RAPORT

Prorosyjska era Tuska

Wysocy za wysoko. Największe niewypały draftu

Darko Milicić to jedno z największych rozczarowań w dziejach NBA (fot. Getty Images)
Darko Milicić to jedno z największych rozczarowań w dziejach NBA (fot. Getty Images)

Dla wielu zespołów draft to najlepsza szansa, by odmienić swój los i ze słabeusza – często dzięki jednemu zawodnikowi – stać się faworytem do mistrzostwa. O ile czołowe wybory młodych gwiazd z amerykańskich uniwersytetów czy liceów zwykle sprawdzają się co najmniej bardzo dobrze, to historia NBA zna przypadki, przez które kibice poszczególnych zespołów do dziś plują sobie w brodę, zastanawiając się pod nosem "co by było, gdyby...". Trzy z nich szczególnie zapadły w pamięci sympatykom koszykówki. Przed rozpoczęciem kolejnego sezonu, warto o nich przypomnieć. I liczyć, że Jeremy Sochan niedługo nie dołączy do listy...

Pojawienie się w NBA Michaela Jordana w ciągu kilku lat wypełniło koszykarskie hale nie tylko w Chicago, ale i w całych Stanach Zjednoczonych. Shaquille O'Neal zwrócił uwagę świata na Orlando Magic, a LeBron James odkrył Cleveland dla tzw. niedzielnych kibiców. A wszystko to dzięki szczęściu, udanemu losowaniu (to ono decyduje o kolejności w drafcie) i intuicji władz, które w jeden wieczór, jednym wyborem, potrafiły zapewnić sobie miliardy dolarów i przychylność rzeszy fanów.

Wśród niewątpliwych gwiazd i gwiazdeczek, jakie co roku trafiają do ligi, zdarzały się jednak także "sztuczne perły". Gracze, którzy imponowali na poziomie akademickim, w konfrontacji z większymi, silniejszymi i bardziej doświadczonymi zawodnikami zatracali wszelkie atuty, stając się wyrzutami sumienia agentów i dyrektorów klubów. W USA nazywa się ich "bustami" (od: fiasko, niepowodzenie), w Polsce – pomyłkami. Przytoczone historie opisują pomyłki wielkie. I to dosłownie, bo wszyscy niżej wymienieni są... centrami.

Polak zadebiutował w NBA. Pierwsze punkty Jeremy’ego Sochana

Jeremy Sochan zadebiutował w San Antonio Spurs. W pierwszym przedsezonowym meczu ligi NBA tego zespołu reprezentant Polski w 17 minut zanotował...

zobacz więcej

Darko Milicić
DRAFT 2003, NUMER 2, DETROIT PISTONS

Miał być lepszy od LeBrona Jamesa. Miał być połączeniem najlepszych cech Dirka Nowitzkiego i Toniego Kukoca. Skauci w NBA przekonywali, że taki zawodnik trafia się "raz na sto lat" i "czeka go świetlana przyszłość".

– Jest jedyny w swoim rodzaju – pisał ekspert ESPN, Chad Ford. – Biega, kozłuje, rzuca za trzy i gra tyłem do kosza. Może być centrem, ale może też występować na pozycji niskiego skrzydłowego. To, co naprawdę wyróżnia go od reszty, to jednak jego twardość i waleczność. Świetnie pracuje na nogach i ma dość siły, by przepchnąć każdego przeciwnika po obu stronach parkietu. Widziałem treningi setek młodych zawodników, ale on jest najlepszy. Jest lepszy od Dirka – przekonywał.

Świetnie zbudowany, mierzący 213 centymetrów Milicić trafiał do NBA zaledwie tydzień po ukończeniu 18. roku życia. O jego występach w rodzinnej Serbii niewielu wiedziało cokolwiek, ale ci, którzy obserwowali jego poczynania na tamtejszych parkietach, wracali zachwyceni. Pochlebne recenzje zbierał od wszystkich ekspertów na Starym Kontynencie.

Wątpiących przekonał podczas treningów organizowanych już w USA. – Wszyscy spoglądali na jego poczynania z szeroko otwartymi ustami – wspomina jeden ze skautów. – Byliśmy przekonani, że przejmie tę grę. Był tak dobry.

Nie przejął. W trzech pierwszych sezonach w barwach Detroit zdobywał średnio nieco ponad punkt, spędzając na parkiecie około pięciu minut. Swoich sił próbował jeszcze w Orlando Magic, Memphis Grizzlies, Minnesocie Timberwolves, New York Knicks i Boston Celtics. Było lepiej, ale wciąż zdecydowanie poniżej oczekiwań.

Jak to się stało, że tak wielki talent zupełnie przepadł w realiach NBA? Zdaniem wielu, zawiodła przede wszystkim psychika. Larry Brown, ówczesny trener Pistons, nigdy nie słynął z dobrego traktowania pierwszoroczniaków, a Milicić specjalnej opieki podobno wymagał. Za bardzo uwiodła go także amerykańska kultura i miliony dolarów, które nagle spłynęły na konto rozrywkowego 18-latka.

Wybór Milicicia kibiców i władze Detroit boli o tyle, że poza nim w drafcie dostępni byli zawodnicy, którzy szybko zapracowali na miano "wielkich gwiazd". Wśród nich wyrożnić należy trzy nazwiska: Carmelo Anthony (numer 3), Chris Bosh (4) i Dwyane Wade (5). Co by było, gdyby zamiast Serba do Chaunceya Billupsa, Ripa Hamiltona, Tayshauna Prince'a, Rasheeda Wallace'a i Bena Wallace'a dołączył któryś z nich?

Co ciekawe, w pierwszym sezonie Milicicia w barwach Tłoków, klub sięgnął po swoje trzecie w historii (i jak na razie ostatnie) mistrzostwo NBA. Młody center w finałach z Los Angeles Lakers zagrał jednak łącznie zaledwie pięć minut.

Co robi dziś? Przede wszystkim dobrze się bawi. W 2014 roku ogłosił zakończenie przygody z koszykówką, po czym rozpoczął karierę... kickboksera. Ta trwała jednak niezwykle krótko, bo zaledwie jedną (przegraną) walkę. W maju tego roku, stęskniony za profesjonalnymi parkietami, zakomunikował "wielki powrót" na parkiety. Pod swoje skrzydła przygarnął go ojczysty Metalac Farmakom.

Darko Milicić (fot. Getty Images)
Darko Milicić (fot. Getty Images)

Sam Bowie
DRAFT 1984, NUMER 2, PORTLAND TRAIL BLAZERS

Obecność Sama Bowiego na tej liście budzi ambiwalentne odczucia. Z jednej strony – daleko mu do miana "wielkiego rozczarowania" czy koszykarza "fatalnego". Gwiazdą nigdy nie został, ale notował w karierze sezony ze statystykami na solidnym poziomie – ok. 15 punktów i 10 zbiórek na mecz. Z drugiej – do końca życia będzie tym "wybranym tuż przed Michaelem Jordanem", co niewątpliwie mówi samo za siebie.

Decyzję Portland można jednak na wiele sposobów usprawiedliwić. Przede wszystkim: w składzie mieli już m.in. świetnego obwodowego Clyde'a Drexlera, więc Jordan – teoretycznie – nie był im potrzebny. Tym bardziej, że wielka kariera "Jego Powietrzności" wcale nie była sprawą oczywistą. Dość powiedzieć, że nawet władze Chicago Bulls po jego wyborze nie należały do szczególnie rozentuzjazmowanych... – Wolelibyśmy, żeby miał 213 centymetrów wzrostu, ale tak nie jest. Żaden center nie był już dostępny. Co mieliśmy zrobić? Jordan pewnie nie odmieni losów naszej drużyny, nie tego od niego oczekuję. Jest bardzo dobry w ataku, ale nie jest dominatorem – mówił o nowym zawodniku generalny menadżer zespołu, Rod Thorn.

Napisać, że nie miał racji, to jak nie napisać nic. Sześć tytułów mistrzowskich, pięć tytułów dla najbardziej wartościowego zawodnika ligi i 14 występów w Meczu Gwiazd – to tylko część z długiej listy sukcesów, jakie w swoim imponującym CV ma Michael Jordan. Między innymi dlatego wybór Bowiego z "dwójką" tak bardzo boli. Tym bardziej, że dostępni – poza Jordanem – byli jeszcze m.in. Charles Barkley, Alvin Robertson czy John Stockton.

Nie wiadomo jednak, jak potoczyłaby się kariera Bowiego, gdyby nie kontuzje. Rosły center (mierzył aż 216 centymetrów) – gdy grał – wyglądał na parkiecie naprawdę dobrze, choć oczywiście daleko mu było do wymarzonego przez Trail Blazers Hakeema Olajuwona (pierwszy wybór przegrali z Houston Rockets przez rzut monetą). Problemy ze zdrowiem miał jednak już w koledżu, co kosztowało go dwa pelne sezony w gabinetach rehabilitacyjnych. Teoretycznie wszelkie problemy można było więc przewidzieć, ale że władze Blazers desperacko poszukiwały centra, postanowiły zaryzykować...

Sam Bowie (fot. Getty Images)
Sam Bowie (fot. Getty Images)

Kwame Brown
DRAFT 2001, NUMER 1, WASHINGTON WIZARDS

Absolutna tragedia. Kwame Brown, który do NBA trafił prosto z liceum, miał wielkiego fana w osobie Michaela Jordana. A że Jordan pociągał w tamtym czasie za sznurki w Washington Wizards, 19-letni wówczas center został najgorszą "jedynką" w historii draftu.

Trudno o Brownie napisać coś dobrego. W ciągu 11 sezonów w NBA zdobywał średnio około sześciu punktów na mecz, nie pokazując właściwie żadnych (poza niezłymi warunkami fizycznymi) atutów. Ot, gdyby w jego miejsce wstawić dwumetrową maskotkę, prawdopodobnie notowałaby podobne statystyki.

Jedyne usprawiedliwienie dla Wizards i Jordana jest takie, że draft w 2001 roku – delikatnie rzecz ujmując – nie stał na najwyższym poziomie. W pierwszej dziesiątce wybrani zostali tacy gracze jak m.in. Eddy Cury (4), Eddie Griffin (7), DeSagana Diop (8) czy Rodney White (9). Byli też jednak m.in. Tyson Chandler, Pau Gasol, Zach Randolph, Tony Parker czy Joe Johnson.

Kwame Brown (fot. Getty Images)
Kwame Brown (fot. Getty Images)

Podobnych przypadków było oczywiście znacznie więcej, a skala "spektakularności" danej pomyłki jest rzeczą umowną. Uwagę zwraca jednak pewna prawidłowość. Jeśli bowiem podobną listę nieco poszerzyć, musieliby znaleźć się na niej również tacy zawodnicy jak Greg Oden (numer 1, 2007), Michael Olowokandi (numer 1, 1998) czy Hasheem Thabeet (numer 2, 2009). Co ich łączy? Wzrost i pozycja na parkiecie. Wszyscy mierzą powyżej 210 centymetrów, wszyscy są także centrami.

Skąd tak częste "pomyłki" skautów w ocenie zawodników grających najbliżej kosza? Wszystko bierze się przede wszystkim z nadmiernego zaufania wobec możliwości rozwoju każdego z nich. Często odpowiedzialnym za wybory wystarczą bowiem wspaniałe warunki fizyczne (wzrost, długie ręce, budowa ciała, skoczność), podczas gdy resztę – jak niejednokrotnie tłumaczą – "da się wypracować". O ile kariery Odena czy Bowiego w dużym stopniu zahamowały kontuzje, o tyle pozostałe wspomniane przypadki to najlepsze dowody na to, że nie każdego wysokiego da się nauczyć techniki czy choćby podstaw koszykówki.

Co ciekawe, przewidywane numery jeden i dwa najbliższego draftu (w nocy z czwartku na piątek polskiego czasu, 25/26 czerwca) to także podkoszowi – Karl-Anthony Towns i Jahlil Okafor. Czy któryś z nich już wkrótce znajdzie się na podobnej liście? Władze Minnesota Timberwolves i Los Angeles Lakers mają wielką nadzieję, że nie...

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej