RAPORT

Wojna na Ukrainie

Królewscy wbrew wszystkiemu. Dlaczego Real wygrywa?

Real Madryt może po raz 14. zostać najlepszym klubem w Europie (fot. Getty Images)
Real Madryt może po raz 14. zostać najlepszym klubem w Europie (fot. Getty Images)

W ciągu ostatniej dekady wydali na transfery mniej niż Crystal Palace, Brighton czy Wolverhampton. Przed sezonem tylko najwięksi optymiści mogli liczyć, że Królewscy powalczą o podwójną koronę. A jednak: Real wygrywa, wygrywał i będzie wygrywał, nawet jeśli nikt na nich nie stawia. Takie zespoły zawsze znajdują sposób…

Real znów to zrobił! Królewscy w finale Ligi Mistrzów

Królewscy są w tym sezonie specjalistami od misji niemożliwych. Po PSG i Chelsea ofiarami niezłomnego madryckiego ducha padli mistrzowie Anglii....

zobacz więcej

27 września 2017 roku. Ciepłe, jesienne popołudnie w Paryżu. Carlo Ancelotti ogłosił właśnie skład na grupowy mecz z PSG: zabrakło Hummelsa, Robbena czy Ribery’ego, na trybunach usiadł niechciany przez Włocha Jerome Boateng. Niemieccy dziennikarze pukali się w czoło, poddenerwowany Uli Hoeness obgryzał paznokcie na trybunie honorowej…



Bayern przegrał 0:3. Stracił trzy gole, choć pewnie powinien więcej. Żaden z taktycznych eksperymentów Włocha nie wypalił. Został ograny, pokonany, rozłożony na łopatki. Po ciosach na boisku kilkadziesiąt minut później otrzymał kolejny: w klubowym gabinecie. Choć zwolnienie przyszło nagle, pewnie mógł się go spodziewać. Przecież od dłuższego czasu coś szło nie tak.

To był – tak się przynajmniej wydawało – punkt zwrotny w jego karierze. Po latach spędzonych wśród gwiazd, prowadząc wielki Milan, Real, Chelsea czy PSG, spadł z elitarnej karuzeli. Telefony nagle przestały dzwonić. Zwłaszcza że z szatni Bayernu wychodziły kolejne brudy: Ancelotti miał odstawać taktycznie od poprzednika (Pepa Guardioli), a jego treningi były na tyle lekkie, że grupa „starszych” zaordynowała dodatkowe sesje, oczywiście bez wiedzy Włocha.

Odchodził skłócony z Robbenem, Riberym czy Lewandowskim, a niemieccy dziennikarze bez cienia zawahania konstatowali, że 58-letni szkoleniowiec zwyczajnie nie nadąża za nowoczesnym futbolem i nie rozumie współczesnych gwiazd. A wszystko to po wygraniu 43 meczów na 60 rozegranych…

By wciąż robić to, co kocha, musiał zejść półkę niżej. Napoli, choć za Maurizio Sarriego urosło do rangi drugiej siły ligi włoskiej, w kontekście wcześniejszych osiągnięć Carletto było pewną formą degradacji. Przyzwyczajony, że to jego gonią, teraz sam musiał szukać sposobu na „tych wielkich”. Szukał półtora roku, nie znalazł, ostatecznie pożegnano go bez większego żalu.

Pewnie mógłby z podniesionym czołem udać się na zasłużoną emeryturę. Sam narzekał zresztą niedawno, że nie był nigdy w Rio de Janeiro, że nie zwiedził Australii, że chciałby więcej czasu spędzać z córką… A jednak kilka dni po opuszczeniu Neapolu, gdy zadzwonili przedstawiciele Evertonu, angielskiego średniaka, Ancelotti spakował walizki i ruszył do Liverpoolu. Kolejny, jakkolwiek na to patrzeć, krok w tył.

Niezadowolony Lewandowski. Gdzie zagra latem?

To może być najdłuższy serial nie tylko tej wiosny, ale i całego lata. Choć Robert Lewandowski wciąż formalnie jest zawodnikiem Bayernu, a władze...

zobacz więcej

Krok w tył


Po raz pierwszy od prawie dwóch dekad, Ancelotti nie walczył o mistrzostwo. Puchary, najchętniej Liga Mistrzów – być może, ale o sukcesie na modłę Leicester wierzyli tylko najbardziej fanatyczni kibice Evertonu. Włoch i tym razem nie okazał się cudotwórcą: miejsca w środku tabeli nie odebrano ani z szerokim uśmiechem, ani wielkim smutkiem. Ot, kolejny „przeżyty” sezon. Piłkarze zachwycali się co prawda pracą z Carlo, Lucas Digne mówił na łamach „France Football”, że Włoch „taktycznie wyprzedza wszystkich trenerów, z którymi dotychczas pracował”, a kibice dostrzegali w grze swoich ulubieńców wyraźny postęp, ale pomników (jeszcze?) mu nie stawiano. Wtedy niespodziewanie zadzwonił stary przyjaciel…


 Ancelotti nie mógł odmówić Florentino Perezowi. Nawet jeśli wydawało się, że jest ściągany tylko „na przeczekanie”: stadion wciąż w przebudowie, transferów brak (w ciągu dwóch sezonów gotówkę zapłacono tylko za młodziutkiego Camavingę), gwiazdami nieuchronnie starzejący się Luka Modrić czy Karim Benzema, przemontowany blok defensywny, z którego właśnie odeszły dwa filary: Sergio Ramos i Raphael Varane… To nie miało prawa się udać, ale Włoch musiał podjąć to ryzyko. Musiał, by raz jeszcze zbliżyć się do piłkarskich szczytów.


Tak jak Ancelotti potrzebował Realu, tak Real potrzebował kogoś takiego jak on. Lubianego w szatni, szanowanego przez piłkarzy, ciepło wspominanego przez kibiców. Kogoś, z kim Perez dogada się bez trudu, kto nie będzie co kilka tygodni domagał się w mediach głośnych transferów i krytykował polityki zarządu.

Ancelotti dał to wszystko i znacznie, znacznie więcej. Zjednał grupę, ułożył defensywę, „zbudował” Karima Benzemę i wykorzystał w pełni potencjał takich piłkarzy jak Vinicius, Ferland Mendy czy Fede Valverde. Gra Realu nie porywa. To nie Liverpool, to nie Manchester City, pewnie nawet nie Bayern czy PSG. Ofensywa opiera się na brazylijsko-francuskich zrywach, na pojedynczych błyskach Luki Modricia czy Toniego Kroosa… Jest w tym jakiś pomysł, ale czy brawura? To nie przypadek, że w żadnym ze starć fazy pucharowej Królewscy nie byli faworytami: ani z PSG, ani z Chelsea, ani z City. Ich futbol nie przekonuje, nie pochłania w całości, ale jest do bólu skuteczny. Po prostu.

Kto jeszcze pamięta nagrania z zeszłego sezonu Ligi Mistrzów, gdy Benzema tłumaczył Mendy’emu, by nie podawać piłki do Viniciusa, bo „gra przeciwko nam”? Minął nieco ponad rok, a duet, który zdaniem hiszpańskich mediów nie miał szans funkcjonować na najwyższym poziomie, jest postrachem całej Europy. To w dużej mierze zasługa Włocha, który jak nikt potrafi dotrzeć do piłkarzy. Nie odciska swojego piętna na drużynach, nie ma tam „znaku jakości”, ale sami zawodnicy nie mogą się nachwalić, ile dają im indywidualne wskazówki, krótkie pogawędki i taktyczne wykłady, które wygłasza trener. Ancelotti pracuje w cieniu i pozwala błyszczeć innym. Taki ma charakter.

Królewskie czasy. Real Madryt mistrzem Hiszpanii

Piłkarze Realu Madryt wygrywając w sobotę na własnym stadionie z Espanyolem Barcelona 4:0 na cztery kolejki przed końcem sezonu zapewnili sobie...

zobacz więcej

W tym szaleństwie jest metoda


Jeśli ojcem sukcesu Realu jest Ancelotti, to Antonio Pintus jest w tej układance surowym, lecz sprawiedliwym wujkiem. 59-letni Włoch, żywa legenda, kultowy wręcz trener przygotowania fizycznego odmienił Królewskich w stopniu równie wielkim, co jego nieco starszy rodak.

W Madrycie już był: w latach 2016-18 pomagał Zinedine’owi Zidane’owi tworzyć najlepszy wówczas zespół na Starym Kontynencie. Po odejściu Francuza został jeszcze rok, po czym do Interu ściągnął go Antonio Conte. Efekt? Mediolańczycy kilkanaście miesięcy później sięgnęli po upragnione scudetto.

Pintus wciąż zbiera żniwa pracy, którą wykonywał jeszcze pod koniec ubiegłego wieku. Jako trener przygotowania fizycznego w ukochanym Juventusie skutecznie obrzydzał życie takim zawodnikom jak Deschamps, Vialli, Conte czy Zidane. – Nienawidziłem go na treningach, ale kochałem podczas meczów, gdy mogłem biegać więcej i szybciej niż inni – tłumaczył fenomen Włocha jeden z jego podopiecznych Gustavo Poyet.


Ci, którzy pamiętali, jak wspaniały miał wpływ na ich formę, chcieli mieć go u siebie, gdy rozpoczynali kariery trenerskie. Pracował więc z Viallim w Chelsea, z Poyetem w Sunderlandzie, pomagał Deschampsowi, gdy Monaco osiągnęło historyczny rezultat i awansowało do finału Ligi Mistrzów… Gdy Zidane ściągał go ze sobą do Madrytu, stołeczna prasa pisała później, że to „najlepszy transfer Francuza”.

„Zizou”, wybitny przecież niegdyś piłkarz, przekonał swoich zawodników, że Pintusowi warto zaufać. Że będą zmęczeni, że będą mieli wszystkiego dość, ale ciężka praca przyniesie efekty. Sam Włoch nie był zresztą żadnym szamanem: wszystko skrupulatnie tłumaczył, opowiadał, cierpliwie odpowiadał na każde pytanie. Królewscy wbrew panującym w Hiszpanii trendom mniej trenowali z piłką, więcej czasu spędzali na siłowni, a wszystkie zajęcia kończyli serią sprintów. Celem było wypracowanie stałego, wysokiego poziomu tlenowego u wszystkich zawodników, by po kilku tygodniach pracy kilka sprintów nie powodowało u nich większej zadyszki.

W Madrycie spadła liczba kontuzji, wzrosła wytrzymałość, dzięki czemu Real strzelał mnóstwo goli w drugich połowach i końcówkach spotkań. Tak jest zresztą również teraz: końcówki starć z Chelsea, PSG czy Manchesterem City to nie przypadek. Gdy innym brakuje oddechu, 36-letni Luka Modrić i 34-letni Karim Benzema biegają w najlepsze w tę i z powrotem. Nic dziwnego, że po półfinale Ligi Mistrzów Chorwat czule obejmował trenera przygotowania fizycznego, kilkukrotnie powtarzając: „metoda Pintusa, metoda Pintusa!”.
Sezon „na przeczekanie” zmienił się w jeden z najlepszych okresów Realu ostatnich lat. A przecież – teoretycznie – najlepsze dopiero przed nimi. Za chwilę do dyspozycji będzie odświeżone, błyszczące Santiago Bernabeu, a po długim okresie posuchy Florentino Perez zamierza wreszcie zaszaleć na rynku transferowym: pewne wydaje się sprowadzenie Kyliana Mbappe, być może najlepszego młodego piłkarza na świecie; formację defensywną ma wzmocnić Antonio Ruediger, a do linii pomocy sprowadzony zostanie Aurelien Tchoumani. Tu i ówdzie przebąkuje się o Erlingu Haalandzie, ale skoro Benzema gra jak gra, w wyścigu po Norwega Królewscy faworytami nie są.


 Ancelotti miał pomóc przetrwać zły okres, a wszystko wskazuje na to, że za chwilę wprowadzi zespół w nową erę. Jak sam deklaruje: po Realu nie chce prowadzić już żadnego klubu. Wyśnione Rio czeka, choć Włoch przecież nigdzie się nie spieszy. Trenowanie już dawno nie sprawiało mu aż tyle radości.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej