitana czekał jeszcze Frankowski.

Takich sytuacji było w tym spotkaniu dużo, dużo więcej. Miały one miejsce zarówno na naszej połowie, jak i na połowie Saudyjczyków. Pomysł selekcjonera był więc słuszny, bo co jakiś czas zawodnikom udawało się zbierać drugie piłki i robić z nich pożytek, choć w całym tym pomyśle był akurat tego popołudnia pewien paradoks. Otóż tak jak w meczu z Meksykiem większość pojedynków Lewandowski wygrywał, tak w sobotę miał problemy z opanowaniem piłki. Ta mu czasami odskakiwała, nie słuchała się nogi, agresją i doskokiem przeciwnicy wybijali go z rytmu. Szczególnie ta pierwsza cecha saudyjskich defensorów sprawiała, że tego dnia trudno było się piłkarzowi Barcelony odnaleźć w roli tarczy, w którą trzeba trafić piłką i jednocześnie w roli ściany – która tę piłkę ma odegrać. Zapewne w nieco innych okolicznościach lub po prostu innego dnia, tych piłek odgrywanych przez RL9 byłoby jeszcze więcej. Co nie znaczy, że było ich mało, bo przykładów jeszcze kilka podrzucić można.

Choćby na początku drugiej połowy, gdy Lewandowski daleki wykop Szczęsnego zgrał głową, a za jego plecami było już trzech zawodników w białej koszulce. Na pierwszej stopklatce widać dwóch – Zielińskiego i Milika, z czego ten pierwszy idzie do piłki, ale źle oblicza jej tor lotu i się z nią mija…

(fot. TVP)
(fot. TVP)

Na drugiej stopklatce widać również, że bliżej linii schowany był Frankowski, który momentalnie ruszył z kolei do pomocy "Zielkowi", by w przypadku opanowania podania zawiązać akcję pod polem karnym Arabii.

(fot. TVP)
(fot. TVP)

Kolejny przykład – 61. minuta. Czy Lewandowski wygrał ten pojedynek powietrzny po tym, jak dostał długą piłkę? Nie. Ale dzięki obecności kilku kolegów w jego otoczeniu zebraliśmy drugą piłkę, a konkretniej zrobił to Bielik, który zgrał do Frankowskiego i przejęliśmy kontrolę nad akcją.

(fot. TVP)
(fot. TVP)

To, co może też Michniewicza cieszyć, to niezłomność we wspieraniu Lewandowskiego do końca meczu. Takie sytuacje miały bowiem również miejsce w końcówce spotkania, jak wtedy gdy RL9 czekał na piłkę, szarpiąc się w międzyczasie z obrońcą, a posiłki już nadciągały – w osobach Piątka, Frankowskiego i Jakuba Kamińskiego. Ostatecznie w tej akcji polski snajper poradził sobie z obrońcą, podciągnął jeszcze kilka metrów i odegrał do kolejnego włączającego się do akcji - Matty'ego Casha.

(fot. TVP)
(fot. TVP)

Czy któraś z akcji, gdy Lewandowski dostał piłkę, zgrał i dzięki wsparciu ruszyliśmy w stronę bramki Arabii Saudyjskiej, dała namacalny efekt w postaci gola? Nie. Ale i tak przyniosło nam to ogromną wartość, a nie wszystko na boisku robi się po to, by kopnąć do bramki. Nie byliśmy też na tyle pewni siebie i gotowi, by mecz zabijać posiadaniem piłki. Tak robią klasowe drużyny. Prowadzą 1:0 ze słabszym rywalem, nie chcą prowokować losu, więc po prostu przejmują piłkę i możliwie jak najdłużej wymieniają ją w swoim gronie, wychodząc z prostego założenia, że skoro nie ma piłki rywal, to nie strzeli gola. Polacy tego zrobić nie potrafili, więc musieli radzić sobie przy użyciu wszelkich innych narzędzi. Takich właśnie jak wykopywanie piłki, ale już nie tylko – jak z Meksykiem – dla samego wykopywania. Ale dla zgrania przez Lewandowskiego i przeniesienia akcji na połowę rywala. Choćby po to, by chwilę się z rywalem poszarpać, by zmusić go do wysiłku, by zaprosić go do pojedynku. W ten sposób też można ukraść kilka lub kilkanaście sekund w walce o przetrwanie.

Wsparcie ze strony kolegów to jedno, ale nie sposób też nie docenić roli Arkadiusza Milika w tym meczu. Wprawdzie w drugiej połowie zmarnował świetną okazję do zdobycia bramki, ale nie zmienia to faktu, że zagrał bardzo przyzwoite zawody i wykonał kawał pożytecznej pracy. Były nawet momenty, gdy pełnił funkcję wahadłowego lub po prostu bocznego obrońcy, który pomagał w defensywie zamykać korytarze przed rozpędzonymi rywalami. Ale dużą harówkę wykonał również na połowie rywala. W tym meczu znajdował swoje ścieżki biegu tak, by absorbować obrońców zespołu Renarda i zmuszać ich do podzielności uwagi. Nawet jeśli nie wszystkie podania od kolegów opanował, to już sama jego obecność i mądre poruszanie się wywoływały zamęt w szeregach obronnych przeciwnika.

(fot. TVP)
(fot. TVP)

Swoją ruchliwością często dawał opcję do podania dla kolegów i można tylko żałować, że żadnej piłki na wolne pole do napastnika Juventusu nie udało się skierować. Kilka razy – jak na powyższym obrazku – odnajdował się znakomicie na połowie rywala i aż prosiło się, by go obsłuzyć. W powyższej sytuacji Frankowski zagrał jednak do lewej strony. W poniższej z kolei Lewandowski nie został celnie odegrać.

(fot. TVP)
(fot. TVP)

Tutaj za to Frankowski nie zdążył dośrodkować, bo uprzedził go obrońca:

(fot. TVP)
(fot. TVP)

Według oficjalnych statystyk pomeczowych FIFA Milik był drugim piłkarzem w naszym zespole pod względem liczby "zgłoszeń" się po piłkę do kolegów. 28-latek 57 razy pokazywał się partnerom do gry, lepszy w tym względzie był tylko Lewandowski (73). Nie miał często możliwości wykonania podania, ale gdy już je wykonywał, to robił to celnie, co pozwalało nam dłużej utrzymać się przy piłce (11/12 celnych podań). W ciągu 70 minut przebiegł też ponad 8,5 kilometra, wykonał 56 sprintów (więcej od niego tylko Cash i Frankowski), do tego 114 szybkich i intensywnych biegów (więcej Bielik, Krychowiak, Zieliński i Frankowski). Wygrał też mniej więcej połowę stoczonych pojedynków. Konkludując: wykonał multum pożytecznej pracy dla dobra zespołu, choć jego gra nie rzucała się w oczy. I dzięki temu odciążył trochę Lewandowskiego, który miał na boisku więcej swobody.

To nie był więc wielki mecz w wykonaniu Polaków, nie zaliczyliśmy wielkiego progresu w grze w piłkę w porównaniu do starcia z Meksykiem, ale poprawiliśmy te rzeczy, które w kilka dni mogliśmy poprawić. Oprócz tych widocznych gołym okiem – czyli zaczęliśmy strzelać gole, kreować sytuacje, próbowaliśmy nie tylko "lagi" – usprawniliśmy też drobne mechanizmy, które rzutowały na końcowy efekt. A jednym z nich było właśnie wsparcie Lewandowskiego na połowie rywali, który nie był już osamotniony, który miał z kim zawiązać akcję i nie musiał dwoić się, by oszukać przeciwnika. A pewnie przy jego jeszcze lepszej grze, bo przecież nie brak mu klasy czysto sportowej, ataków na bramkę Saudyjczyków udałoby się zawiązać jeszcze więcej.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej