RAPORT

Imigranci na granicy z Białorusią

Katastrofa jądrowa skutkiem miłosnego trójkąta?

Usuwanie skutków eksplozji reaktora SL-1 trwało dwa lata (fot. INL)
Usuwanie skutków eksplozji reaktora SL-1 trwało dwa lata (fot. INL)

O ile osią zimnej wojny było szachowanie wrogiego mocarstwa, wyścig zbrojeń i działalność szpiegowska, to jej wykładnikiem była tajemnica. USA i ZSRR co się dało trzymały w tajemnicy, szczególnie własne niepowodzenia, które zgodnie z prawami Murphy'ego muszą występować tak gdzie istnieje czynnik ludzki. Szczególne miejsce w historii konfliktu zajęły awarie jądrowe, o których świat niekoniecznie musiał się dowiadywać. Jak o śmiertelnej awarii w eksperymentalnym reaktorze SL-1 należącym do sił zbrojnych USA, która mogła być efektem... miłosnego trójkąta.

Wyparowali przez źle ustawioną wajchę

Platforma startowa rakiety R-16 na Kosmodromie Bajkonur, trwają gorączkowe prace przy uruchomieniu precyzyjnej, a przy tym niezwykle zawodnej...

zobacz więcej

Przenieśmy się najpierw do roku 1938. Austriacka fizyk jądrowa Lise Meitner, współpracująca z Ottonem Hahnem i Fritzem Strassmannem, dokonała pierwszego w historii laboratoryjnego rozszczepienia jądra atomu. Eksperyment polegał na bombardowaniu neutronami jądra uranu, co spowodowało powstanie atomów baru. Wyzwoliła się przy tym wielka ilość ciepła, co uświadomiło uczonym, że mają do czynienia z nowym, niezwykle efektywnym i ekonomicznym źródłem energii.

Był jeden szkopuł – procedura była niezwykle delikatna i łatwo można było przesadzić z wyzwalaniem energii. Od początku prac nad materiałem rozszczepialnym – czy to w celach wojskowych czy cywilnych – miało miejsce wiele groźnych incydentów, podczas których doszło do emisji promieniowania jonizującego lub substancji promieniotwórczych. Poczesne miejsce zajmują te, które władze za wszelką cenę chciały ukryć, głównie w trakcie zimnej wojny.

Oto na przełomie 1957 i 1958 roku doszło do szeregu incydentów w Kombinacie Chemicznym „Majak” w Kysztymie na Uralu. Jak to w Rosji, awaria została wywołana niedbalstwem podczas usuwania odpadów, dalej miała miejsce awaria systemu chłodzenia, która spowodowała eksplozję chemiczną zbiornika zawierającego odpady atomowe. Efekt to skażenie 30 wiosek oraz śmierć co najmniej kilkuset ludzi, być może nawet kilkunastu tysięcy. Długo nikt nie dowiedział się o tragedii w Kysztymie, gdyż jej jedynym śladem było usunięcie z sowieckich map wiosek, które spotkała zagłada. Jeszcze dziś teren ten jest wysoce radioaktywny.

Wyciek z reaktora


Albo tak. 4 lipca 1961 roku na południe od Grenlandii doszło do awarii na pokładzie sowieckiego atomowego okrętu podwodnego K-19. Z powodu nieszczelności doszło do dużego wycieku z pierwotnego obiegu chłodzenia lewoburtowego reaktora. Kapitan i kilku marynarzy wykazało się niezwykłą odwagą, wchodząc do komory reaktora bez zabezpieczenia, aby naprawić zniszczony układ chłodzenia.

W wyniku napromieniowania oraz następstw choroby popromiennej ośmiu marynarzy uczestniczących bezpośrednio w czynnościach ratunkowych rdzenia reaktora zmarło w ciągu tygodnia od wypadku, zaś kolejnych czternastu w ciągu następnych kilku lat. Okręt zyskał wówczas w sowieckiej flocie miano „Hiroszimy”. Oficjalne śledztwo wykazało, że przyczyną awarii były niedociągnięcia w pracy spawalniczej w trakcie budowy okrętu.

Śmierć na Górze Umarłych. UFO doprowadziło do zagłady studentów?

Kosmici, tajna broń, wilkołaki, potwór Menk, diabli wiedzą co – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co zaszło w obozie studentów i...

zobacz więcej

Z kolei 10 sierpnia 1985 roku błędy w obsłudze podczas otwierania reaktora doprowadziły do wybuchu paliwa jądrowego na pokładzie sowieckiego okrętu podwodnego o napędzie atomowym К-431 w stoczni Szkotowo-22 w zatoce Czażma. Doszło do samoczynnej, niekontrolowanej reakcji łańcuchowej uranu i wybuchu spowodowanego przegrzaniem chłodziwa. Efekt to 10 ofiar. Ledwie rok później miała miejsce katastrofa w Czarnobylu, o której świat usłyszał tylko dlatego, że Szwedzi wykryli radioaktywną chmurę.

Amerykanie również zaliczyli kilka wpadek. Oto 17 stycznia 1966 roku doszło do katastrofy amerykańskiego bombowca strategicznego B-52 nad hiszpańską miejscowością Palomares. Spadły wówczas cztery bomby termojądrowe – cztery na ląd, zaś jedna do morza. Dwie z nich uległy uszkodzeniu powodując skażenie terenu.

Poligon na pustyni


Pięć lat wcześniej miała miejsce awaria eksperymentalnego reaktora SL-1 zbudowanego dla US Army, pierwsza w historii, która pociągnęła za sobą ofiary śmiertelne wśród osób z bezpośredniej obsługi reaktora. Doszło do niej w zakładzie w Atomic City w stanie Idaho, pośrodku niczego. Z zaznaczeniem, że to nic miało duże znaczenie strategiczne.

Pod względem standardów bezpieczeństwa USA na ogół górowały nad ZSRR, ale w przypadku reaktora SL-1 te kwestie nie były kluczowe. Było to urządzenie eksperymentalne, które miało w przyszłości stanowić wzór dla elektrowni zasilających w prąd bazy wojskowe położone daleko od cywilizacji, jak na przykład systemy radarowe wczesnego ostrzegania budowane w arktycznych stacjach.

Reaktor był mały, ot silos wysokości trzech pięter, i od kwestii bezpieczeństwa ważniejsza była jego maksymalna prostota w obsłudze. W przypadku awarii ryzyko skażenia obszarów zamieszkałych przez cywilów i tak było znikome, gdyż urządzenie takie znajdowałoby się co najmniej kilkaset kilometrów od osad ludzkich. Strategiczne planowanie.
Reaktor SL-1 stworzono dla wojska (fot. INL)
Reaktor SL-1 stworzono dla wojska (fot. INL)

Niezależnie od skali upraszczania, i tak trzeba najpierw reaktor przetestować oraz przeszkolić jego operatorów. Urządzenie testowe zbudowano na terenie Idaho National Laboratory (INL) – poligonu doświadczalnego na pustyni Lost River Desert, gdzie testowano także nowe reaktory dla przemysłu atomowego.

Badania i szkolenie


Reaktor SL-1 został uruchomiony po raz pierwszy w 1958 roku. Przez ponad rok trwały testy i dopiero po nich urządzenie zostało przekazane wojsku, które prowadziło na nim swoje badania i szkoliło operatorów. Instalacja działała jak należy przez pierwsze dwa lata, potrzebne były tylko niewielkie korekcje i poprawki. W grudnia 1960 roku SL-1 został wyłączony w celu przeprowadzenia drobnych napraw oraz instalacji dodatkowych urządzeń badawczych.

Przygotowania do ponownego uruchomienia reaktora rozpoczęto 3 stycznia 1961, zaś termin wznowienia jego pracy wyznaczono na następny dzień. Zadanie zlecono trzem wojskowym wojskowym – dwóm doświadczonym operatorom oraz jednemu, który właśnie kończył szkolenie. W budynku reaktora oraz drugim sąsiadującym z nim nie było nikogo innego. 22-letni Jack Byrnes oraz 26-letni Richard McKinley i Richard Legg (członek Batalionów Roboczych US Navy, czyli Seabee – „morska pszczoła”) nie dożyli następnego dnia.

Co ustalono? Przed godziną 21 Byrnes, McKinley i Legg wykonali większość wyznaczonych zadań. Została jedna rzecz – podłączenie prętów sterujących do automatycznego mechanizmu sterującego. Zadanie delikatne i kluczowe, gdyż pręty kontrolują reakcję jądrową – wsunięte głęboko hamują ją, zaś wysunięte – pozwalają na zwiększenie jej intensywności.

O godzinie 21.01 w centrali Idaho National Laboratory uruchomił się alarm sygnalizujący problem z reaktorem SL-1. Automatyczne urządzenie nie wskazało, jaka była przyczyna, było jedynie wiadomo, że coś się wydarzyło. Wysłano grupę strażaków, która była na miejscu dokładnie 9 minut później. Strażacy byli przekonani, że to fałszywy alarm – nic nadzwyczajnego – tym bardziej, że z zewnątrz budynki wyglądały normalnie. Jedyną oznaką ludzkiej aktywności była para unosząca się nad budynkiem, ale przy temperaturze -14 stopni Celsjusza to też nic nadzwyczajnego.

Szpiegowanie żartami. Jak CIA rozpracowywało Sowietów

Wyścig zbrojeń, wyścig kosmiczny, wojny zastępcze – zimna wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim miała wiele oblicz....

zobacz więcej

Zagrożenie promieniowaniem


Ratownicy rozpoczęli akcję od poszukiwań obsługi reaktora, ale oczywiście nikogo nie zastali, groźnie błyskały jedynie lampy ostrzegające przed zagrożeniem promieniowaniem. Udali się w kierunku budynku reaktora, ale gdy liczniki Geigera trzeszczały jak najęte i na wyświetlaczach wskaźnikom skończyła się skala, wszyscy zgodnie pouciekali. Wiadomo było, że wydarzyło się coś niedobrego. Potrzebni byli strażacy i inżynierowie wyposażeni w ciężkie kombinezony chroniące przed promieniowaniem.

Ekipa taka przyjechała na miejsce po kilkunastu minutach. Dopiero oni odważyli się wejść po schodach budynku reaktora i zajrzeć do SL-1. Gdy przez szyby zobaczyli ślady zniszczeń oni również uciekli. Wezwano głównego inżyniera odpowiedzialnego za reaktor oraz naczelnego fizyka. Ci ubrani w ciężkie kombinezony z duszą na ramieniu weszli do hali reaktora.

Widok jak po atomowej apokalipsie. Wszędzie dookoła rumowisko i zniszczony sprzęt, na podłodze radioaktywna woda wysoka na kilkanaście centymetrów. Specjaliści dojrzeli dwóch operatorów – Byrnesa i McKinleya. Pierwszy się nie ruszał, drugi ciężko poparzony jeszcze rzęził, kolejni ratownicy wyciągnęli go na zewnątrz, zmarł godzinę później w karetce, nie odzyskawszy przytomności. Znaleziono też trzeciego operatora, Legga. Eksplozja reaktora podrzuciła jego ciało z taką siłą, że został przybity do sufitu. Widok jak z horroru. Twoje INFO - kontakt z TVP INFO
Warunki pracy ratowników były ekstremalnie ciężkie. Promieniowanie przy reaktorze sięgało niemal 1000 Roentgenów na godzinę, było tak silne, że godzinne przebywanie tam przez człowieka oznaczałoby dla niego śmiertelną dawkę promieniowania jonizującego. Przyjęto, że każdy ratownik może przebywać w hali nie dłużej niż 65 sekund. (Likwidatorzy zbierający łopatami grafit z dachu elektrowni w Czarnobylu – „bio-roboty” – mieli od 20 do 90 sekund na jedną zmianę).
Do eksplozji doszło w szczycie zimnej wojny (fot. INL)
Do eksplozji doszło w szczycie zimnej wojny (fot. INL)

Porywacz, który nie istniał. Zagadka lotu numer 305 wciąż fascynuje

Przestrzeń powietrzna skrywa wiele tajemnic. Jaki los spotkał Amelię Earhart? Jakie diabelstwo porwało Fredericka Valenticha? Co się stało z lotem...

zobacz więcej

Dekontaminacja


Pierwsi ratownicy oraz ci, którzy wyciągnęli Byrnesa zostali poddani intensywnej dekontaminacji, zaś ich ubrania zostały zniszczone. Ponieważ przez jakieś niedopatrzenie nie mieli specjalnych rękawic a jedynie gumowe, musieli szorować ręce po kilka razy przy użyciu jodyny.

Incydent nie miał poważniejszych konsekwencji. Wybuch reaktora nie uszkodził ścian hali, w efekcie na zewnątrz promieniowanie było małe i w odległości kilkuset metrów od SL-1 praktycznie nie stanowiło zagrożenia. W Czarnobylu do atmosfery dostało się kilka milionów razy więcej substancji radioaktywnych niż po awarii w Idaho. Władze nie ogłosiły alarmu w pobliskich miastach, między innymi po to, żeby nie siać paniki, wstrzymano jedynie ruch na drodze numer międzystanowej 26, i tyle.

Trzeba było szybko znaleźć odpowiedź na kluczowe pytanie – dlaczego doszło do eksplozji reaktora. Ustalono, że SL-1 osiągnął moc ponad sześć tysięcy razy większą, niż dopuszczalna maksymalna – do 20 tysięcy megawatów – w konsekwencji temperatura podskoczyła do 2 tysięcy stopni Celsjusza i w ciągu czterech milisekund wyparowało kilka tysięcy litrów wody chłodzących reaktor. Woda w postaci pary pod wielkim ciśnieniem (około 70 mln pascali) wyrzuciła w górę ciężką pokrywę reaktora, która wywołała zniszczenia w hali. Ważąca kilka ton instalacja została podrzucona na wysokość 9 stóp i jednego cala (2,77 metra). Eksplozji towarzyszyła krótka, choć niezwykle intensywna reakcja łańcuchowa – przerwało ją zniszczenie prętów paliwowych.

Śledztwo


Wielotygodniowe śledztwo wykazało, że gdy doszło do eksplozji na szczycie reaktora stało dwóch operatorów obsługujących pręty sterujące. Oni zginęli od razu. Siła eksplozji była tak duża, że jeden ze stalowych elementów przytrzymujących wieko wbił się z prędkością około 100 km/godz. Leggowi w pachwinę i wyszedł przez ramię, przybijając go do sufitu. Trzeci nie zginął od razu, bo w momencie wybuchu stał na schodach prowadzących do pokrywy SL-1.

Czarnobyl 35 lat po katastrofie. Jak żyje się w strefie skażonej?

Wybuch reaktora, tysiące ofiar i bezwzględne ukrywanie prawdy przez komunistyczny reżim w ZSRR. W Czarnobylu doszło do największej katastrofy...

zobacz więcej

Według śledczych awaria była wynikiem błędu ludzkiego oraz wadliwego projektu. Eksplozja nastąpiła gdy Byrnes wysuwał z rdzenia reaktora jeden z trzech prętów sterujących, ważący około 38 kilogramów, żeby podłączyć go do silnika umożliwiającego zdalne operowanie nim. Wysunąć go było można tylko odrobinę – 4 cale (około 12 cm) – ale Byrnesa poniosło i wysunął go o kilkanaście centymetrów dalej i wywołał proces, którego nie dało się zatrzymać. Dlaczego? Wówczas tego nie ustalono, ale pojawiła się teoria sugerująca sensacyjną przyczynę.

Śledczy uznali, że sam reaktor SL-1 nie był bezpieczny. Wprowadzono zasadę, że każdy nowy reaktor nie mógł wchodzić w niekontrolowaną reakcję nawet gdy kluczowy pręt sterujący jest maksymalnie wysunięty. Dotąd obowiązywało to jedynie w przypadku reaktorów dla okrętów podwodnych o napędzie atomowym.

Sprzątanie resztek SL-1 trwało dwa lata. Trzeba było między innymi zakopać napromieniowany złom oraz wierzchnią warstwę gruntu z okolic reaktora na głębokość kilku metrów. Co kilka lat sprawdza się poziom promieniowania tego składowiska. Ciała operatorów również wymagały specjalnego traktowania. Umieszczono je w trumnach wyłożonych ołowiem, zalanych cementem, umieszczonych w stalowej skorupie i ponownie zalanych cementem. Niektóre szczególnie napromieniowane części ich ciała – tym ręce i organy – zakopano na składowisku odpadów nuklearnych.

Eksplozja w reaktorze


Była jeszcze kwestia mediów. Te poinformowano, że miała miejsce „eksplozja w reaktorze”. Sprawy nie dało się utajnić, gdyż SL-1 był po części projektem cywilnym. Wojskowi postanowili sprawy nie nagłaśniać ani też szczególnie nie ukrywać, żeby nie wzbudzić niezdrowego zainteresowania, szczególnie ze strony wrażych sił.

Fizycy ustalili przyczyny katastrofy, ale bez odpowiedzi pozostawało pytanie, dlaczego Byrnes tak daleko wysunął pręt sterujący. Musiał przecież wiedzieć, że doprowadzi to do katastrofy. Teoria sugeruje, że mogło to być samobójstwo rozszerzone. Wojskowy powody miał mieć.
Reaktor SL-1 przypuszczalnie został źle zaprojektowany (fot. INL)
Reaktor SL-1 przypuszczalnie został źle zaprojektowany (fot. INL)

Dorwać UFO. Rządy walczą o kosmiczną technologię

Odtajnianie dokumentów rządowych to zawsze ciekawy moment. Natychmiast wypływają pasjonujące historie. Tak też dzieje się w przypadku odtajnianych...

zobacz więcej

Jakimi wskazówkami dysponujemy zatem po 60 latach? Otóż McKinley, Legg i Byrnes mieli prowadzić hulaszczy tryb życia. Po pracy przesiadywali w klubach ze striptizem w pobliskim Idaho Falls i pili na umór. Byrnes był gorączka i irytowało go, że lekkoduch Legg szybciej awansował. Rywalizowali w pracy i raz na imprezie mieli się nawet wdać w pijacką bójkę na pięści. Legg naigrywał się również z Byrnesa, że ten choć ma żonę i dwuletniego syna, korzysta z usług prostytutki.

3 stycznia 1961 roku, kilka godzin przed katastrofą, do Byrnesa do pracy miała zadzwonić żona i zagrozić rozwodem. Czy dlatego tak daleko wysunął pręt? Możliwe. Notatka wysłana w 1979 roku przez dr Stephena Hanauera, wysokiej rangi eksperta ds. bezpieczeństwa reaktorów Komisji Energii Atomowej (AEC), do gazety „Brattleboro Reformer” w stanie Vermont zawiera sugestię, że był to samobójczy akt sabotażu wywołany wściekłością na Legga, który rzekomo w ramach „miłosnego trójkąta” miał sypiać z żoną Byrnesa. McKinley, którego żona była wówczas w ciąży, miał po prostu pecha.

Fatalne procedury bezpieczeństwa


Założenia takie wysunął Leo Miazga, inspektor Komisji Energii Atomowej, który opisał w raporcie rozpad małżeństwa Byrnesa i jego koflikt z Leggiem. Historia zgrabna, ale nie ma na to twardych dowodów. Niektórzy niezależni badacze są zdania, że śledczy z AEC zmyślili teorię samobójstwa rozszerzonego, aby odwrócić uwagę od tandetnie zaprojektowanego reaktora i fatalnych procedur bezpieczeństwa.

– To wszystko było przykrywką. Nigdy nie słyszało się od AEC, że wędka się zacięła, a chłopaki musieli podnieść coś, co się zacięło. Do dziś Idaho National Laboratory będzie twierdziło, że szaleniec podniósł wędkę zbyt wysoko i doprowadził do eksplozji – przekonuje obrazowo w rozmowie z „New York Post” Tami Thatcher, była analityk ds. bezpieczeństwa jądrowego w INL.

Thatcher, która od lat bada incydent twierdzi, że Byrnes, McKinley i Legg najpewniej byli ofiarami źle skonstruowanej instalacji. Przekonuje, że przełożeni od dawna wiedzieli, iż występują problemy z prętami sterującymi i gdy Byrnes chwycił za jeden z nich, ten mógł przy niewielkim użyciu siły sam wysunąć się dalej niż powinien.

Atomowy kret bojowy. Jak Sowieci chcieli pokonać USA

Wojna motorem postępu – brzmi stare hasło, które dotąd nie straciło i zapewne nigdy nie straci na aktualności. Technologie wojskowe od zawsze...

zobacz więcej

Nie da się wykluczyć pewnej nieostrożności u Byrnesa spowodowanej rozchwianiem emocjonalnym, ale do celowego doprowadzenia do katastrofy i własnego samobójstwa jeszcze daleka droga. Zdaniem autora Williama McKeowna, który badał sprawę, wojskowi woleli zrzucić winę na operatora, żeby władze cywilne nie zakwestionowały całego programu nuklearnego. – Faceci z AEC kryli swoje tyłki – przekonuje.

Mobilny mikroreaktor jądrowy


Sprawa ma teraz ciąg dalszy. Wprawdzie katastrofa SL-1 zatrzymała program energetyki jądrowej wojska oraz plan budowy „mobilnych reaktorów”, Departament Obrony ogłosił 24 września, że planuje zbudować prototyp „zaawansowanego mobilnego mikroreaktora jądrowego” właśnie w Idaho National Laboratory.

Przeciwni temu pomysłowi są ekolodzy. Aktywiści wskazują na statystyki zachorowań na raka tarczycy w stanie Idaho oraz skażoną wodę, glebę i powietrze – efekt wielu lat badań jądrowych na poligonie. Możemy spekulować, że właśnie dlatego łatwiej będzie wojskowym tłumaczyć katastrofę SL-1 rzekomymi problemami emocjonalnymi jednego z operatorów, ma to przekonać opinię publiczną do budowy kolejnych reaktorów w miejscu, gdzie doszło do awarii jądrowej.

– Na pewno nigdy nie dowiemy się, co wydarzyło się w 1961 roku, ale prawdopodobnie nie jest to napisane w tych notatkach, dokumentach i raportach. Myślę, że prawda umarła z tymi facetami, i to wszystko – dowodzi McKeown.

Faktem jest, że przyczyna katastrofy sprzed 60 lat i plany budowy minireaktorów dla wojska to wewnętrzna sprawa Stanów Zjednoczonych. Która wersja jest prawdziwa? Tandeta czy samobójstwo rozszerzone – tego faktycznie możemy nigdy się nie dowiedzieć. Zgodzimy się jednak, że melodramatyczna historia z tragicznym finałem miłosnego trójkąta jest znacznie ciekawsza.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej