RAPORT

Imigranci na granicy z Białorusią

Nie płaczmy za Sousą. Wyświadczył nam... przysługę

Paulo Sousa nie zrobił w trakcie swojej kadencji nic, by po nim płakać (fot. Getty Images)
Paulo Sousa nie zrobił w trakcie swojej kadencji nic, by po nim płakać (fot. Getty Images)

Przez prawie rok pracy z reprezentacją Paulo Sousa nie zrobił nic, by rozpaczać z powodu jego odejścia. Choć odchodzi w okolicznościach haniebnych, po nim może być już tylko lepiej.

Przeciąganie liny. Sousa chce odejść, prezes... odmówił

Dziennikarze w Portugalii i Brazylii nie mają najmniejszych wątpliwości: Paulo Sousa pakuje już walizki i w poniedziałek zostanie trenerem......

zobacz więcej

Mówił dużo, ładnie, a na dodatek po angielsku. Wygrał Ligę Mistrzów – i to dwa razy! Co prawda jako piłkarz, nie trener, ale to wystarczyło, by wielu jadło mu z ręki. Zbigniew Boniek też zdobył Puchar Europy, też zna języki, też lubi mówić. A selekcjoner był z niego taki, że szkoda wspominać. Prezes zresztą też.

Z Sousą podobnie. Uratowało go to, że „wygrał” sobie szatnię. Po nadgorliwym Nawałce i uwięzionym w oblężonej twierdzy Brzęczku, Portugalczyk jawił się jako sympatyczny, kompetentny, rzeczowy. Normalny. Tylko tyle i aż tyle wystarczyło, by Lewandowski, Szczęsny czy Krychowiak traktowali go jak równego partnera do rozmów o piłce. Polubili, szanowali, pewnie (jeszcze?) nie wskoczyliby za nim w ogień, ale na pewno z nieco większym entuzjazmem przyjeżdżali na kolejne zgrupowania.

A co poza tym? Chaotyczne pomysły, wątpliwe powołania, lekceważący stosunek do Ekstraklasy czy – idąc dalej – Polski w ogóle, bo Sousa przylatywał nad Wisłę tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne. Czy da się wykonywać pracę selekcjonera zdalnie? Pewnie się da, ale gdy pełni się tak reprezentatywną funkcję, warto robić coś „ponad”. Hansi Flick, który wygrał z Bayernem wszystko co było do wygrania, a teraz chce zrobić to z kadrą Niemiec, kadencję rozpoczął od obdzwonienia wszystkich trenerów Bundesligi i kilku z niższych szczebli. Gdy Florian Kohfeldt zastępował Marka Van Bommela na stanowisku szkoleniowca Wolfsburga, to od Flicka odebrał pierwszy telefon z gratulacjami. Małe, ale ważne gesty. Sousa nie wie pewnie nawet, kto jest trenerem Lecha Poznań.

Nade wszystko: nawet jeśli Portugalczyk uważał, że w Ekstraklasie nie ma piłkarzy, którzy mogliby grać na międzynarodowym poziomie, jego obecność na trybunach działałby na wielu mobilizująco. To byłby jasny sygnał: selekcjoner tu jest, widzi, patrzy, szuka. Jeśli ktoś będzie ciężko pracował, na pewno zasłuży na powołanie. Guzik z pętelką – na Półwyspie Iberyjskim cieplej, wygodniej, a w telewizji można obejrzeć Real z Barceloną, a nie jakiś Piast Gliwice.

To wszystko, rzecz jasna, didaskalia. Umówmy się: gdyby Polska ogrywała wszystkich pięcioma bramkami, a rywale z Andory czy Albanii bali się choćby dotknąć piłki na Narodowym, Sousa mógłby siedzieć nawet w dżungli na Borneo i stamtąd zawiadywać reprezentacją. Ale nie ogrywała, nikt się nas nie bał, a gola strzelali nam nawet kelnerzy z San Marino. Portugalczyk nie zrobił nic, by pomóc swojemu wizerunkowi. Dlaczego? Pewnie dlatego, że mu się nie chciało.

Leń, z mocno wątpliwym stosunkiem do reprezentacji Polski, bez sukcesów, które pozwoliłyby wierzyć, że ten statek płynie w dobrym kierunku. Prawie rok kadencji Sousy przyniósł nam wielkie rozczarowanie na Euro, szczęśliwy remis z Anglią (brawo!) i wstydliwą porażkę z Węgrami w Warszawie. Przyniósł sporo pięknych słów, opowieści o słabym szkoleniu, słabej lidze i niewielkiej liczbie piłkarzy. Niestety przyniósł też słabą grę, od której długimi fragmentami bolały oczy. Tej reprezentacji – podobnie jak za Brzęczka – po prostu nie dało się oglądać. Postęp dostrzegali tylko najwięksi optymiści, wpatrzeni w przystojnego, charyzmatycznego Portugalczyka, konferencja po konferencji nawijającego 40 milionom Polaków makaron na uszy.

Ostre komentarze po rezygnacji Sousy. „Powinien zapłacić odszkodowanie”

Rzadko utrzymuje posadę dłużej niż przez kilkanaście miesięcy – tę tendencję w karierze Paulo Sousy piłkarscy komentatorzy odnotowywali już...

zobacz więcej

Kwiaty do Brazylii


Czy z Sousą awansowalibyśmy na mundial? Tego wykluczyć nie można, choć z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że nie. A nawet jeśli, to po fiasku na zeszłorocznych mistrzostwach Europy trudno wierzyć, by tym razem Portugalczyk poprowadził nas do sukcesu (lub choćby wyjścia z grupy). Styl pożegnania boli. 51-letni szkoleniowiec wykorzystał Polskę jako wabik, zagrał kartą selekcjonera, by wywalczyć sobie podwyżkę i nową posadę. Wypiął się na perspektywy lub – po prostu, co bardziej prawdopodobne – bał się ryzyka. Po przegranych barażach oferty takiej jak z Flamengo mógł już nie dostać.

Nie można mu się dziwić. Wybrał ciekawą pracę, w dobrym miejscu, za lepsze pieniądze. Choć wielu powiedziałoby: poczekajcie, mam coś jeszcze do zrobienia, Sousa najzwyczajniej w świecie nie ma takiej pozycji, by wicemistrzowie Brazylii czekali na niego co najmniej trzy miesiące. Czy to „oferta życia”? Być może. Czy każdy na jego miejscu bukowałby bilety do Rio De Janeiro? Pewnie wielu.

Reprezentacja nic nie traci. Graliśmy słabo, bez pomysłu, bez polotu, wygrywaliśmy ledwo, traciliśmy gole z niemal każdym, a nasza postawa przy stałych fragmentach gry była dla wszystkich pośmiewiskiem. Sousa potraktował Polskę i Polaków nieelegancko, bez klasy, ale w szerszej perspektywie – nie ma co do tego większych wątpliwości – wyświadczył nam przysługę. Z takim selekcjonerem, z takim podejściem i takim stosunkiem do reprezentacji daleko byśmy nie zaszli.

Władzom Flamengo wypada podziękować. Dobrze się stało, nikt tu Sousy nie potrzebował i nikt tęsknił nie będzie. A przynajmniej nikt nie powinien.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej