RAPORT

Wojna na Ukrainie

234. Szczęśliwa liczba Adama Glapińskiego

To miał być koniec koalicji rządzącej (fot. PAP/Marcin Obara)
To miał być koniec koalicji rządzącej (fot. PAP/Marcin Obara)

To miał być koniec koalicji rządzącej, koniec PiS, a już na pewno koniec Adama Glapińskiego na stanowisku prezesa Narodowego Banku Polskiego. Skoro jednak opozycja uważa Glapińskiego za najpotężniejszego człowieka świata, który wywołał inflację od Władywostoku po Seattle, jej przedstawiciele musieli liczyć się z tym, że i z zebraniem sejmowej większości ten tytan da sobie radę. Jednak liczba 234 imponuje.

Kaźń i obojętność

Czy to tchórzostwo, poprawność polityczna, czy głupota? Może wszystko naraz? Przywódcy Europy Zachodniej wciąż boją się nazywać po imieniu zbrodnie...

zobacz więcej

W przypadku rządu, który jakoby stracił większość, wrażenie robi też liczba 233. Tylu posłów wybrało wczoraj członków Krajowej Rady Sądownictwa. Różnicę w wyniku obu tych głosowań zawdzięczamy posłowi Zbigniewowi Girzyńskiemu z koła Polskie Sprawy, który poparł Glapińskiego, a w przypadku KRS, był, jak pozostali przedstawiciele jego koła, przeciw. Innych niespodzianek nie było, oczywiście nie dla tych, którzy na poważnie brali pod uwagę, że może dojść do buntu posłów Solidarnej Polski (poparcie dla Glapińskiego zapowiedzieli już dawno), Pawła Kukiza (również zapowiadał poparcie kandydatury Glapińskiego), a nawet samego Prawa i Sprawiedliwości (Glapiński był kandydatem tej partii). Najbardziej rozpaczliwe były medialne próby zniechęcenia Kukiza. Pojawiły się na przykład informacje, że PiS nie traktuje jego ludzi poważnie, a nawet, że w razie społecznego niezadowolenia z wyboru prezesa NBP, zamierza właśnie na Pawła Kukiza przekierować wszelkie negatywne emocje.

To ostatnie uznać trzeba za wyjątkową bezczelność, pamiętając, co media wraz z politykami opozycji i pod ich dyktando z Kukizem robiły przy okazji ustawy medialnej. Festiwal wyzwisk i realnych gróźb, w tym zastraszania rodziny i współpracowników posła Jarosława Sachajki, zapewne został przez posłów tego ugrupowania zapamiętany na tyle dobrze, by dziś rewelacjami dziennikarzy specjalnie się nie przejmować. Fałszywa troska nie jest w tym światku niczym nowym, niemniej jeśli gdzieś można jeszcze użyć nad wyraz już wyeksploatowanej frazy „Himalaje hipokryzji”, to chyba właśnie tutaj. Co ciekawe i bez Kukiza w tym głosowaniu PiS nadal miałby większość. 234. To dla opozycji bardziej pechowa liczba niż trzynastka z dzisiejszej daty.

A jednak zagłodzić?

Część naszych mediów twierdzi, że przywoływane bardzo chętnie przez polskich polityków i publicystów słowa wiceprzewodniczącej Parlamentu...

zobacz więcej

Z kolei posłów Solidarnej Polski, choć przekonani byli już wcześniej, według niektórych przekonano umieszczeniem w programie sejmowych głosowań wyborem sędziów do KRS. Tyle że choć głosowania faktycznie nie było wcześniej w planach, nie znaczy to wcale, że nie musiało ono odbyć się w tym terminie. Obligatoryjność takiego głosowania wynika bowiem bezpośrednio z ustawy, Sejm głosuje nad kandydaturami na najbliższym, od ich wpłynięcia, posiedzeniu, na co zwraca uwagę na Twitterze sędzia Sądu Najwyższego Kamil Zaradkiewicz. Solidarną Polskę co gorliwsi dziennikarze wyrzucili z koalicji jeszcze w środę, informując swoich czytelników i widzów o tym, że na wieczór tego dnia planowane jest wyjazdowe posiedzenie klubu Prawa i Sprawiedliwości.

Oczywiście do rozpadu koalicji nie doszło, tak samo, jak nie doszło do równoczesnego postawienia na wcześniejsze wybory. Te ostatnie są jednym z ulubionych zawołań bojowych opozycji, nie tylko w tej kadencji. Nie chce się jednak wierzyć, by PiS zdecydował się na taki ruch po doświadczeniu roku 2007. Dziś zaś, gdy wciąż jest w stanie zgromadzić bezpieczną większość w kluczowych głosowaniach, znajduje się przecież w sytuacji nieporównanie lepszej niż czternaście lat temu.

Twoje INFO - kontakt z TVP INFO

Karnkowski: Przeciwko Rosji, ale nie za bardzo

Każde głosowanie, gdy w tle jest Rosja, przynosi ciekawe wnioski i niepokojące obserwacje. Czasem też – ciekawe obserwacje i niepokojące wnioski....

zobacz więcej

Co więcej, zastanówmy się, jak wyglądałyby dziś wybory parlamentarne, a wraz z nimi, być może zmiana władzy, przeprowadzone w trakcie wojny toczącej się tuz przy granicach Polski. O tym, że Rosja próbowałaby w proces wyborczy wniknąć o wiele mocniej, niż mogło się jej to zdarzać wcześniej, możemy być pewni. I nie polegałoby to bynajmniej na wzmacnianiu konkretnej partii, a na podgrzewaniu wszelkich konfliktów, emocji i skrajności – tak samo, jak dzieje się to od wielu lat, a co ostatnio widzimy bardzo wyraźnie przy okazji pandemii i wojny na Ukrainie. Rosja próbowałaby wzmacniać wszystkie podziały, również te na dzisiejszej opozycji, a zapewne i wśród Zjednoczonej Prawicy, po to, by przyszły rząd był trudny do sformowania i z jak najsłabszym mandatem społecznym. Nasza postawa jest dla Moskwy przeszkodą, choćby we współpracy z Niemcami i UE, tym samym destabilizacja ośrodków władzy i życia politycznego w Polsce jest dziś Rosjanom bardzo na rękę. Zresztą, jak zawsze, gdy cieszymy się jakąkolwiek suwerennością.

Wróćmy do wczorajszych obrad Sejmu. Do Glapińskiego największe pretensje opozycja ma o to, że nie przewidział wydarzeń trudnych do przewidzenia. Ale też i o to, że reaguje na to w taki sposób, w jaki w tej samej sytuacji reagowałaby opozycja. Tylko bardzo krótka pamięć pozwala mieć do prezesa NBP pretensje o podwyżki stóp procentowych ludziom, którzy jeszcze na kilka godzin przed pierwszą taką decyzją domagali się od niego, jakże by inaczej, podwyżki stóp procentowych. W kolejnych tygodniach posłowie żądali jak najszybszego poddania kandydatury Glapińskiego pod głosowanie, by, gdy tylko okazało się, że większość prawdopodobnie się znalazła, zgłosić wniosek o jego przesunięcie. Jednak najbardziej karykaturalny był chyba pomysł, by zablokować kandydaturę jako wadliwa prawnie. Prezesem Narodowego Banku Polski można być bowiem tylko przez dwie kadencje, a Glapiński wcześniej, od 2010 roku był członkiem Zarządu NBP. Pomysł uznania pracy na innym stanowisku jako czasu liczonego do sprawowania funkcji prezesa to jedna z bardziej karkołomnych figur naszej, i tak przecież ambitnej pod tym względem, polityki. Pomyśleć, że gdyby ktoś wpadł na ten koncept wcześniej, być może ktoś ogłosiłby, że Andrzej Duda nie ma prawa ubiegać się o reelekcje w 2020 roku, ponieważ wcześniej był pracownikiem kancelarii prezydenta Kaczyńskiego.

Karnkowski: Słoneczna polityka od Lizbony po Władywostok

W ostatnich dniach opinię publiczną poruszyły dwie publikacje, dotyczące Rosji. Artykuł Dmitrija Miedwiediewa, opublikowany przez agencję RIA...

zobacz więcej

Glapińskiego opozycja oskarża dodatkowo o zbyt mocne powiązania polityczne. To kolejny ciekawy zarzut w kraju, w którym funkcja szefa NBP jest funkcją polityczną. Pokazuje to praktyka i to bynajmniej nie z czasów, w których wpływ na obsadę tego stanowiska miało Prawo i Sprawiedliwość. Poprzednikiem Glapińskiego był Marek Belka (to zresztą na jego wniosek dzisiejszy prezes znalazł się w radzie banku), wcześniej – i później aktywny polityk, związany z lewicą, który w trakcie swojej kadencji spotykał się z politykami, by ustalać szczegóły swoich działań. Wiemy o tym dzięki ujawnieniu taśm z restauracji „Sowa i Przyjaciele”, w której gościł również ten, najwyraźniej apolityczny, finansista. Politykiem nie był przed kierowaniem NBP Sławomir Skrzypek, nominowany na te funkcję przez Lecha Kaczyńskiego, który w 2010 roku zginął wraz z nim pod Smoleńskiem. Z kolei Leszek Balcerowicz na funkcję prezesa NBP trafił prosto z ław sejmowych. Z ubiegania się o kolejną kadencję kierowania Unią Wolności długoletni minister finansów w kolejnych rządach III RP zrezygnował zaledwie kilka tygodni wcześniej. Również Hanna Gronkiewicz-Waltz, choć na dobre w polityce odnalazła się dopiero po odejściu z NBP, przed swoją nominacją w 1992 roku współtworzyła polityczne zaplecze Lecha Wałęsy w zapomnianej dziś partii „Victoria”…

Sugestie, że PiS chciałoby Glapińskiego zastąpić kimś innym, które pojawiły się w ostatnich godzinach przed głosowaniem, trudno było traktować poważnie. Nie było bowiem ani alternatywy, ani chętnego. Nasze finanse znajdują się w trudnym momencie, a fakt, że to samo dzieje się na całym niemal zachodnim świecie, nie jest specjalnym pocieszeniem. Adam Glapiński, nie tak dawno uznany przez czasopismo „Capital Finance International” za najlepszego szefa banku centralnego w Europie być może nie jest wróżbitą, ale wciąż pozostaje fachowcem w swej dziedzinie. Opozycyjna kontroferta w postaci Izabeli Leszczyny, która miałaby, zdaje się, być premierem, ministrem finansów i szefem NBP w jednym, nie wydaje się zbyt poważną propozycją.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej