RAPORT

Wojna na Ukrainie

Petrović: Biden sięgnął poziomu Niemiec. Kreml wykorzystuje słabości liderów Zachodu

Joe Biden stara się w czwartek wyjaśnić swoje słowa z poprzedniego dnia, które spotkały się z powszechną krytyką i niezrozumieniem (fot. Chip Somodevilla/Getty Images)
Joe Biden stara się w czwartek wyjaśnić swoje słowa z poprzedniego dnia, które spotkały się z powszechną krytyką i niezrozumieniem (fot. Chip Somodevilla/Getty Images)

Gdy wydawało się, że temat blokowania przez Niemcy transportu defensywnego uzbrojenia dla Ukrainy zdominuje media, na pierwszy plan wysunął się Joe Biden. Amerykański prezydent swoimi wypowiedziami, sugerującymi, że konsekwencje „niewielkiego wtargnięcia” Rosji na terytorium Ukrainy nie będą tak dotkliwe, wywołał konsternację sojuszników i Kijowa. Zarówno Berlin jak i Waszyngton zdają się dziś zupełnie nieprzygotowane do odpowiedniego reagowania na agresywne poczynania Moskwy. Groźby sankcji nie równoważą ich słabości, które są aż nazbyt widoczne dla Kremla. Ten zaś podbija tylko stawkę i liczy na pokaźny łup.

Rozmowy Duda-Zełenski w Wiśle. Jest deklaracja polskiego prezydenta

Przekazałem prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu, że Ukraina może liczyć na wsparcie naszego kraju; Polska odrzuca koncepcję stref wpływów...

zobacz więcej

Konferencja prasowa Joe Bidena, podczas której wyraził on przekonanie, że Rosja zapewne dokona ataku na Ukrainę, za co, jak zagroził, zapłaci wysoką cenę – wykazała liczne słabości amerykańskiego lidera, widoczne od dłuższego czasu nie tylko dla jego przeciwników.

Przypomnijmy, mija właśnie pierwszy rok jego prezydentury, którą wielu ekspertów ocenia jako co najmniej rozczarowująca, co znajduje swoje odbicie w słabych sondażach Demokraty.

Słowa Bidena podczas środowej konferencji, gdy odpowiadał na pytanie o reakcje Zachodu na ewentualny atak Rosji na Ukrainę – „to zależy, co (Rosja) zrobi. Będzie to jedna rzecz, jeśli będzie to mniejszy najazd i skończy się to tym, że będziemy się kłócić, co z tym zrobić” – miały prawo wzbudzić konsternację.

Amerykański prezydent przyznał przy tym, że wewnątrz NATO są różnice w sprawie tego, jakie restrykcje zastosować w przypadku różnych scenariuszy rosyjskiej agresji.

„Niewielkie wtargnięcie” 


 Gdy prezydent USA zaczął sugerować, że konsekwencje „niewielkiego wtargnięcia” Rosji na Ukrainę nie będą tak dotkliwe, można było jedynie liczyć na to, że jest to pokłosie często niezrozumiałego stylu jego wypowiedzi. I że w stanowisku Waszyngtonu w rzeczywistości nic się nie zmieniło.

Tak ratować sytuację chciała właśnie administracja prezydenta. Po konferencji Bidena rzecznik Białego Domu Jen Psaki wyjaśniła, że każdy atak Rosji spotka się z "szybką, dotkliwą i zjednoczoną reakcją" ze strony Stanów Zjednoczonych i sojuszników, zaś słowa prezydenta dotyczyły jedynie działań hybrydowych np. cyberataków, na które odpowiedź USA będzie proporcjonalna.

Przeczytaj też: Rosja wysyła 140 okrętów i 10 tys. żołnierzy

Blinken w Berlinie: Rosja zapłaci za taką agresję [WIDEO]

Mówimy jasno, że jeżeli Moskwa zdecyduje się na dalszą agresję, to spotka się z ogromnym kosztem, który będzie musiała zapłacić. Kanclerz Niemiec...

zobacz więcej

Również sam Joe Biden starał się w czwartek wyjaśnić swoje słowa z poprzedniego dnia, które spotkały się z powszechną krytyką i niezrozumieniem. Amerykański lider zapewniał, że każde przekroczenie granicy z Ukrainą przez Rosję zostanie uznane przez USA za inwazję i spowoduje nałożenie sankcji na Moskwę.

Zapewnił również, że USA przygotowały listę szerokich sankcji, jakie zostaną nałożone na Moskwę, jeśli dokona agresji na Ukrainę.

Bez hipotetycznych scenariuszy  


  Odnosząc się do słów Bidena, prezydent Ukrainy napisał w mediach społecznościowych, że trzeba „przypomnieć wielkim państwom, że nie ma mniejszych najazdów i nie ma małych narodów”. „Nie ma też mniejszych ofiar i małego żalu z powodu straty bliskich” – dodał Wołodymyr Zełenski.

Szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba zaznaczył z kolei podczas briefingu prasowego, że nie można mówić o połowicznej agresji, ale powiedział również, że nie ma żadnych wątpliwości, iż USA i prezydent Biden wspierają Ukrainę nie tylko słowami, ale i czynami. 

Również polska dyplomacja skrytykowała wypowiedź Bidena i wskazała na zagrożenie, jakie za sobą niesie. Wiceszef MSZ Piotr Wawrzyk powiedział zaś, że należy unikać hipotetycznych scenariuszy, które mogą być stopniowaniem reakcji na różnego rodzaju działania ze strony Kremla. Przypomniał przy tym, że USA wielokrotnie zapewniały o swoim twardym poparciu dla suwerenności Ukrainy.

Były szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski w rozmowie z PAP ocenił z kolei, że Joe Biden zaprezentował „dość ambiwalentne stanowisko na temat ewentualnej agresji rosyjskiej”. – Zasugerował pewną gradację odpowiedzi na wypadek różnej skali działań Kremla. Jest to rzecz niebywała. Zachęcił on bowiem tym samym Rosjan do stosowania taktyki salami. Moskwa może zdecydować się na odcinanie od Ukrainy dalszych jej terytoriów, bądź atakować ją środkami niemilitarnymi – zaznaczył Witold Waszczykowski.

Rosja rozpoczyna kolejne manewry przy granicy z Ukrainą. Jest odpowiedź NATO

Ponad 10 tys. żołnierzy Południowego Okręgu Wojskowego Rosji zorganizowanych w batalionowe grupy taktyczne rozpoczyna ćwiczenia na 20 poligonach na...

zobacz więcej

Groźba antymajdanu  


 Powiedział on przy tym, że możliwe jest, że „zmęczone społeczeństwo ukraińskie, widząc, że jest opuszczone przez Zachód, doprowadzi do antymajdanu i zwróci się z powrotem w kierunku Rosji”, na co, jak podkreślił europoseł, liczy Putin.

Jego zdaniem, Kreml wyciągnął też wnioski z chaotycznego wycofania się Amerykanów z Afganistanu i porzucenia przez nich tamtejszych sojuszników.

Takie głosy – po słowach Bidena – dominowały w większości zachodnich mediów, wśród ekspertów i polityków.

Często były to te same media i osoby, które jeszcze niedawno głosiły, że wraz przyjściem Joe Bidena na miejsce Donalda Trumpa, nastanie nowa era w relacjach międzynarodowych, a Zachód będzie mógł być bardziej stanowczy w kwestii Rosji, gdyż Biden do doświadczony dyplomata, a Trump był „pacynką Putina”.

O słabości Bidena, w kontekście m.in. polityki wobec Rosji, nie świadczą jedynak jedynie jego słowa podczas feralnej konferencji. Co z tego, że lider USA zapewnia Ukrainę o swoim wsparciu, obiecuje nałożenie nieokreślonych wciąż sankcji na Rosję, jeśli w dalszym ciągu daje się rozgrywać Kremlowi i Berlinowi?

Uleganie Niemcom  


 To w końcu on zgodził się na to, by nie nakładać sankcji na NS2 – po tym, jak dał się przekonać absurdalnym argumentom Niemiec, że za pomocą tego gazociągu to nie Rosja będzie mogła naciskać na Europę, ale wprost przeciwnie, to Europa będzie mogła temperować poczynania Kremla.

Gdy początkowo Niemcy obiecywały, że nie zgodzą się, by Moskwa wykorzystywała NS2 do naciskania na Europę, Rosja wywołała kryzys energetyczny, by wymusić na UE szybką certyfikację gazociągu.

Dlatego też „czerwona linia”, jaką po tym wyznaczyły Niemcy i USA Rosji – to już ewentualny atak na Ukrainę, a nie wykorzystywanie kwestii energetyki w celach politycznych.

Spotkanie Ławrow-Blinken. Szef MSZ Rosji: Nie spodziewamy się przełomu

Nie oczekujemy przełomu w trakcie tego spotkania, ale spodziewamy się konkretnych odpowiedzi na nasze propozycje (w sprawie bezpieczeństwa) –...

zobacz więcej

Z kolei podczas konferencji Bidena można było odnieść wrażenie, że „czerwoną linią” jest już nie sam atak, ale bardzo duży atak, bo ten mniejszy, tejże „linii” nie jest przekroczeniem.

Niemieckie kręcenie  


  Po czwartkowym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych czterech państw w Berlinie, szefowa dyplomacji Niemiec Annalena Baerbock zapewniła, że Niemcy są skłonne nałożyć na Rosję drastyczne sankcje, włącznie z takimi, które będą miały „gospodarcze konsekwencje” dla nich samych, co miało być aluzją do gazociągu Nord Stream 2.

Czy jednak rzeczywiście Berlin byłby na to gotowy?

Można mieć co do tego wątpliwości – biorąc pod uwagę skalę współpracy Berlina i Moskwy, uzależnianie się od rosyjskiego surowca, wiarę w „dialog” z Kremlem, polegający na polityce ustępstw, w szczególności kosztem naszego regionu, a także obawy przed niezadowoleniem własnego społeczeństwa, które nie wyobraża sobie ponoszenia kosztów karania Rosji.

Rosji, z którą większość Niemców, wiąże wielkie nadzieje, na zacieśnianie współpracy gospodarczej i wspólne wypieranie wpływów Amerykanów.

Niepokój budzi też to, że Niemcy wciąż hamują dostarczanie broni, także defensywnej, Ukrainie. Berlin wykorzystuje zapisy, które wymagają, by kupno broni z kraju należącego do NATO, przez państwo do niego nie należące, zostało poparte przez wszystkich innych członków Sojuszu.

Szokująca decyzja Berlina  


 Niedawne uniemożliwienie przelotu nad niemieckim terytorium brytyjskim samolotom wiozącym sprzęt wojskowy dla Ukrainy jest kompromitacją Berlina. Tym bardziej, że coraz więcej krajów deklaruje takie wsparcie.

Podczas czwartkowej konferencji szefowa MSZ Annalena Baerbock stwierdziła, że „broń użyta do zabijania Rosjan rozdarłaby starą bliznę na niemieckim sumieniu”.

Tak durny argument pokazuje skalę uzależnienia Berlina od Moskwy. Rosnący wpływ Niemiec na politykę Waszyngtonu jest zaś ogromnym zagrożeniem dla europejskiego bezpieczeństwa, gdyż Niemcy przyjęły całkowicie błędną taktykę wobec Kremla.

Ławrow: Na razie nie ma sensu zgadywać, jaka będzie odpowiedź Rosji

W tej chwili nie ma sensu zgadywanie, jaka będzie odpowiedź Rosji na ewentualne odrzucenie przez USA rosyjskich propozycji w sprawie stabilności...

zobacz więcej

Wzmacnianie separatystów w Donbasie  


  Jest to tym bardziej niebezpieczne, gdyż sytuacja na Ukrainie i przy granicy z Rosją, gdzie Moskwa skupiła ponad 100 tysięcy żołnierzy i sugeruje, że mogą oni zostać użyci do inwazji, jest cały czas niepokojąca.

W piątek ukraiński wywiad wojskowy poinformował, że z Rosji do jednostek wspieranych przez nią separatystów w Donbasie przewieziono od początku roku 7 tys. ton paliwa, czołgi, uzbrojenie i amunicję. W Rosji trwa również „aktywny nabór najemników”, którzy po przejściu treningu mają zostać tam wysłani.

Moskwa tymczasem wciąż podnosi stawkę politycznego sporu, który wywołała.

Absurdalne żądania   


  Na stronie  rosyjskiego MSZ, na której opublikowano odpowiedzi ministra Siergieja Ławrowa na pisemne pytania dziennikarzy, podkreślono, że Rosja chce wyprowadzenia wojsk NATO z państw, które zostały przyjęte do Sojuszu po 1997r. Jak zaznaczył szef rosyjskiej dyplomacji,  jest to dla tego kraju kwestia kluczowa.

„Chodzi o wyprowadzenie zagranicznych sił, techniki i uzbrojenia oraz inne działania, których celem jest powrót do konfiguracji z 1997r. na terytorium państw, które w tym czasie nie były członkami NATO” – stwierdził Siergiej Ławrow. Żądanie to dotyczy 14 państw, które wstąpiły do Sojuszu po 1997r., w tym Polski, która stała się członkiem NATO w 1999r.

Przeczytaj też: „Każdy scenariusz jest możliwy”. Szef BBN o sytuacji na Ukrainie

Doprecyzowano przy tym, że chodzi też o wycofanie się Sojuszu z Bułgarii i Rumunii.

Z kolei wiceszef MSZ Siergiej Riabkow powiedział w piątek, że Rosja oczekuje w przyszłym tygodniu pisemnych odpowiedzi USA na swoje propozycje dotyczące kwestii bezpieczeństwa. Twierdzenie to postawione zostało w sposób ultymatywny – co pokazuje jedynie skalę rozbestwienia Kremla, który dąży do wykorzystania słabości Zachodu. Słabości, za które odpowiedzialność ponoszą w głównej mierze Joe Biden i władze w Berlinie.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej