RAPORT

Rosja gotowa do inwazji na Ukrainę

Decyzje o obronie granic muszą zapadać w Warszawie

Polska celem ataku hybrydowego (fot. PAP/Irek Dorożański/DWOT)
Polska celem ataku hybrydowego (fot. PAP/Irek Dorożański/DWOT)

Atak hybrydowy na granice Polski, Litwy i Łotwy z wysoce prawdopodobnym poszerzeniem go na styk granic Polski, Białorusi i Ukrainy, a jednocześnie druga już w tym roku koncentracja wojsk rosyjskich wokół granic tej ostatniej tworzą bardzo niebezpieczną sytuację. Jej dramatyzm pogłębia kontekst w postaci serii demonstracji słabości Zachodu wobec Rosji, z którą mieliśmy do czynienia od początku bieżącego roku i równoległa do niego presja mainstreamu UE na Polskę z wyraźnym zamiarem obalenia rządu Rzeczypospolitej, co bez wątpienia jest także, choć z innych powodów, scenariuszem bardzo pożądanym przez Moskwę.

USA ostrzegają przed rosyjską inwazją na Ukrainę. Putin gra na kilku fortepianach

Sytuacja przy granicy rosyjsko-ukraińskiej przypomina tę z 2014 roku, gdy Moskwa wywołała kryzys na Ukrainie i anektowała Krym. Teraz USA...

zobacz więcej

Ten splot zależności wymaga, by polskie reakcje na obecny kryzys na granicy z Białorusią były szczególnie przemyślane, muszą one być rozważne, ale nie strachliwe, demonstrować powagę w ocenie zagrożeń, ale i pewność siebie oraz niezłomną determinację obrony granic. Decyzje o tym jak mają one być bronione muszą zapadać w Warszawie i prerogatywy tej, poniżej progu wojny, która uruchomić powinna procedury NATO, nie wolno delegować do żadnych innych instytucji.

Kuszenie Rosji


Od początku roku Zachód wysyła Rosji liczne sygnały słabości (upokorzenie w Moskwie szefa dyplomacji UE Josepa Borrella, zgoda USA na Nord Stream 2, odmowa Niemiec dostarczenia broni Ukrainie, spotkanie Biden-Putin w nadziei na znalezienie płaszczyzny współpracy z Rosją, niemiecko-francuska próba zaproszenia Putina na czerwcowy szczyt UE do Brukseli, nieobecność w Kijowie przywódców UE i USA na spotkaniu Platformy Krymskiej z demonstracyjną absencją Merkel, wcześniej wizytującej Putina, klęska wizerunkowa NATO w Afganistanie). Równolegle ze zmiennym natężeniem trwa zapomniana przez europejską opinię publiczną wojna w Donbasie. Od dawna nie wzrusza już ona Zachodu, ale gdy wojsko ukraińskie użyło przeciw rosyjskiej artylerii, ostrzeliwującej ukraińskie pozycje, dronu kupionego w Turcji, Berlin i Paryż zaprotestowały nie przeciw najeźdźcom, którzy z zakazanej w tym regionie na mocy porozumień mińskich broni, zabijali obywateli Ukrainy, ale przeciw jej obrońcom, którzy broń tę zniszczyli.

Rosja nie byłaby sobą, gdyby pod wrażeniem tych sygnałów nie testowała jak daleko może się posunąć. Najwyższą cenę za błędy Zachodu płaci jednak nie sam Zachód (choć sprowokowany niemiecko-rosyjską polityką gazową kryzys energetyczny zapewne tej zimy i jemu da się we znaki), ale ci co zawsze: Białorusini, Ukraińcy, Polacy i Bałtowie. W tej sytuacji wszelkie spory historyczne, mniejszościowe itd. między Polską i Ukrainą lub Polska i Litwą mają charakter czwartorzędny. Ci co zechcą je rozniecać muszą być uznani za moskiewskich dywersantów, uderzających w fundamentalne interesy bezpieczeństwa naszych państw i traktowani jak zdrajcy. Konieczna jest ścisła współpraca wszystkich zagrożonych przez Rosję narodów.

Zagrożenie granic


Wiosną Rosja rozmieściła wojska wokół Ukrainy i rozwinęła ich zaplecze logistyczne. Potem zmniejszyła ilość żołnierzy, ale pozostawiła na miejscu bazę materiałową, przygotowaną do ofensywy. Teraz infrastruktura ta znów nasycana jest ludźmi.

Czas wrogiem Łukaszenki. Atak na granicę Polski

Reżimowi Alaksandra Łukaszenki kończy się czas. Tysiące imigrantów na Białorusi, a granica Polski i Litwy coraz szczelniejsze. Nadciąga zima....

zobacz więcej

Potencjalny front wojny rosyjsko-ukraińskiej, wskutek sytuacji na Białorusi zaczyna rozciągać się także na północ od Prypeci. Na jego flance – na granicy z Polską, Litwą i Łotwą trwa agresja hybrydowa. 12 listopada żołnierze białoruscy zaczęli niszczyć polską zaporę graniczą. Wyrywali słupki ogrodzeniowe oraz rozrywali zapory przy pomocy pojazdu służbowego, oślepiali polskie służby wiązkami laserowymi i światłem stroboskopowym. Imigranci nie mogąc sforsować granicy Polski, pędzeni są przez funkcjonariuszy białoruskich wzdłuż niej ku granicy ukraińskiej. To dodatkowy element presji na Kijów, który musiał wydzielić 8 tys. ludzi do uszczelnienia granicy na styku z Białorusią i Polską.

Reakcje Zachodu


UE, koncentrująca się dotąd na krytyce Polski i podkreślaniu humanitarnego wymiaru kryzysu, dokonała zwrotu wraz ze zmianą narracji płynącej z Niemiec, dokąd zmierza większość imigrantów. Z Brukseli, Berlina i Paryża płyną teraz wyrazy poparcia dla Polski i potępienia dla Łukaszenki, ale mowa jest o sankcjach wyłącznie wobec Białorusi, co naturalnie nie powstrzyma Kremla, ani zależnego od niego mińskiego satrapy. Mainstream UE pilnie baczy, by nie skonfrontować się realnie z Rosją, co także z pewnością widziane jest w Moskwie i działa jak zachęta do eskalowania konfliktu. Za sukces Polski należy natomiast uznać skuteczną presję dyplomacji RP i UE na państwa trzecie, których linie lotnicze współdziałały w przerzucie imigrantów na Białoruś. To wymierne wsparcie i jak dotąd największy konkret ze strony UE.

10 listopada ustępująca kanclerz Merkel zadzwoniła do Putina, bezskutecznie prosząc o interwencję w sprawie kryzysu na granicach. Olaf Scholz – kandydat z ramienia SPD na następnego kanclerza RFN, unika zajęcia stanowiska w tej sprawie. Zieloni, którzy zapewne obsadzą Auswärtiges Amt (niemieckie MSZ) podkreślają „humanitarny wymiar kryzysu”, nawołując do dania pierwszeństwa opiece nad imigrantami, a nie obronie granic. Nim Merkel zadzwoniła do Putina poseł SPD Nils Schmid powtórzył pomysł szefa berlińskiego think tanku – Europejskiej Inicjatywy Stabilności (ESI) Geralda Knausaa, by to Ukraina przyjęła „uchodźców” z polsko-białoruskiej granicy. Został słusznie wyśmiany przez Sekretarza Rady Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy Ołeksija Daniłowa, ale Rosja przypomniała sobie, że Knaus i ESI to twórcy koncepcji porozumienia UE z Turcją z 2016 r., na mocy którego Ankara zablokowała napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu w zamian za wielomiliardową pomoc finansową z Unii. To do tego właśnie porozumienia odwołał się minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow 9 listopada żądając, jak na prawdziwego rosyjskiego reketiera przystało, by UE dała haracz Łukaszence, a wówczas ustanie napływ imigrantów na jej wschodnie granice. Analogia jest jednak słabo trafiona. Turcja graniczy z Irakiem i Syrią i uchodźcy napływali do niej bez udziału, a nawet wbrew woli rządu tureckiego. Białoruś sama ich do siebie sprowadza i wypycha na granice. To fundamentalna różnica.

Sankcje muszą uderzyć nie tylko w Łukaszenkę, ale też w Putina

Na reżim Alaksandra Łukaszenki muszą zostać nałożone na tyle silne sankcje, by zniechęcić go do kontynuowania ataku hybrydowego na granice Polski i...

zobacz więcej

„Orda moskiewska”


W 2014 r. na Ukrainie ukazał się plakat z napisem „Peremoha ruśkoj armii nad moskowśkoju ordoju” (zwycięstwo armii ruskiej nad ordą moskiewską), wydany w kontekście rosyjskiego najazdu na Krym i Donbas, a z okazji 500-lecia zwycięstwa nad Moskalami w bitwie pod Orszą (1514), odniesionego przez armię Wielkiego Księstwa Litewskiego (w którego skład wchodziła wówczas Ukraina i Białoruś) i posiłkujących je wojsk polskich – połączonych pod dowództwem, spoczywającego dziś w Ławrze Peczorskiej w Kijowie hetmana wielkiego litewskiego Konstantego Ostrogskiego. Twórcy plakatu nie pomylili się. Wszak to chan żądał od Rzeczypospolitej „podarunków” w zamian za przyrzeczenie, że jego czambuły nie będą danej wiosny najeżdżać i łupić Ukrainy. Ławrow najwyraźniej wzoruje się na tym procederze.

Ukraińska lekcja dla Polski


Kreml nie cofnie się przed żadnym kłamstwem. Pamiętamy, jak zaatakował Gruzję „dla ratowania zagrożonych eksterminacją Osetyńców”, których „5 tys. wymordowali Gruzini w Cchinwali” i jak w Donbasie „na oczach matki podli banderowcy ukrzyżowali kilkuletniego chłopca”. Putin już opowiada łgarstwa o „ostrzeliwaniu bezbronnych imigrantów, kobiet i dzieci przez polską Straż Graniczną”. Zbliżony obraz funkcjonuje w mediach europejskich i powielany jest przez polską opozycję, sugerującą, że niedopuszczenie dziennikarzy do strefy stanu wyjątkowego „ukrywa ciemne poczynania, sterowanych przez PiS polskich służb granicznych i dlatego rządowi zależy, by nikt im nie patrzył na ręce”.

Instytucje Unii Europejskiej są wrażliwe na hasła kryzysu humanitarnego, ale też i na sugestie z Berlina, a te, choć w ostatnich dniach Polsce przychylne, mogą – po ukonstytuowaniu się nowego rządu niemieckiego, znów się zmienić na mniej korzystne - współgrające z rosyjską propagandą o „Polakach, dokonujących holocaustu uchodźców na granicy”. Dlatego Polska nie może oddać decyzji o obronie swych granic jakimkolwiek czynnikom zewnętrznym. Jeśli one ustąpią „ze względów humanitarnych” lub dla „jakże potrzebnego dla pokoju europejskiego rozsądnego kompromisu z Rosją”, nie będziemy mieli prawa twierdzić, że „to było nie do przewidzenia”. Ukraina straciła Krym m.in. dzięki „dobrym radom” z Zachodu, odradzającego zbrojny opór.

UE i Frontex


Opozycja żąda wezwania na pomoc UE, a szczególnie Frontexu. O ile wsparcie dyplomatyczne UE – presja na Białoruś i Rosję oraz na państwa, których linie lotnicze uczestniczą w przemycie ludzi na wschodnie granice Polski, Litwy i Łotwy jest bardzo pożądane, podobnie jak wszelka pomoc materiałowa, o tyle ich ewentualne warunki muszą być uważnie ocenione. Polska dysponuje około 15 tys. funkcjonariuszy Straży Granicznej. Frontex to ok. 2 tys. pracowników w tym gros to urzędnicy. Funkcjonariuszy „liniowych” jest kilkuset w tym 67 z Polski. Większość z nich już służy na poddanej silnej presji imigracyjnej południowej flance UE. Twoje INFO - kontakt z TVP INFO
Obecność kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu z nich na polskiej granicy wschodniej nie miałaby żadnego znaczenia operacyjnego. Wymiar polityczny takiej operacji – tak rozmieszczenia funkcjonariuszy, jak i pomocy materialnej musi zaś być skrupulatnie uregulowany, tak by wykluczyć otwarcie w ten sposób „rozpychającym się” kompetencyjnie instytucjom UE, drogi do uzurpowania sobie kontroli nad polityką imigracyjną i azylową państw członkowskich, dotąd, zgodnie z traktatami, pozostającą ich wyłączną kompetencją.

Bądźmy solidarni z obrońcami granic!

Polska stała się przedmiotem bezprecedensowego ataku. Pierwszy raz po 1989 r. nasze granice są zagrożone – na oczach świata Łukaszenko, dyktator,...

zobacz więcej

Polityka informacyjna


Pozytywny wizerunek Polski w mediach światowych nie jest celem sam w sobie, ale jest pożądanym instrumentem polskiej polityki zagranicznej. Brak dostępu dziennikarzy do strefy nadgranicznej utrudnia jego budowanie. To oczywisty koszt, ale nie jest on płacony bez przyczyny. Doświadczenie z „dziennikarzami” i aktywistami rozmaitych „organizacji humanitarnych”, atakującymi granicę od polskiej strony, utrudniającymi pracę polskich służb, organizującymi przemyt imigrantów, stwarzającymi ryzyko sprowokowania zbrojnej reakcji służb białoruskich poprzez próby przekraczania linii granicznej z Polski do Białorusi lub przerzucania na białoruską stronę jakichś przedmiotów, nie są prognozą zagrożeń, lecz faktami, które już miały miejsce. Łukaszence zależy na incydencie zbrojnym. Jego służby chcą go sprowokować. Wpuszczenie na pas przygraniczny osób nieodpowiedzialnych to prosta droga do zainicjowania wymiany ognia. To nie są żarty. PR jest ważnym, ale nie jest najważniejszy.

Nie znaczy to, że nic nie można zrobić. Wspólna konferencja prasowa ze służbami hiszpańskimi, które wiosną tego roku stanęły wobec podobnego wyzwania, stworzonego przez Maroko na granicy hiszpańskich enklaw w Ceucie i Melilli, pokazałoby ogólnoeuropejski wymiar problemu użycia imigrantów jako „broni”. Wspólne konferencje prasowe z Litwinami i Łotyszami utrudniałyby atak na „autorytarny rząd PiS”, a przypominanie kłamstw propagandy rosyjskiej z wojen w Gruzji i na Ukrainie o rzekomym „okrucieństwie” zaatakowanych przed którymi Rosja „musiała bronić bezbronnych cywili” przywracałoby opinii publicznej elementarne poczucie rzeczywistości.

Język, który rozumie Rosja


Polska rozmieściła na granicy z Białorusią 7 tys. funkcjonariuszy Straży Granicznej i policjantów, a za nimi połowę 16 Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej, części 18 Dywizji Zmechanizowanej i 19 Brygady Zmechanizowanej oraz wyposażoną w potężne czołgi Leopard 2PL - 10 Brygadę Kawalerii Pancernej. W stan gotowości postawiła 22 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Otrzymała też brytyjskie wojskowe wzmocnienie inżynieryjne. Rosja nie była w stanie tak szybko przerzucić swych wojsk. Dokonała desantu w okolicach Grodna, ale nie wypadł on imponująco – dwóch spadochroniarzy zginęło przy skoku.

Sygnał wysłany przez Polskę jest jasny. Decyzje o obronie granic będą zapadały w Warszawie. I niech nikt się nie łudzi, że będą inne niż te, które zawsze w takich sytuacjach podejmowali Polacy.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej