RAPORT

Imigranci na granicy z Białorusią

Infekcje a szczepienia

Czy przeciw COVID-19 szczepimy się głównie dla siebie, czy także dla innych? (fot. Shutterstock)
Czy przeciw COVID-19 szczepimy się głównie dla siebie, czy także dla innych? (fot. Shutterstock)

Podstawowym zagadnieniem nurtującym ostatnio wielu uczonych, a za nimi opinię publiczną, jest pytanie, czy przeciw COVID-19 szczepimy się głównie dla siebie, czy także dla innych. Psycholodzy społeczni przyglądając się temu, mogą wprost zapytać o zdolność jednostek do altruizmu etc. Pytanie jest ważne, bo dotyka de facto również zagadnienia, jak długo potrwa pandemia w swej fazie „ostrej”, czyli z falami tak wysokimi, że ich śmiertelność z powodu niewydolności systemów ochrony zdrowia przekracza 1 procent wykrytych infekcji wirusem SARS-CoV-2.

Proteazy rządzą, czyli nowy lek na COVID

Firma Pfizer ogłosiła 5 listopada, czym natychmiast zachłysnęły się wszystkie agencje informacyjne na świecie, że ich kandydat na lek (Paxlovid)...

zobacz więcej

Gdy rok temu ogłaszano, że mamy w ręku pierwszą skuteczną szczepionkę przeciw COVID-19, bazującą na RNA genu kodującego białko Spike koronawirusa, który wywołał pandemię (dziś zwanego wariantem Alfa), informacja była jasna. Jak każda w zasadzie szczepionka przeciw wirusom rozprzestrzeniającym się drogą kropelkową, preparat ten chroni przed ciężkim zachorowaniem i zgonem z powodu COVID-19. W dodatku w stopniu znacznie przekraczającym zazwyczaj wymagane 70 proc., czyli w ponad 90 proc. To znaczy, że jeśli wśród każdych 1000 osób, które się zaszczepią, zachorować ciężko miało 10 osób (czyli 1 proc. zakażonych, tak to na ogół jest lub gorzej), to zachoruje tylko jedna. A wśród niezaszczepionego tysiąca w wyniku infekcji otrze się o szpital i śmierć owe statystyczne 10 lub więcej.

Nikt nie badał wtedy – i nie było to niezbędne do warunkowej rejestracji tej ani kolejnych szczepionek przeciw COVID-19 – czy w istocie chronią one i w jakim stopniu przed samą infekcją. A zatem, czy nie tylko będą wydajną tarczą dla zaszczepionych, ale i szybciej ogranicza pandemię dzięki w pewnym stopniu ochronie osób niezaszczepionych. Wiadomo było już od pół roku, gdy pojawił się wariant Delta o znacznie wyższej zakaźności, że dla zatrzymania go na drodze uodpornienia populacji, niezbędne jest by ok. 90 proc. nas wszystkich – od żłobka do nagrobka – było zaszczepionych lub przeszło infekcję. Tzw. odporność populacyjna zatem jest nawet w sytuacji przymusu szczepień, trudna do osiągnięcia, ale możliwa.

Tylko czy konieczna? Innymi słowy: czy istotnie zmniejszamy rozprzestrzenianie się wirusa dzięki szczepieniom, czy „tylko” znacząco ograniczamy zachorowalność, a zatem śmiertelność tej choroby wśród osób zaszczepionych? W tym pierwszym przypadku nacisk, by zaszczepiła się jak największa liczba osób ma głębokie uzasadnienie naukowe, w tym drugim – mniejsze. Aczkolwiek, im mniej zaszczepionych, tym większe szanse wirusa na niekontrolowane namnażanie się i rozwój, a zatem kolejne mutacje i rozprzestyrzeniające się mutanty, coraz trudniejsze do „obezwładnienia” przez szczepionki, które już istnieją i są podawane. Ludziom jednak, tak uczonym biologii w szkole, jak są jej uczeni, trudno zrozumieć wynikającą z biologii molekularnej wirusów konieczność masowych szczepień. Znacznie bardziej nawet niż – i tak odrzucane powszechnie z powodu kompletnego niezrozumienia – przekonanie specjalistów zdrowia publicznego i epidemiologii o istnieniu tzw. odporności populacyjnej czy stadnej.

Pandemia pokazuje jak na dłoni, że godzin nauczania biologii i matematyki jest w szkole od dawna za mało, a te, które są, wydają się zmarnowane.

Niebezpieczeństwo wyczuwamy nosem

W swoich reakcjach zdajemy się polegać głównie na wzroku, nieco mniej na słuchu – dwu zmysłach działających na odległość. Dzięki pracom szwedzkich...

zobacz więcej

Wróćmy jednak do szczepionek i ich zdolności do zmniejszania infekcji, a nie tylko zachorowań na COVID-19. Na łamach niedawnego wydania „Nature”’ ukazało się krótkie podsumowanie dotychczas opublikowanych badań, które pochylają się nad tym problemem. Zajęły się bowiem zakaźnością osób zaszczepionych vs. niezaszczepionych przeciw COVID-19, czyli temu, jak skutecznie szczepionki zapobiegają rozprzestrzenianiu się wariantu Delta SARS-CoV-2.

Wg autora tego podsumowania, Smriti Mallapaty, badania przynoszą dobre i złe wieści. Osoby bowiem wcześniej zaszczepione, ale później mimo wszystko zarażone wariantem Delta, rzadziej przekazują wirusa swoim bliskim kontaktom, niż osoby niezaszczepione. Jak przekazują go kontaktom dalekim (czyli poza wspólnym gospodarstwem domowym) trudno zbadać dla tak wielkich liczb, jakie oceniano. Ten efekt ochronny jednak jest stosunkowo niewielki i słabnie po trzech miesiącach od otrzymania drugiej dawki szczepionki.

Dlaczego szczepionka w ogóle mogłaby zmniejszać zakaźność osoby, która mimo szczepienia ulega infekcji (najczęściej bezobjawowej lub niskoobjkawowej)? Wyobraźmy sobie, że szczepionka to szkolenie zatrudnionych w klubie naszego ciała wykidajłów, aby rozpoznawali „klientów, których tu nie wpuszczamy i których stąd wywalamy”, czyli drobnoustrojów chorobotwórczych. Oczywiście istnieje szansa, że typy tego typu dostana się na teren klubu z pewną niską częstością, mimo owego szkolenia. Ale będzie ich mniej, a w dodatku będzie się ich jeszcze aktywnie szukać wewnątrz. Nie dajemy im szansy na przejęcie klubu. Dopóki nasi „bramkarze” pamiętają szkolenie, szansa na spotkanie w klubie „dziwnych klientów” jest bardzo niska. Na pewno ich tam będzie mniej niż w klubie, gdzie nikt nie stoi „na bramce” lub stoją tam jacyś przypadkowi panowie bez żadnego przeszkolenia.

Wcześniejsze badania pokazywały, że osoby zakażone deltą mają mniej więcej taki sam poziom wirusowego materiału genetycznego w nosie, niezależnie od tego, czy były wcześniej szczepione. Jednak zaszczepione osoby nie są tak samo zakaźne, gdyż ich poziom wirusa w nosie spada szybciej niż u nieszczepionych osób zakażonych, a kolejne wymazy z nosa zawierają mniejsze ilości zakaźnego wirusa. Bardziej bezpośrednio zbadano wpływ szczepionek na przenoszenie w Wielkiej Brytanii, gdzie przeanalizowano wyniki testów 139 164 bliskich kontaktów 95 716 osób zarażonych SARS-CoV-2 między styczniem a sierpniem 2021 r., kiedy warianty Alpha i Delta rywalizowały o dominację.

Czytaj także: Trzecia dawka szczepionki przeciw COVID-19. Co wiemy?

W największych głębiach skorupy ziemskiej życie płynie ekstremalnie

Geologia czy mikropaleontologia to przeciekawe nauki z pogranicza wielu innych nauk: fizyki, biologii, chemii, klimatologii. Wiele hipotez czasem...

zobacz więcej

Autorzy odkryli, że chociaż szczepionki zapewniały pewną ochronę przed infekcją i dalszym przenoszeniem, pojawienie się wariantu Delta tłumiło ten efekt. Osoba, która została w pełni zaszczepiona, a następnie przeszła infekcję delta, była prawie dwukrotnie bardziej podatna na przeniesienie wirusa niż osoba zarażona alpha. Niestety, korzystny wpływ szczepionki na transmisję delta z czasem zmniejsza się wyraźnie.

Szansa, że ​​nieszczepiony bliski kontakt da wynik pozytywny dla osób zarażonych 2 tygodnie po otrzymaniu szczepionki opracowanej przez Uniwersytet Oksfordzki i AstraZeneca, wynosiła 57 proc., ale 3 miesiące później ta szansa wzrosła do 67 proc. Ta ostatnia liczba jest równa prawdopodobieństwu rozprzestrzeniania wariantu Delta wirusa przez niezaszczepioną osobę. Podobny efekt zaobserwowano także w przypadku szczepionki Pfizer/BioNTech. Ryzyko rozprzestrzenienia się infekcji Delta wkrótce po szczepieniu tą szczepionką wyniosło 42 proc., ale z czasem wzrosło do 58 proc.

Wyniki „prawdopodobnie wyjaśniają, dlaczego obserwujemy tak dużą transmisję wirusa Delta pomimo powszechnych szczepień. Z drugiej strony pokazują, że przez pierwsze trzy miesiące od szczepienia możliwa transmisja wirusa przez osoby zaszczepione na niezaszczepione jest znacząco niższa niż przez niezaszczepione na niezaszczepione. A trzy zimowe miesiące zysku w zmniejszonej transmisji to dużo, bardzo dużo. Bardzo dużo uratowanych ludzkich istnień.

Nie wiadomo, jak na zakaźność wariantem Delta wpływa doszczepienie, czyli tzw. trzecia dawka szczepionki przeciw COVID-19, podawana w minimum pół roku po drugiej. Po prostu dlatego, że proces doszczepiania dopiero się rozpoczął i w żadnym kraju nie minął od niego jeszcze co najmniej kwartał. Jednak obserwacja zgniecenia czwartej fali „w zarodku” w Izraelu dzięki akcji podawania boostera, rozpoczętej z końcem sierpnia pokazuje, że jest to działanie skuteczne w społeczeństwach szeroko zaszczepionych. Istnieje jeszcze niezrecenzowane badanie z University of California w Santa Cruz, które wskazuje, że korzyść z trzeciej dawki w ograniczeniu przenoszenia wirusa jest znaczna i wzrasta wraz ze stopniem zaszczepienia. Znów – trzecia dawka osób zaszczepionych nie zastąpi dwóch pozostałych dla osób niezaszczepionych – bo przede wszystkim szczepimy się dla siebie.

Czytaj także: Dlaczego nie mamy ogonów? Zaskakujące odkrycie naukowców

Szczepienia w Trzecim Świecie

Połowa Polaków ich nie chce, a w krajach rozwijających się ludzie daliby wiele, by móc się za darmo zaszczepić przeciw COVID-19. Badania z RPA...

zobacz więcej

Nie umiem inaczej podsumować tej opowieści niż tak, jak zrobiłam to poniżej. Kilka dni temu na jednym z internetowych bardzo popularnych polskich kanałów naukowych można było zobaczyć doktora fizyki objaśniającego widzom podstawy rachunku na proporcjach i rachunku procentowego w kwestii skuteczności szczepienia przeciw COVID-19. Ależ z nim współczułam! O takich sytuacjach jeden z moich licealnych nauczycieli zwykł był mawiać: „chciał nie chciał, ale musiał”. Musiał, bo ludzie masowo nie są w stanie ogarnąć intelektualnie informacji, że w belgijskiej Flandrii, gdzie przeciw COVID-19 zaszczepiło się 90 proc. populacji, ok. 40 proc. chorych w szpitalu stanowią osoby zaszczepione. I dlaczego oczywiście to nie oznacza, że szczepionki nie działają, tylko wprost przeciwnie.

Nie będę powtarzać wyjaśnień matematycznych tego zjawiska. Było to bowiem obowiązkiem matematyków uczących klasę szósta szkoły podstawowej, a nie popularyzatorów nauki. Możemy się oczywiście zapytać, jakim cudem osoby, które nie ogarnęły zadań na proporcjach, w ogóle poszły dalej w szkole i nie zostały w klasie szóstej tak długo, aż wreszcie im się to uda. Dla cywilizacji naukowo-technicznej to, co się stało w ramach podstawowego kursu matematyki i egzekwowania wykładanych tam już doprawdy minimalnych umiejętności, zaczyna być po prostu niebezpieczne.

Czytaj także: Białko szkodliwe, a nawet pomocne, czyli tajemnice Alzheimera

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej