RAPORT

DEBATA W PARLAMENCIE EUROPEJSKIM PO WYROKU TK

Sfumato dla niewyspanych. Londyńczycy zabijają się, żeby zobaczyć Leonarda

Portret Cecilii Gallerani  (fot. © Princes Czartoryski Foundation)
Portret Cecilii Gallerani (“Dama z gronostajem”), około 1489–90, Leonardo da Vinci, własność Fundacja Książąt Czartoryskich w Krakowie, depozyt w Muzeum Narodowym w Krakowie (fot. © Princes Czartoryski Foundation)

Zaledwie kilkadziesiąt szkiców i siedem obrazów, żaden nie ukończony. Wyjątkiem jest „Portret Damy” z Luwru i „Dama z gronostajem”. Ale francuska piękność to portret idealizowany, a czar damy krakowskiej przytłumiono w dziewiętnastym wieku w Polsce, przemalowując tło. Teraz zadziwia kształtną głową „naklejoną” na smolisty olej. Londyn jednak oszalał. Dzień w dzień od listopada, świtem, przed Narodową Galerią ustawia się sznur ludzi pragnących zobaczyć wystawę prac Leonarda. Bilet kupi pięćset osób. Pozostali, jeśli są uparci, następnego dnia muszą nastawić budzik na wcześniejszą godzinę. Pozostało niewiele czasu. Wystawa jest czynna do 5 lutego.

Ekspozycja siedmiu prac to jednak – jak na tego autora – pokaźna prezentacja. Przez około 50 lat kariery Leonardo raczej rozpoczął malowanie niż namalował około 20 obrazów. Zachowało się 14-15. Londyńska galeria zgromadziła te spośród dzieł, które powstały pod koniec XV wieku, na dworze w Mediolanie. Służba u ambitnego, żądnego władzy Ludwika Sforzy – twierdzą organizatorzy pokazu – stała się dla malarza impulsem do wypracowania artystycznego programu elitarnej sztuki i jej teorii. To właśnie wtedy wykrystalizował się wprawiający w zachwyt styl Leonarda.

Jakie obrazy pokazano w Londynie? Oprócz krakowskiej „Damy z gronostajem” francuską wersję „Madonny w grocie” i „Portret damy” („La belle Ferronnière”) – oba z Luwru, „Muzyka” z Ambrosiany w Mediolanie, św. Hieronima z Watykanu, Madonnę z Dzieciątkiem („Madonna Litta”) z Petersburga i Chrystusa („Salvator Mundi”) z kolekcji prywatnej. Oprócz tego National Gallery ma swojego leonarda – drugą wersję „Madonny w grocie”. „Ostatnią wieczerzę”, fresk malowany podczas pobytu w Mediolanie dla kościoła Santa Maria delle Grazie, reprezentują studia.

Zdaniem autorów wystawy, w pierwszym, florenckim etapie twórczości obrazy Leonarda były bezpośrednim odbiciem jego doświadczeń naukowych, przede wszystkim badań przyrodniczych i studiów matematycznych. Malarz odkrywał wtedy piękno ziemskie – przekonują. W Mediolanie, około 1490 roku, rozpoczyna poszukiwania obrazów piękna idealnego. A w tym pomagają mu zainteresowania m.in. optyką. Zmianę dobrze ilustruje przykład dwóch wersji „Madonny w grocie”. Pierwsza, wcześniejsza – z Luwru – jeszcze wiernie oddaje szczegóły natury, choćby budowę czy kolorystykę roślin. Druga – jest tak różna, mimo podobnej kompozycji, że przypisywano ją uczniom. W londyńskiej „Madonnie w grocie”, kosztem szczegółu i barw lokalnych, Leonardo buduje już charakterystyczną dla siebie scenerię – teatr gry światła i cienia.

„Muzyk” (fot. © Veneranda Biblioteca Ambrosiana, Pinacoteca – Milan (99)
„Muzyk” (fot. © Veneranda Biblioteca Ambrosiana, Pinacoteca – Milan (99)

Sztuka unikania wzroku

Jeszcze tylko do niedzieli w berlińskim Bode-Museum można oglądać niezwykłą ekspozycję. Organizatorom udało się zgromadzić imponujący zbiór ponad...

zobacz więcej

Organizatorzy ekspozycji w National Gallery zachęcają też do prześledzenia metody budowania słynnego sfumato – subtelnej gradacji tonów barwnych – i chiaroscuro, czyli światłocienia. Poszczególne etapy pracy mistrza widoczne są jak na dłoni, właśnie dlatego że zazwyczaj nie kończył swoich prac. Na rozpoczętych zaledwie, jak choćby „Św. Hieronim” widać, że Leonardo „myślał światłocieniem” – budował nim kompozycję już w chwili stawiania pierwszych kresek szkicu na zagruntowanej płaszczyźnie obrazu. Te pierwsze, najdelikatniejsze i najjaśniejsze, szkicowane swobodną kreską modelunki stanowiły potem podstawę głównie dla półcieni twarzy przedstawionej postaci. Na nie mistrz nakładał cienką warstwę na wpół przezroczystej, olejnej bieli ołowiowej, która sprawiała że rysunek zyskiwał zimny, niebieskoszary odcień, ale go nie zaciemniała. Na takim podłożu autor budował dopiero bardziej wyraziste, głębokie cienie ciemnobrązowe i czarne. Tak przygotowana kompozycja stanowiła podstawę dla kolejnych, właściwych prac nad obrazem – selektywnego rozjaśniania albo przyciemniania szkicu, ale też bywała wkomponowywana w całość po nieznacznej modyfikacji. To dlatego niedokończone obrazy zdają się tworzyć harmonijną całość.

Badania wykazały, że cienie w partii twarzy „Muzyka” pochodzą przede wszystkim właśnie z etapu wstępnego szkicu, podczas gdy portrety dam – w odróżnieniu od „Muzyka” ukończone – są efektem wykorzystania tych szkiców w rozmaitym stopniu. Cień przy wewnętrznych krawędziach prawego oka Cecilli Gallerani powstał w wyniku nakładania ciemnych plam farby. Ale już stosunkowo wyrazisty mały cień pod dolną wargą modelki zawdzięcza swoją intensywność przede wszystkim modelunkowi jeszcze spod pierwszej, półprzezroczystej warstwy farby.

 “Chrystus jako Salvator Mundi”, Leonardo da Vinci,  (fot. © 2011 Salvator Mundi, LLC. Photo Tim Nighswander/Imaging4Art)
“Chrystus jako Salvator Mundi”, Leonardo da Vinci, (fot. © 2011 Salvator Mundi, LLC. Photo Tim Nighswander/Imaging4Art)

Kamera zajrzy pod czarne tło „Damy”

zobacz więcej

Londyńczycy szturmują galerię najprawdopodobniej po to, by zobaczyć „Damę z gronostajem” na co dzień przebywającą w dalekim i egzotycznym wciąż dla nich kraju. Ale za atrakcję wystawy równie dobrze można uznać „Salvatora Mundi” – obraz z kolekcji anonimowego właściciela.

Wizerunek „Chrystusa, Zbawiciela Świata” pojawił się w Anglii prawdopodobnie w XVII wieku. Zachowała się akwaforta z tego czasu, której autor – Wenceslaus Hollar twierdził, że za model posłużył mu obraz Leonarda. Krótko potem oryginalna deska uległa zniszczeniu – drewno pękło. Obraz zaczęto poddawać kolejnym renowacjom, przemalunkom i czyszczeniom. Z warstwy malowanej ręką autora niewiele pozostało. Przez długi czas dzieło uznawano z pracę naśladownika jednego z uczniów Leonarda – Giovanniego Antonia Boltraffia.

Ostatnia renowacja potwierdziła jednak klasę „Salvatora Mundi” i obecność zabiegów technicznych charakterystycznych dla Leonarda, znanych z późniejszych jego prac – „Mony Lisy” czy „Św. Jana Chrzciciela”.

Dzieło można zaklasyfikować do grupy mandylionów, obrazów, które – jak się przypuszcza – mogły mieć jeden prawzór. Niektórzy wierzą, że było to odbicie twarzy Chrystusa na jakiejś materii. Zapewne z powodu ubytków w tej partii obrazu jego bohater zyskał jeszcze bardziej dziwny wzrok, niż to planował autor. Źrenice postaci są jak kula, którą trzyma. Zdają się zwierać w sobie wszechświat, czyli ogrom pustki. Przenikliwość i spokój znoszą się w nich nawzajem.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
Zobacz więcej