RAPORT

Prorosyjska era Tuska

ETS a wpływy budżetowe. „W tym samym czasie z kieszeni Polaków są drenowane pieniądze”

Nie ma wątpliwości, że to 60 proc. kosztów produkcji energii – przyznał w programie „Strefa starcia” poseł Lewicy Maciej Gdula, odnosząc się do wpływu polityki klimatycznej UE na ceny energii, który część opozycji stanowczo odrzuca. Poseł bronił jednak Europejskiego Systemu Handlu Emisjami twierdząc, że zyskuje na nim polski budżet. Argument o wpływach budżetowych stanowczo odrzucił były minister środowiska Michał Woś. – Jest deficyt uprawnień – przekonywał wiceminister sprawiedliwości.

Oceaniczne głębiny pełne plastiku

Pod powierzchnią oceanów kryje się potężna masa zwykle pomijanego dotąd mikroplastiku – „Global Change Biology” . Obejmuje on głównie najmniejsze...

zobacz więcej

– Ja bym chciał bronić polityki handlu emisjami. Przede wszystkim ze względu na to, że na tym procederze jednak zyskuje polski budżet. Trafiają te pieniądze, i to w wielkich ilościach, do polskiego budżetu. Pan minister na pewno może potwierdzić, że od 2020 r. to już chyba było ponad 40 mld – stwierdził poseł Maciej Gdula, zwracając się do wiceministra Wosia, który w 2020r. pełnił funkcję ministra środowiska.

– To są pieniądze, które trafiają do budżetu i mogą być przeznaczone na transformację energetyczną i na to, żeby obniżać rachunki za prąd. Po to, żeby robić zieloną transformację, inwestować w sieci, w OZE – wymieniał poseł Lewicy. – To raczej jest szansa – podkreślił – na to, by uniezależnić się od Putina – dodał.

OZE a Putin


– Przyznam, że jednego nie rozumiem: polska prawica z jednej strony mówi, że Putin jest wielkim zagrożeniem, że trzeba się uniezależnić od rosyjskiego węgla i gazu – stwierdził na koniec poseł Lewicy.

– Jeśli tak bardzo uważacie, że Putin jest zagrożeniem, to dlaczego tak nędznie wygląda transformacja energetyczna, dlaczego więcej pieniędzy nie idzie na rekonstrukcje sieci energetycznych, by można było rozwijać OZE, dlaczego wciąż nie mamy farm wiatrowych na Bałtyku? – pytał Gdula.

Twoje INFO - kontakt z TVP INFO

Kolejna farma fotowoltaiczna. „Siarkopol” stawia na energię odnawialną

Ponad 8 mln zł kosztowała farma fotowoltaiczna, która będzie zaopatrywać w energię elektryczną Zakłady Chemiczne „Siarkopol” w Tarnobrzegu na...

zobacz więcej

– Słońce nie zawsze świeci, wiatr nie zawsze wieje i to wszyscy wiedzą, że samo OZE nie załatwi nam tematu produkcji energii. Muszą być stabilne źródła – węgiel albo gaz, albo atom. My teraz na atom stawiamy (…) trzeba jak najszybciej oczywiście postawić elektrownie atomowe m.in. finansowane także z tych certyfikatów – odparł wiceminister Woś.

Trochę za darmo, resztę kup u spekulanta


– Druga podstawowa rzecz, podstawowy błąd, który pojawia się w słowach wielu polityków opozycji, że polski budżet to jakoby „na tych pieniądzach spał”. Znaczy że mamy tyle pieniędzy z tych certyfikatów, że już właściwie na nic nie musimy wydawać. Szanowni państwo, jest deficyt uprawnień – podkreślił Woś.

– Unia Europejska wspaniałomyślnie przeznacza jakieś środki, ale mówi: słuchajcie, tyle wam damy za darmo, ale tyle musicie dokupić – stwierdził wiceminister dodając, że luka certyfikatów może w latach 2021-30 wynieść nawet 583 mln euro.

– To może kosztować nawet 400 mld euro. My tu mówimy o jakichś pieniądzach z UE, 40-50 mln, ale w tym samym czasie z kieszeni Polaków są drenowane pieniądze, bo część wpływa do budżetu, ale to jest niewystarczające – tłumaczył Woś.

– Polskie elektrownie muszą kupować (certyfikaty emisji – dop. red.), i to kupować na giełdzie w Lipsku, na spekulacyjnym rynku, gdzie cała światowa finansjera na tej giełdzie siedzi i spekuluje na uprawnieniach – zaznaczył były minister środowiska.

Zobacz także: Historyczny wynik polskiej gospodarki. Lepsi tylko Chińczycy

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej