RAPORT

Prorosyjska era Tuska

Krzysztof Wołodźko: Nie ma deputinizacji bez demerkelizacji!

Władimir Putin i Angela Merkel (fot. Sean Gallup/Getty Images)
Władimir Putin i Angela Merkel (fot. Sean Gallup/Getty Images)

Najnowsze

Popularne

Nie ma wolności bez Solidarności – wołali w latach 80. XX wieku wszyscy przyjaciele prawdziwie wolnej Polski. Dziś trzeba zawołać: Nie ma deputinizacji bez demerkelizacji.

Mądry Polak przed szkodą. Granica z Białorusią jest bezpieczna, a mogła być jak sito

Inwazja Rosji na Ukrainę mocno zmniejszyła grono tych, którzy od wielu miesięcy krytykowali rząd za jego postawę wobec sztucznie wywołanego przez...

zobacz więcej

Ostatnie dni i tygodnie przynoszą zjawisko nie do przecenienia. Choć politycy Platformy Obywatelskiej i związane z nimi media dwoją się i troją, by zapewnić nas o swojej nieodmiennej niechęci do Rosji Władimira Putina, co i rusz w sieci pojawiają się nowe materiały pokazujące, jak było naprawdę. Ich głównymi bohaterami są oczywiście Donald Tusk i Radek Sikorski – politycy, którzy w latach sprawowania władzy dogadywali się z Władimirem Putinem i Siergiejem Ławrowem w najlepsze.

Uśmiechom, uściskom dłoni, zapewnieniom o polsko-rosyjskim resecie i odbudowywaniu najlepszych relacji nie było końca. Temu bardzo mocno sekundowały wówczas zarówno kontrolowane przez Platformę Obywatelską media publiczne, jak i duże komercyjne, liberalne media. Warto przypomnieć, że 31 sierpnia 2009 roku duży artykuł, pióra Władimira Putina, opublikowała „Gazeta Wyborcza”. Kto zechce, znajdzie tekst współczesnego „chorążego pokoju” na łamach gazety, której „nie jest wszystko jedno”. W tekście tym ówczesny premier Rosji (bo Putin był i premierem, i prezydentem Federacji Rosyjskiej) pisał między innymi o „pojednaniu rosyjsko-niemieckim i niemiecko-francuskim, które przekształciły się w prawdziwe partnerstwo”. Putin „wyrażał też pewność, że wcześniej czy później taki sam poziom stosunków zapanuje między Warszawą i Moskwą”. Jak to dziś brzmi, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Szkoda, że „Gazeta Wyborcza” nie przypomniała ostatnio tego przenikliwego eseju na swoich łamach. W zamian karmi nas farmazonami o „putinofilii” Zjednoczonej Prawicy. O pomniejszych materiałach dźwiękowo-filmowych na ten temat, kręconych w czasach władzy PO choćby z udziałem Piotra Kraśko, nie ma co nawet wspominać.

To jest artykuł dla polityków Platformy Obywatelskiej

Ostry, krzywdzący, nieuzasadniony, a co najgorsze skoordynowany atak zaprezentowali politycy opozycji (głównie PO) na Kościół katolicki....

zobacz więcej

Nie ma się więc co dziwić, że w liberalnych środowiskach medialno-politycznych zapanowała ostatnio niezwykła histeria i obłąkańcze wręcz ściganie rzekomej rusofilii w szeregach rządzących (choć jeszcze niedawno wyśmiewano tam „rusofobię” Kaczyńskich). Nie wynika to tylko z dystansu poznawczego – choć tyle się wcześniej naczytali Putina w „Wyborczej”, że teraz rzeczywiście są w szoku. Ale i politycznie nie pozostało im nic innego niż gwałtowna ucieczka do przodu. Mają kłopot – widać dobrze, że nie tylko w Polsce nie zapomniano Donaldowi Tuskowi jego rzeczywistych „zasług” w kontaktach z Angelą Merkel i Władimirem Putinem. W kuluarach się niesie, że Amerykanie właściwie nie chcą rozmawiać z szefem Platformy Obywatelskiej; na cenzurowanym jest także Radek Sikorski. W czasie tak silnych ruchów tektonicznych na euroatlantyckiej scenie politycy, którzy w sojuszu z Niemcami realizowali bardzo mocno wątpliwą „ostpolitik” wobec Rosji, nie są wiarygodni dla naszych amerykańskich i brytyjskich sojuszników.

Każdy dzień bestialskiej wojny Rosji przeciw Ukrainie, każda krytyka Niemiec ze strony ukraińskich polityków poświadcza to jedno – prawdę wyszydzanych przez nadwiślańskich liberałów słów Lecha Kaczyńskiego: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może przyjść czas na mój kraj, na Polskę”. I to te słowa były prawdziwe, a nie enuncjacje Władimira Putina, drukowane przez „Gazetę Wyborczą” w 2009 roku. Ale skoro Adam Michnik bardziej się ponoć bał Kaczyńskiego niż Putina, jak raczył wyznać w czeskiej telewizji, to cóż się dziwić sytuacji.

Tym bardziej śmiać się chce, gdy na łamach liberalnych mediów widać dziś ludzi takich jak były premier III RP Leszek Miller czy były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Temu pierwszemu całkiem niedawno OKO.PRESS poświęcił artykuł: „Leszek Miller był twarzą portalu wzmacniającego rosyjską propagandę. W siatce dystrybucji fejków na FB”. W tekście czytamy: „Leszek Miller pisał dla wzmacniającego kremlowską propagandę portalu “Inna Polityka” i wystąpił w jego reklamie. Serwis, prowadzony przez byłego doradcę Millera, dezinformował o konflikcie w Syrii i zamachu na Siergieja Skripala. Był promowany w ramach siatki dystrybucji fejków i propagandy, która – jak ujawniliśmy wczoraj – działa na polskim FB”.

Jak odróżnić męża stanu od sprytnego koniunkturalisty?

Gdyby ktoś po raz pierwszy znalazł się w Polsce w marcu 2022 r. mógłby mieć wrażenie, że nad Wisłą liderzy najważniejszych partii politycznych...

zobacz więcej

Aleksander Kwaśniewski, który w liberalnych mediach próbuje recenzować choćby pracę na międzynarodowej niwie prezydenta Andrzeja Dudy, był tym samym, który przyniósł Polsce wstyd w Charkowie, bo zataczał się po pijanemu na grobach katyńskich ofiar. W tym samym Charkowie, który dziś jest bombardowany przez armię Władimira Putina. Dodajmy dla porządku, że przed swoją śmiercią z Putinem zdążył się jeszcze obściskiwać na Paradzie Zwycięstwa generał Wojciech Jaruzelski. Zabawny ślad został po tym w „Newsweeku”: „Pełniący obowiązki prezydenta, Bronisław Komorowski poinformował że 8 maja, uda się wynajętym samolotem do Moskwy na niedzielne obchody 65. rocznicy zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. Jak dodał, do samolotu zaprosił gen. Wojciecha Jaruzelskiego”.

A skoro jesteśmy przy postkomunistach: szczególnie młodszym czytelnikom i czytelniczkom polecam sprawdzić, komu i dlaczego Kazik Staszewski wyśpiewał z Kultem piosenkę „Łysy jedzie do Moskwy”. Premier postkomunista Józef Oleksy z wizytą w Moskwie w czasach I wojny czeczeńskiej doczekał się takiej Kazikowej frazy: „Tak, to jest normalne, że nie gadasz z bandytami / Nie zapraszasz ich do domu, nie odwiedzasz ich samych / Kto z kim przestaje, takim się staje / Na zawsze to w każdej jednej głowie zostaje / Myślę, że jest w tym coś żenującego / Odwiedzać gospodarza dzieci mordującego / W imię imperialnych bredni, to pomysł nieprzedni / Nie tłumaczy to święto, dzień powszedni”. Stare dzieje, ktoś powie, ale Rosji się nie spieszyło, krok po kroku odbudowywała swoje imperialne ambicje, coraz bliżej granic Europy. Liberałowie i postkomuniści z różnych przyczyn woleli być na to ślepi.

Wróćmy jednak do wątków niemieckich. I w tej sprawie warto będzie w najbliższej przyszłości sprawdzić, jaką politykę prowadziły przez blisko trzydzieści lat przybudówki niemieckich partii w Polsce. Choćby działająca w Polsce Fundacja Analizy Społecznej i Edukacji Politycznej im. Róży Luksemburg – zbliżona do partii Die Linke. Oficjalnie powstała w 1990 roku w Berlinie fundacja zajmuje się analizą społeczną i polityczną w duchu idei socjaldemokratycznych. Tajemnicą poliszynela jest jednak, że w znacznej mierze zajmowała się w Polsce kształtowaniem liderów opinii i wpływaniem na ich opinie.

Mówiąc w skrócie: urabiała mniej lub bardziej poglądy polskiej lewicy o Niemczech, polityce zagranicznej Polski, w tym o naszych stosunkach z Rosją. Szczęśliwie, przynajmniej część młodszej Lewicy w ostatnich tygodniach pokazała, że nie jest ślepa na rosyjskie zagrożenia – co negatywnie odbiło się na relacjach partii Razem z wpływowymi lewackimi gremiami.

Jednego możemy być pewni: lewica i liberałowie zrobią wszystko, żeby zakrzyczeć własną historię naiwności i cynizmu, dotyczącą Rosji i Niemiec. My pamiętajmy: nie ma deputinizacji bez demerkelizacji polskiej polityki.

Twoje INFO - kontakt z TVP INFO

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej