RAPORT

Prorosyjska era Tuska

Niemcom należy wypominać zdradę Europy. Do skutku

Władimir Putin i Angela Merkel często dogadywali się wbrew interesom UE (fot. Forum/TASS/ Yevgeny Odinokov)
Władimir Putin i Angela Merkel często dogadywali się wbrew interesom UE (fot. Forum/TASS/ Yevgeny Odinokov)

Piotr Wójcik na łamach Krytyki Politycznej stawia Telewizji Polskiej zarzut zbyt częstego i zbyt intensywnego mówienia źle o Niemcach. Nazywa to wręcz „działaniem na szkodę własnego państwa”, czyli Polski. Nic bardziej mylnego. Nie tylko rusofobia, ale również krytyka Niemiec za to, co zrobiły Europie jest konieczna i nie z zemsty, czy niechęci, ale żeby się opamiętali i by nikomu więcej w UE nie przyszło do głowy popełnić taki sam błąd oraz – jeżeli to możliwe – wysiudać ich ze stanowiska kraju rządzącego naszym kontynentem.

Dwa sposoby traktowania mediów przez polityków PO – „model współczesny” i „prototyp tradycyjny”

– Nie rozmawiam z wami. Jesteście funkcjonariuszami PiS. Cały czas kłamiecie – powiedział poseł Platformy Obywatelskiej Marcin Kierwiński...

zobacz więcej

Już w samym tytule artykułu „Problemy Niemiec to żaden powód do radości. Z czego się PiS tak cieszy?” zawarte są dwa przebiegłe przekazy. Jeden z nich stawia znak równości między krytykowaniem naszego zachodniego sąsiada a PiS-em, przez co automatycznie temat umiejscowiony zostaje w kontekście wewnętrznego sporu w Polsce. W końcu nie do pomyślenia byłaby sytuacja, w której Polacy w końcu zjednoczyli się w krytycznym nastawieniu do tego, co robi Rosja, ale i jej największy sojusznik w Europie – Niemcy, prawda?

Drugi wniosek, jaki można wyciągnąć z tak postawionej przez red. Wójcika tezy, jest następujący: krytykowanie i/lub napiętnowanie Niemiec za to, co robiły z Rosją w naszej części planety, to nie tyle ocena geopolityczna, co wynik emocji. W końcu jeśli czyjeś „problemy” sprawiają nam „radość”, to nie do końca dobrze to o nas świadczy.

Tak się składa, że jestem stałym czytelnikiem polskiego serwisu Deutsche Welle, ponieważ staram się być na bieżąco z tym, jak Polskę opisują niemieckie media. W ostatnich miesiącach znajduję w nich podobny rys emocjonalny w relacjonowaniu tego jak nasze społeczeństwo, władze i media odnoszą się do nich. I nie zarzucam tutaj broń Boże red. Wójcikowi kopiowania niemieckich klisz narracyjnych, uważam go za człowieka myślącego samodzielnie, a jedynie zwracam uwagę na podobnie błędne rozumienie źródeł tego, co nazywamy „polską krytyką Niemiec”.

Z pewnością u niektórych mogą to być zrozumiałe powojenne emocje, w końcu część ofiar niemieckich zbrodni i członków ich rodzin jeszcze w Polsce żyje, ale większość, myślę, swoją krytykę wiąże nie tyle z osobistą niechęcią, co z niezadowoleniem z tego, co Niemcy robili w przeszłości, do czego doprowadziła ich polityka teraz i co może jeszcze zepsuć w przyszłości.

Grzechy ciężkie


Problem z Niemcami jest o tyle poważny, że ich grzechy wobec nie tylko Polski i Ukrainy, ale faktycznie całej Europy są wyjątkowego kalibru. Tak jak po wojnie było kilkadziesiąt lat skruchy, tak już przy transformacji zaczęła się chamska ingerencja na polskim terytorium, z kupowaniem sobie partii politycznych i przywożeniem swoim politykom niemieckich marek w siatach, a później wykupywaniem polskiego przemysłu. Po miesiącu miodowym związanym z wejściem Polski do Unii Europejskiej zaczęła się kolejna odsłona antypolskiej polityki Niemiec.

Putin igra z gazem. Europa nie poddaje się szantażyście

Rosja szantażuje Europę zakręceniem kurka z gazem, a najgorzej na tym wychodzą Niemcy, najbardziej uzależnieni od dostaw ze Wschodu. Gazprom...

zobacz więcej

Już dwa lata później rosyjska firma Gazprom oraz niemieckie firmy E.ON Ruhrgas i BASF podpisały w Moskwie porozumienie końcowe dotyczące budowy Gazociągu Północnego i utworzenia konsorcjum Nord Stream. To wtedy pierwszy raz Niemcy zdradziły Europę na rzecz Rosji, a później było jeszcze gorzej. Dojście do władzy najbardziej proniemieckiego polityka w III RP pomogło w stworzeniu wrażenia ciepła i obopólnego szacunku, ale podobnie jak w przypadku Władimira Putina, relacja Donalda Tuska z Angelą Merkel była dla polskich interesów skrajnie niekorzystna. Szkody dotyczyły wielu obszarów państwa, ale wystarczy wymienić dwa kluczowe negatywne zjawiska, czyli szalona prywatyzacja i uzależnienie energetyczne.

Można nie lubić obecnej władzy, ale faktycznie gdyby nadal rządziła PO-PSL, to Polska byłaby w takiej sytuacji, że nawet jakby chciała, to nie miałaby jak Ukrainie pomóc. Do tego zresztą by nie doszło, bo podobnie jak w przypadku Berlina, z Warszawy płynęłoby do Kijowa dużo ciepłych słów, ale bez konkretów. Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech policzy sobie, ile razy w ciągu ostatnich miesięcy Donald Tusk zajmował się Ukrainą, a nie byłoby to trudny rachunek, bo wystarczyłyby palce jednej ręki.

Antypolska krytyka Niemiec


Red. Piotr Wójcik w swoim artykule nie zarzuca TVP kłamstwa, a nawet sam stwierdza, że „trudno nie krytykować Niemiec za lata robienia interesów z Kremlem i kunktatorską postawę podczas wojny w Ukrainie” i „Niemcy mają na swoim koncie długą listę fatalnych, a właściwie koszmarnych błędów”, tyle że przeszkadzają mu „nieustanne ataki werbalne wymierzone w Berlin”, bo „zaczynają już przypominać masochizm lub przynajmniej celowe działanie na szkodę własnego państwa”.

Innymi słowy zbyt ostra krytyka Niemiec jest wbrew polskim interesom. Dlaczego? Ponieważ „finalnie jedziemy z nimi na jednym unijnym wózku” i „jeśli Niemcom zabraknie gazu, to i nam zrobi się zimno”. Do tego nieładnie tak, ponieważ „gdyby w niemieckich mediach pojawiła się nawet tylko jedna czwarta takiej nienawiści w stosunku do Polaków, pisowska prawica zawyłaby z oburzenia”. Czytaj: skala krytyki Niemiec w Polsce nie powinna przekraczać 25% antypolonizmu nad Renem.

Jak bardzo niesprawiedliwy jest wobec naszego kraju taki sztuczny symetryzm, tego nie trzeba chyba wyjaśniać i to nie tylko z powodu wciąż nie odpokutowanych finansowo zbrodni niemieckich na Polsce i Polakach, ale również z powodu blokowania przez Berlin pieniędzy dla naszego kraju w Brukseli. Fakt iż dokonują tego w „białych rękawiczkach” rękami swoich polityków w instytucjach unijnych nie jest dla Polski żadnym pocieszeniem. Całe to podkręcanie śruby, jakie odbywa się w UE, to jest dopiero przykład zemsty i to o tyle niepokojącej, że jej jedyną przyczyną jest to, że Polacy w demokratycznych wyborach ciągle wybierają „nie tych, co trzeba”.

Karnkowski: Niemcom w lipcu już zimno

Gdy jeszcze solidarność energetyczna Unii Europejskiej polegać miała na tym, że państwa wspólnie kupują gaz, by zabezpieczyć się przed wymierzonych...

zobacz więcej

Na ten niedemokratyczny rys w polityce zagranicznej Niemiec niektórzy politycy i publicyści zwracali uwagę od dawna, ale czy mogli zrozumieć to ci, którzy cieszyli się, gdy Merkel na złość polskiemu rządowi na stanowisko szefa RE poparła Donald Tuska, mimo że polskim kandydatem był kto inny? Nie trzeba się nawet cofać o kilka lat, bo całkiem niedawno bliska przyjaciółka byłej kanclerz, minister obrony Niemiec, a dziś szefowa KE, Ursula von der Leyen na zjeździe EPP powiedziała wprost, że czeka na to, aż zobaczy Tuska na stanowisku premiera w Polsce. I nie chodzi tu o polityczne sympatie, bo między podobnymi obozami w różnych krajach występują i są normalne, ale o tę ostentację w ignorowaniu demokratycznych wyborów innych krajów. Jako inne przykłady można podać to, jak potraktowano Irlandczyków w 2008 r. i Brytyjczyków w 2020 r., gdy w referendum wybrali „nie tak jak trzeba”.

Nie powtarzajmy tych samych błędów


Wbrew podskórnie suflowanej w Europie narracji, niemiecka zaborczość i buta to wcale nie jest „standard”, na który nikt nie musi się zgadzać. Nie ma też nigdzie zapisanego prawa do rządzenia naszym kontynentem. Unia Europejska powstała jako sojusz pełnoprawnych i równych sobie państw i dziś Polska ma szczególną rolę w przypominaniu tego, jako kraj, który najmocniej doświadczył zła, jakim było wzięcie Europy pod niemiecki but, a wcześniej sojusz z Rosją.

Czy lepiej, gdy nasz zachodni sąsiad panuje nad kontynentem gospodarczo, a nie za pomocą ludobójstwa, okupacji i obozów? Oczywiście. Czy jednak powinniśmy jako kraj wstrzymać się z krytyką Niemiec, gdy widzimy, jak wracają do nich pragnienia podobne do tych, które u ich dziadków rozpaliły duch nazizmu? Skoro po II wojnie światowej powiedzieliśmy wszyscy „Never Again”, to wyciągnijmy wnioski z tego, że jednak „again” mamy w Europie krwawą wojnę.

Twoje INFO - kontakt z TVP INFO
Przestańmy udawać, że wszyscy patrzyli tak samo trzeźwo na Berlin i Kreml, bo gdy śp. Prezydent Lech Kaczyński ostrzegał, że po Gruzji przyjdzie czas na Ukrainę – jego oponenci drwili, a gdy w 2010 r. jego brat, Jarosław Kaczyński alarmował Zachód, że w Rosji budzi się imperializm – szef dyplomacji Radosław Sikorski z pogarda pytał, „czy jest na proszkach”, zapraszał Rosję do NATO, równolegle prosząc Niemców, żeby wzmocnili swoją kontrolę nad Europą.

Podobnie odrealnione było podejście do tych krajów nie tylko u nas, bo gdy prezydent USA Donald Trump w 2018 r. na forum ONZ ostrzegał, że Niemcy uzależniają się od Rosji – niemieccy delegaci pokładali się ze śmiechu, a media Demokratów w Stanach pukały się w czoło. Kto miał rację? Polityka Niemiec od kilkunastu lat nastawiona jest na wzmacnianie się kosztem Europy i czas najwyższy przestać udawać, że jest inaczej, tylko zrobić wszystko, żeby odebrać im władzę w UE i poważnie zreformować tę instytucję. Tak, żeby z powrotem była wspólnotą wolnych państw, a nie, jak chciałby Berlin - federacją, czy Paryż - unią kilku prędkości. Wbrew temu jaką „gębę” dorobiono dziś Polsce, to nasz kraj jest najlepszym kandydatem do roli obrońcy europejskości i praworządności UE, a ostatecznie – już po przyjęciu do Unii Ukrainy, jak Bóg da – nowego przywódcy Wspólnoty.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej