RAPORT

Imigranci na granicy z Białorusią

Satrapa Robocop stopniowo przejął pełnię władzy

Prezydent Tunezji Kais Saied wykorzystał niezadowolenie społeczne (fot. Chedly Ben Ibrahim/NurPhoto via Getty Images)
Prezydent Tunezji Kais Saied wykorzystał niezadowolenie społeczne (fot. Chedly Ben Ibrahim/NurPhoto via Getty Images)

Talibowie przejmują Afganistan, Alaksandr Łukaszenka zwiększa presję migracyjną na Unię Europejską, Xi Jinping podgryza Tajwan – w cieniu najważniejszych wydarzeń światowej agendy miała miejsce interesująca rozgrywka polityczna. Bez większego rozgłosu Kais Saied, prezydent Tunezji będącej ostoją demokracji w krajach arabskich, stopniowo przejął pełnię władzy. Co ciekawe, mimo podminowania fundamentów kraju, wciąż cieszy się sporym poparciem rodaków, ale wkrótce może ono stopnieć.

Daktyle z Bramy Sahary

Tunezja to obok Egiptu ulubiony kierunek wakacyjny Polaków na kontynencie afrykańskim. Ciepłe morze i klimat oraz bliska egzotyka to niejedyne...

zobacz więcej

Tunezja to wyjątkowe miejsce wśród krajów arabskich. Dzięki silnym relacjom z Europą władzom nigdy nie było po drodze z islamskim fundamentalizmem. Islamiści nie znajdywali większego posłuchu wśród pozostających w znacznej mierze w świecie kultury francuskiej mieszkańców, którym nieobce jest picie alkoholu, rzecz surowo karana choćby w Iranie czy Arabii Saudyjskiej. To także tu rozpoczęła się arabska wiosna – protesty i konflikty, które ogarnęły niemal 20 państw w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. W Tunezji kosztowała ona życie ponad 300 osób.

Właśnie w oddolnej Jaśminowej Rewolucji można doszukiwać się głównej przyczyny obecnego zwrotu. Przenieśmy się do grudnia 2010 roku. 26-letni handlarz Mohamed Bouazizi próbuje związać koniec z końcem w mieście Sidi Bu Zajd. Handluje na bazarze, zarabiając około 140 dolarów miesięcznie, co ma wystarczyć na utrzymanie rodziny.

Mimo młodego wieku Mohamed jest szanowany w lokalnej społeczności. Choć sam niewiele ma, co jakiś czas zaopatruje w darmowe owoce i warzywa najuboższe rodziny. Jak wielu innych handlarzy pozostających w szarej strefie, jest nękany i upokarzany przez policję, która potrafi bez mrugnięcia okiem egzekwować surowe prawo i konfiskować jego i tak ubogi majątek. Ot, uroki krajów arabskich.

Cios od policjantki


17 grudnia zaciąga dług w wysokości 200 dolarów na rozbudowę swojego straganu, niefortunnie tego samego dnia wpada na patrol policji. Dochodzi do wymiany zdań, w trakcie której funkcjonariuszka Fedya Hamdi uderza go w twarz, a potem z kolegami zabiera wagę i konfiskuje stragan. Publiczne znieważenie, jakim było uderzenie przez kobietę sprawia, że u Bouaziziego coś pęka.

Zdesperowany idzie do merostwa, żąda spotkania z urzędnikiem, chce odzyskać stragan, ale urzędnicy nie mają zamiaru rozmawiać z krzykliwym desperatem. – Jeśli mnie nie widzicie, to się podpalę – krzyczy, po czym wylewa na siebie niewielki kanister benzyny, wybiega z budynku i podpala się. Gdy walczy o życie w szpitalu w Safakis, fala oburzenia rozlewa się po kolejnych miastach. Ludzie wychodzą na ulice, wybuchają protesty. Rannego próbuje jeszcze odwiedzić w szpitalu prezydent Zajn al-Abidin ibn Ali, ale chodzi mu tylko o to, żeby uspokoić sytuację.

Tunezja: Sędzia miał chronić terrorystów, trafił do aresztu domowego

Wpływowy tunezyjski sędzia Beszir Akremi, oskarżany przez obrońców praw człowieka o ukrywanie dokumentów, dotyczących terrorystów, w tym zabójców...

zobacz więcej

Bouazizi umiera 4 stycznia 2011 roku, w tym czasie protesty ogarniają kolejne kraje. Od Mauretanii po Oman ludzie wychodzą na ulice. Przyczyny są na ogół te same – niezadowolenie z warunków życia, rosnących cen, bezrobocia, korupcji, nepotyzmu oraz chęć demokratyzacji autokratycznych reżimów, ograniczających swobody obywatelskie.

W Tunezji rządzący od 1987 roku prezydent Ali został zmuszony do rezygnacji. Ludzie zaufali Al-Badżiemiu Ka’idowi as-Sibsiemu, prawnikowi, w przeszłości ministrowi, który jako premier miał uzdrowić sytuację. Cudów oczywiście nie mógł zdziałać, zresztą największą siłą jego mandatu było to, że był spoza kręgu politycznego establishmentu. Pozwoliło mu to zostać w 2014 roku prezydentem kraju.

Zmęczeni establishmentem


Posunięty w latach Sibsi zdołał jedynie uspokoić sytuację w kraju, zmarł jednak przed upływem kadencji w 2019 roku. Kolejne wybory wygrał również człowiek „spoza” – prawnik, emerytowany wykładowca Uniwersytetu w Tunisie Kais Saied. Otrzymał on aż 72,71 proc. głosów w drugiej turze, co świadczyło o tym, jak mocno ludzie są zmęczeni establishmentem.

Konserwatysta Saied, nie w ciemię bity, postanowił wykorzystać zniechęcenie rodaków do panującego systemu politycznego, który okazał się nader odporny na wprowadzane reformy mające zdemokratyzować ustrój. Wystarczyło zagrać kartą populizmu i zrzucić całą winę za zły stan państwa, korupcję i nepotyzm na poprzedników i skostniały układ.

Prosta metoda okazała się wyjątkowo skuteczna. Rząd i ministrowie stali się symbolem korupcji i nieudacznictwa, do tego pandemia koronawirusa pogłębiła społeczne niezadowolenie. W styczniu tego roku ludzie znów zaczęli skrzykiwać się w mediach społecznościowych i protestować przeciwko pogarszającym się warunkom życia. 25 lipca prezydent zdymisjonował rząd premiera Hiszama Meszisziego, który składał się głównie z polityków umiarkowanej islamistycznej Partii Odrodzenia (Ennahda) i zawiesił parlament, w wyniku czego członkowie Izby Deputowanych utracili swoje immunitety.
Nie wszystkim Tunezyjczykom podobają się niedemokratyczne rządy prezydenta (fot. PAP/EPA/MOHAMED MESSARA)
Nie wszystkim Tunezyjczykom podobają się niedemokratyczne rządy prezydenta (fot. PAP/EPA/MOHAMED MESSARA)

Tunezja: Prezydent nakazał zamknięcie instytucji publicznych

Prezydent Kais Saied, który w niedzielę zawiesił parlament i zdymisjonował rząd, w poniedziałek wieczorem nakazał zamknięcie instytucji publicznych...

zobacz więcej

Saied wygłosił oświadczenie, w którym wyjaśnił, że przejmuje władzę wykonawczą w kraju, zapowiedział też wyznaczenie nowego premiera. – Konstytucja nie pozwala na rozwiązanie parlamentu, ale pozwala na zamrożenie jego działalności – oświadczył. Mówił też o „nadchodzącym zagrożeniu”, mając na myśli szczyt epidemii koronawirusa i skutkujący nim kryzys gospodarczy, z którym już zmagał się kraj.

Jak despota


Prezydent, nazywany przez media „Robocopem” ze względu na monotonny sposób mówienia i skupianie się głównie na kwestiach bezpieczeństwa, argumentował już jak klasyczny despota. – Zgodnie z konstytucją podjąłem decyzje, których wymaga sytuacja, aby ratować Tunezję i naród tunezyjski – powiedział Saied. – Przechodzimy przez bardzo trudny moment w historii Tunezji – tu akurat miał rację. Zapowiedział też powołanie komitetu, który zajmie się zmianą systemu politycznego.

– Wielu ludzi zostało oszukanych przez hipokryzję, zdradę i rabunek praw ludu – znów uderzył w populistyczny ton. Obiecał przy tym wielką rozprawę z korupcją, w tym śledztwo w sprawie układu, jaki miało z władzami zawrzeć 460 biznesmenów, a który miał służyć między innymi nielegalnemu finansowaniu rządzących partii politycznych, głównie Ennahdy.

Zagroził także użyciem sił bezpieczeństwa w stosunku do osób i organizacji, które mu się przeciwstawią. – Ostrzegam każdego, kto myśli o chwyceniu za broń… a kto wystrzeli kulę, siły zbrojne odpowiedzą kulami – zagroził. Retoryką siły i słowami o walce z korupcją przekonał ludzi. Na ulice wyległy tłumy w geście poparcia.

Naturalnie przeciwnicy prezydenta zaraz zaczęli wskazywać, że prezydent próbuje przeprowadzać zamach stanu. O „przewrót przeciwko rewolucji i konstytucji” oskarżył go przewodniczący parlamentu i lider Ennahdy Raszed Ghannuczi. – Uważamy, że najważniejsze instytucje państwowe nadal funkcjonują, a zwolennicy Ennahdy i narodu tunezyjskiego będą bronić rewolucji – zapowiedział. O zamach stanu prezydenta oskarżały także nacjonalistyczno-socjalna partia Serce Tunezji oraz islamistyczna partia Al Karama.

Niepokoje w Tunezji. Sekretarz stanu USA apeluje

Sekretarz stanu USA Antony Blinken w rozmowie telefonicznej z prezydentem Tunezji Kaisem Saiedem zachęcił go „do przestrzegania zasad demokracji i...

zobacz więcej

Ministrowie w areszcie


Piłka była jednak po stronie Saieda. Podległe mu służby zatrzymały kilku członków odwołanego rządu, kilku ministrów zostało osadzonych w aresztach domowych. Wielu przedstawicieli politycznego establishmentu otrzymało zakaz opuszczania kraju lub miejscowości, w których mieszkają.

Ostatnio do aresztu trafili kolejni parlamentarzyści, Nidal Saudi oraz Saif Eddine Makhlouf, lider Al Karamy. Pierwszy za rzekome obrażenie pracownika lotniska odpowiedzialnego za bezpieczeństwo, drugi za chęć wystąpienia przed sądem jako obrońca kolegi z partii. Sąd wojskowy oświadczył, że Makhlouf został aresztowany, gdyż formułował groźby pod adresem sędziego i oskarżał sędziów o to, że biorą udział w zamachu stanu. Inny parlamentarzysta Yassin Ayari przebywa w areszcie, bo pozwolił sobie skrytykować fakt, że sądy wojskowe sądzą cywilów.

Takie działania władz wobec opozycji, czy choćby zamknięcie biur niektórych zagranicznych agencji informacyjnych, w tym katarskiej telewizji Al-Dżazira, są dowodami, że z demokracją w Tunezji jest coraz gorzej. Oczywiście zawsze była raczej słaba – po Jaśminowej Rewolucji rząd zmieniał się aż dziewięć razy – ale teraz praktycznie zamarła. Na nic zdały się próby nacisków ze strony instytucji międzynarodowych. Unia Europejska – „z najwyższą uwagą śledząca wydarzenia w Tunezji” – zaapelowała o jak najszybsze przywrócenie „stabilności instytucjonalnej”, a w szczególności o wznowienie działalności zawieszonego parlamentu.

Demokratyczne korzenie


„Demokratyczne korzenie kraju, poszanowanie praworządności, konstytucja i ramy prawne muszą być zachowane, przy jednoczesnym poszanowaniu woli i aspiracji narodu tunezyjskiego. Dlatego apelujemy o jak najszybsze przywrócenie stabilności instytucjonalnej, a w szczególności o wznowienie działalności parlamentarnej, poszanowanie praw podstawowych i powstrzymanie się od wszelkich form przemocy” – napisał szef unijnej dyplomacji Josep Borrell w oświadczeniu.

Łukaszenka po nikaraguańsku

Opresyjny reżim, prześladowanie opozycji, dyktator rządzący entą kadencję i wsadzający do aresztu przeciwników politycznych – to ponure realia...

zobacz więcej

Sekretarz stanu USA Antony Blinken w rozmowie telefonicznej z Saiedem zachęcił go „do przestrzegania zasad demokracji i praw człowieka”. – Wezwał prezydenta Saieda do utrzymywania otwartego dialogu ze wszystkimi siłami politycznymi i narodem tunezyjskim, zapewniając, że Stany Zjednoczone będą nadal z zaangażowaniem monitorować sytuację – wskazał rzecznik Departamentu Stanu Ned Price.

Bez realnych działań, jak choćby sankcje gospodarcze, takie dyplomatyczne frazesy nie są nic warte. Saied doskonale zdaje sobie z tego sprawę i poszedł krok dalej. Gdy minęło 30 dni od zawieszenia parlamentu, zawiesił go ponownie, tym razem bezterminowo.

Pod koniec września prezydent, profesor prawa konstytucyjnego, wydał dekrety wzmacniające jego władzę wykonawczą i zapowiedział, że jedynie częściowo będzie przestrzegać konstytucji. Wskazał, że wiążące będą dla niego tylko te przepisy, które nie stoją w sprzeczności z jego nowymi uprawnieniami ustawodawczymi i wykonawczymi.

Dekret prezydenta


W dekrecie podano, że „prezydent sprawuje władzę wykonawczą z pomocą rady ministrów z szefem rządu na czele. Prezydent Republiki przewodniczy radzie ministrów i może mianować jej szefa”. Może mianować, ale nie musi, skoro i tak przewodniczy radzie ministrów to nie potrzebuje premiera. Właśnie tak Saied zdobył pełnię władzy. Sąd konstytucyjny nie ma nic do gadania.

Co ciekawe, antydemokratyczne działania głowy państwa nie napotykają na wielki opór Tunezyjczyków. Krytyka płynie głównie ze strony partii opozycyjnych, ale ich zasięg działania jest ograniczony. Ennahda jest zajęta sama sobą i próbą odwołania kierującego ugrupowaniem od 1981 roku Ghannucziego.

Pod koniec września ponad stu prominentnych działaczy Ennahdy podało się do dymisji w proteście przeciwko działaniom przywódców, którzy – przekonują – nie są w stanie stworzyć jednolitego frontu przeciwko próbie zamachu stanu ze strony prezydenta. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że opozycja ma spętane ręce, jedynym rozgrywającym jest bowiem Saied i bezwzględnie korzysta z tego na każdym kroku.
Prezydent Saied rządzi za pomocą dekretów (fot. Olivier Matthys/Getty Images)
Prezydent Saied rządzi za pomocą dekretów (fot. Olivier Matthys/Getty Images)

Gdy dyktator jest bogiem

Korea Północna to najbardziej odizolowany kraj na Ziemi. Przeniknięcie do niego jest sztuką, ucieczka zaś jeszcze większą. Nieliczni, którym się to...

zobacz więcej

Prezydent regularnie podsyca nastroje antypartyjne. We wrześniu przekonywał, że krajem rządzi „mafia” i zobowiązał się do walki ze skorumpowanymi politykami. – To państwo z dwoma reżimami, pozornym reżimem instytucji i rzeczywistym reżimem mafii rządzącej Tunezją – mówił na nagraniu opublikowanym na Facebooku. – Nie będę prowadzić dialogu ze złodziejami – zapowiedział.

Złodzieje i zdrajcy


Prezydent nadal nie mówi o normalizacji sytuacji politycznej, nie wyznaczył też rządu, choć obiecał, że wkrótce nastąpią nominacje do jego gabinetu. Oświadczył za to, że weźmie się za reformę konstytucji. – Rząd jest coraz bliżej, ale musimy wiedzieć, jaką politykę będzie realizować. Celem jest spełnienie żądań narodu tunezyjskiego. Współpraca ze złodziejami lub zdrajcami nie wchodzi w rachubę – dowodził.

Oczywiście można sobie dopowiedzieć kim według Saieda są owi złodzieje i zdrajcy. Do Tunezyjczyków takie słowa trafiają, część protestuje, ale większość biernie godzi się na zmianę systemu politycznego. Zresztą polityka jako taka jest im raczej obojętna, co innego spędza im sen z powiek. W sondażu przeprowadzonym w 2019 roku przez Pew Research Center zaledwie 27 proc. obywateli potwierdziło, że demokracja poprawiła jakość ich życia.

Twoje INFO - kontakt z TVP INFO
Demokracji nikt nie wrzuci do garnka, ludzie czekają przede wszystkim na poprawę sytuacji gospodarczej, a ta była fatalna jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19. O ile miasta nadmorskie mogące liczyć na turystów jeszcze sobie jako tako radziły, o tyle im dalej od brzegu Morza Śródziemnego, tym większa pustynia, dosłownie i w przenośni.

Gospodarka Tunezji kuleje, a kraj znalazł się w pułapce zadłużenia i w zasadzie stoi na krawędzi bankructwa. Deficyt budżetowy przekracza 11 proc. wartości Produktu Krajowego Brutto, zaś dług publiczny zbliża się do 90 proc PKB. Państwo już teraz nie jest w stanie obsłużyć zobowiązań i by zrównoważyć budżet potrzebuje tylko w tym roku pożyczek w wysokości 7,2 mld dolarów, z czego 5,8 mld dolarów to kwota niezbędna do obsługi bieżącego zadłużenia.

Jeden okrzyk wywołał rewolucję. Dyktator musiał zginąć

Słowo jest silniejsze od miecza – głosi starożytne przysłowie. Rzadko kiedy zdarza się, żeby jedno słowo było w stanie odwrócić bieg historii. Tak...

zobacz więcej

W maju, jeszcze przed zawieszeniem parlamentu, minister finansów i gubernator Banku Centralnego Tunezji rozpoczęli negocjacje z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w sprawie pakietu stymulacyjnego w wysokości ponad 4 mld dolarów. Fundusz przyznaje środki, ale w zamian za neoliberalne reformy, zwykle niepopularne w krajach, do których mają popłynąć pieniądze. Od Tunisu zarządano cięć wydatków publicznych oraz płac. Gdy projekt wyciekł do mediów, protesty uliczne się wzmogły i przybliżyły upadek premiera Meszisziego.

Agencje ratingowe regularnie obniżają prognozy dla Tunezji. Agencja Moody’s ustaliła dla tego kraju rating na poziomie B3, zaś Fitch na B-, przy czym w obu przypadkach analitycy ocenili, że perspektywa jest negatywna. Eksperci wskazują, że największe problemy to rozbudowany i nieprzejrzysty sektor państwowych, często monopolistycznych przedsiębiorstw, instytucji i banków, który przynosi gigantyczne straty. Do tego zadłużenie 30 największych przedsiębiorstw państwowych na koniec 2019 roku sięgało 40 proc. wartości PKB, i tak dalej i tak dalej.

Pandemia uderza w gospodarkę


Stan finansów publicznych pogorszyła także pandemia. O ile w latach 2017-2019 PKB rósł w tempie zaledwie 1-2 proc. rocznie, w 2020 roku spadł aż o 8,8 proc., co mocno zmniejszyło dochody budżetu. Spadek w wysokości 9,3 proc. zanotował między innymi przemysł przetwórczy, będący podstawą gospodarki.

Koronawirus uderzył także w inny kluczowy sektor – turystykę, która przed pandemią generowała ponad 400 tysięcy miejsc pracy w 11,5-milionowym kraju, 14,2 proc. PKB i 1,4 mld dolarów przychodów. Gdy w 2020 roku aż o 80 proc. spadła liczba zagranicznych turystów, branża niemal załamała się i wyciąga ręce po pakiety pomocowe, które jakoś muszą być przecież opłacane.

Obecnie bezrobocie w Tunezji wynosi 17 proc. i nie zanosi się, żeby zaczęło spadać. Szczególnie trudna jest sytuacja ludzi młodych – skorych do protestowania na ulicach – z których 36 proc. pod koniec 2020 roku nie miało pracy. Innym czynnikiem świadczącym o rosnącej pauperyzacji jest to, że już 3,7 proc. populacji ma do dyspozycji zaledwie 3,2 dolara dziennie na osobę. Bank Światowy ocenia, że zagrożonych biedą jest od 16,7 do 20,1 proc. Tunezyjczyków.

Tym w pierwszej kolejności powinien zająć się prezydent Saied. W przeciwnym razie Tunezję może wkrótce czekać kolejna rewolucja. Ten piękny kraj, pełen gościnnych ludzi, na taki scenariusz nie zasługuje.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej