RAPORT

Wojna na Ukrainie

Betonoza nas wykańcza. I to całkiem dosłownie

Zrewitalizowany Pl. Wolności w Kutnie (fot. arch.PAP/Grzegorz Michałowski)
Zrewitalizowany Pl. Wolności w Kutnie (fot. arch.PAP/Grzegorz Michałowski)

Najwyższy czas zmienić w Polsce myślenie o tym, jak powinna wyglądać przestrzeń publiczna. Jej dalsze betonowanie, bez uwzględniania nasilających się radykalnych zmian klimatycznych, już jest poważnym kłopotem dla niemałej części Polek i Polaków. A będzie jeszcze większym.

„Magazyn śledczy Anity Gargas”: Betonoza nad samym brzegiem Bałtyku

Dwa ponad stumetrowe wieżowce nad samym brzegiem Bałtyku, czyli betonoza zamiast nadmorskiej przyrody. Czyje plany mogą doprowadzić do zniszczenia...

zobacz więcej

„Groźne burze z gradem i silnymi porywami wiatru w zachodniej połowie kraju i w centrum, tropikalne upały we wschodniej części Polski – takie prognozy na czwartek, ostatni dzień czerwca, przedstawiają synoptycy IMGW” - czytam na portalu tvp.info. Jeszcze kilkanaście lat temu tego typu prognozy zdarzały się dość rzadko.

Nie chcę zaczynać rozmów o tym, czy żyjemy w antropocenie, czyli możliwej epoce geologicznej, naznaczonej w największym stopniu efektami ludzkiej działalności. Nie chcę zaczynać w tym felietonie rozmowy o tym, na ile na zmiany klimatyczne ma wpływ ludzka działalność, a na ile to procesy naturalne.

To często prowadzi na manowce, bo uniemożliwia nawet dyskusje o praktycznej walce ze skutkami coraz bardziej radykalizujących się zjawiskach klimatycznych. Podejrzewam, że w niektórych przypadkach może to być nawet celowa strategia, żeby nic z tym nie robić. Żeby dalej zalewać betonem, co się da, żeby codzienne otoczenie człowieka przypominało jeden wielki wyasfaltowany plac, na którym łatwo zaparkować samochód – ale żyć się już nie da.

„Zamiast zieleni kawał betonu”. Lewicowy aktywista punktuje stołeczny samorząd

„Park Bródnowski. Zamiast starego zbiornika w warszawskim parku wielki kawał betonu z zainstalowaną fontanną. Nie może być tak, że miasto mówi i...

zobacz więcej

Ale nie ma powodu, by nie wierzyć klimatologom, którzy jasno mówią: przechodzimy w Polsce od typowego dotąd podziału na cztery pory roku na podział prostszy, ale groźniejszy także dla naszego rolnictwa – pora gorąca i pora zimna. A to będzie wiązało się z jedną rzeczą; będzie zdecydowanie przybywało takich prognoza jak ta: tropikalne upały, groźne burze z gradem i silnymi porywami wiatru. Często jedne po drugich, z coraz większą intensywnością.

Jesteśmy inteligentnym narodem, zatem każdy niech odpowie sobie sam: czy to nie są zjawiska groźne dla ludzkiego życia? Czy nie trzeba, nawet skromnymi środkami, niwelować ich i zabezpieczać się przed nimi?

A jeden z prostszych sposób to walka z betonozą. Troska o drzewa, trawniki i zieloną przestrzeń w wielkich miastach. Gdy oglądam foldery kolejnych samorządowych inwestycji, szczególnie tych dotyczących transportu publicznego, to z jednej strony cieszę się z nich, z drugiej – nie kryję niekiedy rozczarowania. Wiaty, które przed niczym nie chronią, wybetonowane place przed dworcami. Jak najmniej zieleni, jak najmniej drzew. To samo jest zresztą w niemal każdej innej inwestycji: zieleń jest markowana na wizualizacjach, a w praktyce jest jej często jeszcze mniej, jest rachityczna i bardziej służy ku ozdobie niż jakimkolwiek praktycznym celom.

Ktoś powie: o co chodzi, mamy klimatyzację. Nie neguję, klimatyzacja to świetna sprawa. Po pierwsze jednak – kosztuje i będzie kosztować coraz więcej; po drugie – nie jest obojętna dla zdrowia bardzo wielu ludzi. Po trzecie: nie da się całego życia spędzić w sztucznej, klimatyzowanej bańce. Im więcej czasu w niej żyjemy, tym bardziej wiąże się z to z alergiami i tym podobnymi kłopotami. Nawet bardzo bogaci ludzie, a może przede wszystkim oni, wolą jak najwięcej naturalnej ochłody nad brzegiem morza, wśród lasów, w górskich posiadłościach. Betonoza, proszę państwa, jest na ogół dla zwykłych śmiertelników. I my się na to niestety zbyt chętnie wciąż godzimy.

„Alarm!”. Betonoza zalewa Lublin. Mieszkańcy walczą o lipy

Kolejne polskie miasta ulegają betonozie – ponurej chorobie objawiającej się usuwaniem przez samorządowców zieleni i betonowaniem miejskich placów....

zobacz więcej

Dodajmy do tego jeszcze jedną rzecz: miliony Polek i Polaków w ciągu miesiąca poruszają się transportem publicznym w drodze z domu do pracy, lekarza, do szkoły i urzędów. To jest twarda statystyka, potwierdzana empirią. I niestety, często można im tylko współczuć, szczególnie teraz, gdy burzliwe lato stało się synonimem naprawdę groźnych zjawisk pogodowych. Jak schronić się przed potężną ulewą, burzą z piorunami, wielkim gradem pod małą wiatą na przystanku kolejowym czy autobusowym?

W wielkich miastach takie wiaty coraz częściej przypominają nośniki reklam. W małych miejscowościach, jeśli w ogóle coś w nich jeździ: są często mikroskopijne, jakby zbędne. Ludzie, którzy za to odpowiadają, kompletnie nie nadążają za realnymi zmianami, które wyznaczają radykalne zjawiska klimatyczne. Betonoza wyznacza wciąż trendy: niestety, takie są dość powszechne gusta, często uważamy, że „tak jest ładnie”.

Trochę to dziwne, bo przecież jako społeczeństwo – nie ma w tym nic wstydliwego – całkiem niedawno wyszliśmy w niemałej części ze wsi. A często zachowujemy się tak, jak byśmy zieleni nie lubili, jak by nam zawadzała. Tylko dlaczego w wielkim skwarze wciąż szukamy odpoczynku nad wodą, w parkach i w lesie?

To retoryczne pytania – jako ludzie potrzebujemy zieleni dla lepszego życia. To nie jest żaden ideologiczny wymysł. To biologia. Życie w wielkich miastach czy szerzej – życie w świecie technologicznym nic w tym względzie nie zmienia. Może jeszcze lepiej pokazuje, że betonoza to droga donikąd.

„Alarm!”. Betonoza zalewa Lublin. Mieszkańcy walczą o lipy

Kolejne polskie miasta ulegają betonozie – ponurej chorobie objawiającej się usuwaniem przez samorządowców zieleni i betonowaniem miejskich placów....

zobacz więcej

I jeszcze drobne wspomnienie z niedawnej podróży do Hajnówki, miejscowości, która leży u wrót Puszczy Białowieskiej. Jeśli wynająć pokój w pensjonacie blisko wschodnich rubieży miasta, do puszczy jest naprawdę niedaleko. Tymczasem dworzec w Hajnówce to jakaś porażka: pojedyncze, skromne wiaty na dość dużych peronach – byle były.

Widziałem tam starszych państwa z małymi dziećmi, pewnie dziadkowie z wnukami, którzy starali się jak mogli osłonić dzieci przed słońcem. Perony w Hajnówce niedawno wyremontowano (dworzec stoi zamknięty, to osobna historia) – to oczywiście świetnie, są teraz takie ładne i zmodernizowane. Szkoda tylko, że dość liczni pasażerowie podróżujący do Siedlec / Warszawy czy Białegostoku nie mają w większości nawet gdzie usiąść, nie mówiąc już o schronieniu przed deszczem i słońcem. To niesamowite: z jednej strony Hajnówka – brama do krainy zieleni, wody i ochłody, z drugiej – przystanek betonozy, jeden z wielu w Polsce. Smutne.

Walka z betonozą to nie jest lewacki wymysł. Na betonozie cierpią w największym stopniu właśnie mieszkańcy Polski B, wielkomiejskich blokowisk i ofiary patodeweloperki. Cierpimy na tym wszystkim, bo betonoza powiększa negatywne skutki gwałtownych i niebezpiecznych klimatycznych zjawisk. Albo my to choć w części ogarniemy, albo natura na swój sposób załatwi to za nas.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej