RAPORT

Tusk kontra Tusk

Niedźwiedzica najadła się „miodu szaleńców” i... [WIDEO]

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło (fot. TT)
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło (fot. TT)

O tym, że nieposkromiona ochota na miód może ściągnąć na niedźwiedzia poważne kłopoty, wielokrotnie przekonał się Kubuś Puchatek. Teraz przygodę rodem z książek A. A. Milne'a przeżyła młoda niedźwiedzica z prowincji Duzce w Turcji. Przyczyną jej dziwnego zachowania był – jak się okazało – znany od czasów antycznych halucynogenny miód, nazywany „miodem szaleńców”.

Naukowiec opublikował zdjęcie „czerwonego olbrzyma”. Ale to nie była gwiazda

Francuski fizyk Etienne Klein opublikował na Twitterze zdjęcie wykonane rzekomo przez potężny teleskop Webba i przedstawiające gwiazdę Proxima...

zobacz więcej

Nagrany przez leśników film przedstawiający młodą niedźwiedzicę brunatną w dość nietypowej sytuacji udostępniło na Twitterze tureckie Ministerstwo Rolnictwa i Leśnictwa. Samica siedziała na pace pick-upa, patrzyła nieprzytomnym wzrokiem i niezdarnie próbowała złapać równowagę, wciąż się zataczając. Była całkowicie oszołomiona i zdezorientowana. Niedźwiedzicę w czwartek znaleźli leśnicy patrolujący lasy w północno-zachodniej części prowincji Duzce. Odwieźli ją do kliniki weterynaryjnej, gdzie, gdy odzyskała przytomność, stwierdzono, że nic jej nie dolega.


Szybko ustalono, że przyczyną jej kłopotów był miód z rododendronu, nazywany „deli bal”, który od wieków jest produkowany przez pszczelarzy w regionie Morza Czarnego i w Himalajach. W nektarze rododendronów jest grajanotoksyna – naturalna neurotoksyna, która już w małych dawkach powoduje mrowienie, zawroty głowy i uczucie odprężenia, a w większych – euforię, halucynacje i odurzenie.


Celebrytka


Klip cieszył się w Turcji tak wielką popularnością, że niedźwiedzica stała się lokalną celebrytką. Ministerstwo Rolnictwa i Leśnictwa postanowiło nawet nadać jej imię. Wybrano słowo Balkiz, które w języku tureckim znaczy „kochana dziewczyna” albo „kochaną córka”.


Chociaż Balkiz jest dziś z pewnością najbardziej znaną ofiarą objadania się miodem z rododendronów, historia zna wiele takich przypadków. Według nieżyjącego już profesora antropologii Vaughna Bryanta z Teksasu, jedna z najwcześniejszych wzmianek o „miodzie szaleńców” pochodził z relacji Ksenofonta z Aten, ucznia Sokratesa. Grecki historyk pisał, że żołnierze powracający w 401 roku p.n.e. znad Morza Czarnego po zwycięstwie nad Persami postanowili posilić się miodem skradzionym z pobliskiego ula. Kilka godzin później dopadły ich wymioty i biegunka, byli zdezorientowani i nie mogli utrzymać się na nogach. Następnego dnia objawy minęły i żołnierze mogli kontynuować podróż do Grecji.



Mniej szczęścia mieli prowadzeni przez Pompejusza rzymscy żołnierze, którzy około 70 roku p.n.e. natknęli się na zastawioną przez armię perską zasadzkę. Gdy zjedli pozostawiony przez wycofującego się wroga miód, byli tak zdezorientowani, że nie mogli walczyć. Wtedy Persowie wrócili i bez trudu wybili ich co do nogi.


Dla większości pszczół rododendron jest trujący, więc miód z pyłków tej rośliny wytwarzają nieliczne gatunki. Dlatego jest to specyfik rzadki, a przez to drogi. Jak wielu tego typu substancjom, przypisuje mu się właściwości lecznicze i traktuje jak afrodyzjak. Zazwyczaj jednak amatorzy tego miodu po prostu lądują w szpitalu. Na szczęście po około 24 godzinach objawy mijają. Tak właśnie było z Balkiz, która została wypuszczona z powrotem do lasu, co jej fani mogli oczywiście zobaczyć na Twitterze.

Twoje INFO - kontakt z TVP INFO


Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:

Zobacz więcej