RAPORT

Prorosyjska era Tuska

Desperat postawił wszystko na jedną kartę. Putin podbija stawkę w przegranej grze

Reakcja Rosjan na mobilizację pokazała, że „ruski mir” opiera się jedynie na strachu i kłamstwie (fot.  Contributor/Getty Images)
Reakcja Rosjan na mobilizację pokazała, że „ruski mir” opiera się jedynie na strachu i kłamstwie (fot. Contributor/Getty Images)

Jeśli Kreml myślał, że ogłoszeniem mobilizacji, pseudoreferendów na terytoriach Ukrainy okupowanych przez Rosjan, a także kolejnymi groźbami, w tym atomowymi pod adresem Zachodu, wzmocni swoją pozycję, to bardzo się pomylił. Powszechnie zostało to bowiem odebrane jako akt desperacji i przyznania się do porażki na froncie.

Panie Scholz, zburz Pan ten mur! Ukraińcy potrzebują broni, by odzyskać swoje terytoria

Cały świat z zapartym tchem przygląda się sukcesom ukraińskiej kontrofensywy. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się jedynie myśleniem życzeniowym,...

zobacz więcej

Kolejne porażki na froncie, niskie morale, w tym liczne dezercje i problemy z uzupełnieniem przetrzebionych oddziałów sprawiły, że Kreml musiał wykonać ruch, którego dotąd bardzo się obawiał. Wcześniej bowiem wielu Rosjan mogło żyć w ułudzie, że „operacja wojskowa”, o której sukcesach trąbiły bez przerwy reżimowe media, mimo wszystko przynosi rezultaty i doprowadzi do ostatecznego sukcesu – czyli denazyfikacji Ukrainy i uratowania przed ludobójstwem – z rąk neonazistów z Kijowa – ludu Donbasu.


Ta szyta przeraźliwie grubymi nićmi propaganda zderzyła się teraz z rzeczywistością. Władimir Putin ogłaszając „częściową” mobilizację – i to ze skutkiem natychmiastowym – zagrał va banque. To zaś oznacza, że jego sytuacja jest bardzo zła, a perspektywy są zgoła odwrotne niż przewidywał.


Mobilizacja w wersji light


Dlatego musiał ją odpowiednio „opakować” – podkreślił więc, że cała Mateczka Rosja jest zagrożona przez Zachód i zagroził kolejny już raz użyciem broni atomowej. Dzień wcześniej zaś – rzucił znajdującym się pod jego czarem Rosjanom – kość – cztery okupowane przez Rosjan regiony Ukrainy – samozwańcze tzw. Doniecka i Ługańska Republiki Ludowe, a także części obwodów chersońskiego i zaporoskiego - ogłosiły we wtorek, że chcą przeprowadzić referenda w sprawie przyłączenia się do Rosji.



Wiadomo z góry, że żadne państwo – poza bliskimi Rosji dyktaturami – nie uzna tego ruchu. Ma on bowiem wymiar propagandowy. Ma też za zadanie wystraszyć Ukrainę i Zachód.

Petrović: Niemcy bronią się „głosami z Polski”. Dwuznaczna postawa opozycji wobec reparacji

Polska głośno porusza sprawę reparacji wojennych na arenie międzynarodowej i znajduje zrozumienie dla swoich argumentów. To problem dla Niemiec,...

zobacz więcej

Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow zapowiedział bowiem w sobotę w Nowym Jorku, że wszystkie rosyjskie prawa i doktryny - w tym doktryna nuklearna - będą miały zastosowanie do przyłączonych terytoriów.


Mamy więc groźbę użycia broni nuklearnej wobec Ukraińców czy nawet Zachodu – gdyż – jak przekonuje Ławrow - w dalszej swojej wypowiedzi, poprzez dostarczanie Kijowowi broni przestał on być naturalny.


Mamy pseudoreferenda, których wynik był znany zanim się jeszcze zaczęły, a do udziału w nich lokalna ludność jest zmuszana.


Mamy „częściową” mobilizację, w której w rzeczywistości mogą być powołani wszyscy. Oprócz, jak pokazał przykład syna Szojgu, tych, którzy „będę to załatwiać na innym poziomie”.


Łapanka


Co więcej, jak podaje w raporcie amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW), co prawda, rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu zapewniał, że powoływani mają być jedynie mężczyźni posiadający doświadczenie wojskowe, ale rośnie liczna doniesień o wysyłaniu wezwań do osób spoza tej kategorii – starszych mężczyzn, studentów, pracowników przemysłu zbrojeniowego, cywilów bez bojowego doświadczenia, ludzi z przewlekłymi chorobami. Oznacza to, jak uważają eksperci, że komisarze wojskowi są pod presją, by prowadzić mobilizację tak szybko, jak się da.


Znamienne jest też, że zaraz po ogłoszeniu mobilizacji rozpoczął się szturm potencjalnych poborowych na rosyjskie granice i lotniska – by uciec, wszystko jedno gdzie, byle dalej. Stąd też masowe wystąpienia w wielu rosyjskich miastach i w konsekwencji – liczne zatrzymania.


Twoje INFO - kontakt z TVP INFO

To pokazuje też, że „ruski mir” zrodzony w chorej z nienawiści głowie Putina, opiera się jedynie na strachu, zakłamaniu i rojeniach o wielkości, która nigdy nie będzie mieć miejsca.

Niemcy powinny podziękować Polsce za przypomnienie o reparacjach. Ratujemy im sumienie

Jeśli Niemcy myślały, że polski rząd odpuści kwestię reparacji wojennych, to grubo się pomyliły. Chociaż Warszawa przez lata podnosiła ten temat,...

zobacz więcej

Kary, groźby, łagry


Nie bez przyczyny rosyjski prezydent podpisał ustawę zaostrzającą kary za dezercję, za którą w okresie mobilizacji lub wojny będzie grozić 10 lat więzienia, a za poddanie się z własnej woli przeciwnikowi nawet 15 lat.


Warto też zwrócić uwagę, że podawana przez Kreml liczba 300 tysięcy zmobilizowanych – ma zapewne, w tajemnicy przed społeczeństwem, wzrosnąć do miliona ludzi – stąd chaotyczna łapanka, stąd szukanie „mięsa armatniego” w dalekich wschodnich terytoriach federacji, czy na niedawno podbitych terytoriach na Ukrainie, czy też odebranych Gruzji.


Niezależne rosyjskie media szybko wypatrzyły, że 7. punkt dekretu został utajniony, a wiele wskazuje na to, że to właśnie tam zawarta została rzeczywista liczba osób przeznaczonych do powołania.


Oby sąsiad, byle nie ja


Przebywający na emigracji rosyjski politolog Iwan Prieobrażeński tłumaczy, że mówienie przez Putina o „częściowej” mobilizacji ma złagodzić negatywny efekt, tak, by Rosjanie żyli w nadziei, że nie będzie to dotyczyć ich, co ma na celu uniknięcie masowych protestów.


– Rosyjskie władze próbują podnieść się po porażkach na froncie w Ukrainie i po utracie okupowanych terenów w obwodzie charkowskim, a także zapobiec całkowitej porażce w tej wojnie. Celem jest niedopuszczenie do utraty tego, co już zostało zajęte. Wszystkie groźby, włącznie z użyciem broni jądrowej, są wirtualne – uważa Prieobrażeński.


Jak ocenia kierownik zespołu rosyjskiego OSW Marek Menkiszak ukraińska kontrofensywa spowodowała załamanie się kremlowskiej narracji o sukcesie „specjalnej operacji wojskowej”.

Petrović: Skończmy z rozbijaniem się Rosjan po europejskich kurortach. Wielu z nich to miłośnicy Putina

Jasne, nie można generalizować, że wszyscy rosyjscy turyści w Europie popierają zbrodniczą politykę Kremla, ale jest ich na tyle wielu, że...

zobacz więcej

- Putinowi nie uda się ani doprowadzić do wtrzymania działań po stronie ukraińskiej, ani też nie doprowadzi do zmniejszenia pomocy wojskowej zachodu. Wprost przeciwnie, ta pomoc ulegnie zwiększeniu i również zwiększeniu ulegną sankcje – ocenił ekspert.


Ruch Putina do przewidzenia


Warto zwrócić też uwagę, że decyzja Putina nie zaskoczyła Ukraińców, którzy raczej liczyli się z tą możliwością, w szczególności w kontekście odnoszonych sukcesów na froncie i wyhamowania ataków Rosjan, którzy właściwie w ostatnim czasie ograniczyli się do pozorowanych szturmów w Donbasie i masowym ostrzale rakietowym celów cywilnych na terenie całego kraju. Na więcej bowiem nie jest ich w tym czasie stać.


Komentując rosyjską mobilizację, Wołodymyr Zełenski ocenił, że Putin chce „utopić Ukrainę we krwi, ale także we krwi własnych żołnierzy”. W kolejnym wystąpieniu zaapelował zaś do rosyjskich żołnierzy, by się poddawali i obiecał im, że będą dobrze traktowani.


Z kolei prezydent Andrzej Duda skrytykował ogłoszenie pseuroeferednów, oceniając, że „nikt tego poważnie nie potraktuje”, a także podkreślił, że Kreml ma świadomość tego, że użycie broni jądrowej to będzie „przełamanie tabu, które pociągnie za sobą skutki, których nie można dzisiaj przewidzieć" i dodał, że w takie sytuacji Rosja stanie się „wrogiem całego świata”.


Putin ma wciąż ten sam zbrodniczy cel


Plany Kremla skrytykował też podczas Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w Nowym Jorku prezydent USA Joe Biden podkreślając, że celem Rosji jest wymazania Ukrainy z mapy świata, a stawką wojny jest prawo Ukraińców jako narodu do istnienia.

Sojusznicy na pół gwizdka. Niemcy i Francuzi nie mogą pogodzić się z prawdą o Rosji

Wydaje się, że pół roku wojny na Ukrainie wciąż niewiele nauczyły Berlin i Paryż o tym, na jakim etapie historycznym znajduje się Moskwa. Dla tych...

zobacz więcej

Słów tych użył także w wywiadzie udzielonym agencji Reutera w Nowym Jorku sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, który zaznaczył, że państwa wspierające Ukrainę ponoszą konsekwencje wojny poprzez wzrost cen energii i żywności, ale gdyby tego nie robiły, to zwiększyłoby to ryzyko, że „zapłaciłyby dużo wyższą cenę”.


– Jeśli prezydent Putin wygra na Ukrainie, to nie tylko on, ale też inni autorytarni przywódcy wyciągną z tego oczywisty wniosek: że uciekając się do brutalnej siły militarnej, dokonując

inwazji na sąsiadów, mogą osiągnąć swoje cele. Wówczas my również bylibyśmy zagrożeni – podkreślił sekretarz generalny NATO.


Jeśli Putin liczył, że kolejnymi groźbami wpłynie na osłabienie ukraińskiej woli walki, czy zniechęci Zachód do wspierania Kijowa, to bardzo się pomylił. Jeśli zaś myślał, że ukrywając prawdziwe rozmiary mobilizacji przed własnym społeczeństwem pozbył się groźby masowych protestów, to również jest w błędzie. Rosja, prowadzona przez Putina, nieodwołalnie zbliża się do przepaści, a kolejne porażki na froncie i chaotyczne decyzje władz na Kremlu, jedynie ten marsz przyspieszają.



Petar Petrović


Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej