RAPORT:

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Klęska ze Słowacją. Dlaczego Sousie wyszedł zakalec? [ANALIZA]

Robert Lewandowski i Paulo Sousa (fot. PAP/Adam Warżawa)
Robert Lewandowski i Paulo Sousa (fot. PAP/Adam Warżawa)

Tutaj nie ma już co analizować, tutaj trzeba dzwonić. Od tej parafrazy kultowego polskiego cytatu, który towarzyszy przez lata polskiemu futbolowi należy rozpocząć. Można przed meczem napisać dziesiątki tekstów odnośnie tego jak należy zagrać, wypunktować słabe strony Słowaków indywidualnie i drużynowo, wskazać co należy poprawić, a z piekarnika Paulo Sousy i tak wychodzi zakalec. I niestety musimy go skonsumować.

Zbyt wolno i statycznie w pierwszej połowie. Pomysłem było pchanie się środkiem, gdzie zapędy kończyły się najczęściej na Skriniarze. Niewiele jakości w pojedynkach na skrzydłach, wyprowadzenie piłki z obrony jak w poprzednich meczach - bez elementu zaskoczenia ciekawym podaniem. Nieco lepiej po przerwie, ale poza kilkoma szybkimi akcjami, które udało się zawiązać większość wynikała z chaosu. A przecież ci Słowacy nawet nie chcieli zrobić Polakom krzywdy, bo kto miał to w ofensywie uczynić? Przecież nie Marek Hamsik, będący już jedną nogą na emeryturze w słowackim sadzie z butelką cydru. W tym meczu jednak polskiej jedenastce udało się przypomnieć go światu z dobrej strony. Jednak to nie słowacki gwiazdor nas załatwił, Polska przegrała mecz, którego nie dało się przegrać tracąc bramki właściwie na własne życzenie. Wyższy procent posiadania piłki, więcej celnych podań. Śmiało można powiedzieć, że Polska w tym meczu była stroną dominującą - nawet grając w osłabieniu. Na talerzu najsłabszy rywal w grupie i w sieci zero punktów. Niestety niewybaczalne - na takim turnieju za coś takiego gilotyna spada natychmiast.

O bramce na 0:1 powiedziano i napisano już wszystko, winę podzielono między Jóźwiaka, Bereszyńskiego, Szczęsnego i w nieco mniejszym stopniu Glika. Indywidualnie w tej akcji krew na rękach ma trzech-czterech piłkarzy ale można mieć jeszcze więcej uwag.

fot. MAT4!
fot. MAT4!

Owszem - nikt nie mógł nawet w najgorszych koszmarach przypuszczać, że Mak jakimś cudem przedrze się między dwóch piłkarzy z taką łatwością, ale gdy już to zrobił to nikt nie zapobiegł, by gracz Ferencvarosu mógł podciągnąć z piłką 20 metrów i oddać strzał na bramkę. Krychowiak choć miał najbliżej do ognia sytuacji, to jednak był zajęty Hamsikiem, więc można znaleźć mu alibi. Ciężej już dla Klicha stojącego przed polem karnym, którego uwagi nie absorbował żaden Słowak i spokojnie mógł zająć miejsce w pustej strefie, zapewniając dodatkową asekurację.

Druga bramka to niestety kompromitacja. Wszyscy wiedzieli, że trzeba poprawić obronę stałych fragmentów. Wszyscy wiedzieli, że to mocna broń Słowaków. Wszyscy wiedzieli, że trzeba uważać na Skriniara. I nikt z tym nic nie zrobił.

fot. MAT4!
fot. MAT4!

Przewaga liczebna Polaków niemożliwa do zmarnowania - 10 na 5(!). Ustawiona strefa, a w niej? Wątły fizycznie Jóźwiak najbliżej słowackiego czołgu jakim jest Skriniar. Najpierw jeszcze przegrana główka przez Mateusza Klicha, a strzelec gola miał tyle czasu, że mógł przyjąć piłkę i już powoli zastanawiać się w jaki sposób go celebrować. To smutne, bo stałe fragmenty w defensywie były tym, co Paulo Sousa obiecał poprawić, a lekcja nie została odrobiona.

Na osłodę gol biało-czerwonych po bardzo ładnej kombinacji. Choć sam strzał Linettego kiepskiej jakości, to jednak zgadzało się tempo, a piłka - jak na polskie warunki - tańczyła między słowacką obroną.

via GIPHY


Kluczowy był tutaj ruch Rybusa, który zszedł do środka zabierając rywala i z pola karnego wyciągnął Pekarika, który zbiegł do Zielińskiego tworząc wolny korytarz. W ten wbiegł właśnie Rybus i posłał podanie do Linettego. Akcja od początku bardzo ładna, szybka, momentami na jeden kontakt. Pozostaje wierzyć, że zaplanowana i koniecznie do powtórzenia w przyszłości.

Swobodny Hamsik


W przedmeczowej analizie napisałem, że nie ma sensu się bać Marka Hamsika, bo ten jest już praktycznie po drugiej stronie rzeki - wygłupiłem się trochę przy biernej asyście naszej drugiej linii. Niestety akurat w tym meczu były przebłyski Hamsika z Napoli. Cały mózg słowackiej operacji miał tyle swobody w środku pola, że spokojnie mógł przyjąć piłkę i powspominać swoje najlepsze, neapolitańskie czasy i przypomnieć sobie kilka zagrań z tamtych lat. Słowakowi nie sprawiały problemów nawet trudne piłki i z powietrza rozrzucał je na skrzydła.

via GIPHY


Sporym zaskoczeniem dla większości kibiców okazała się obecność w składzie Karola Linettego. Możemy się domyślać, że zamysłem Paulo Sousy było, aby wybiegany pomocnik Torino utrudniał życie leciwemu już Hamsikowi, naciskał go jako pierwszy i gryzł w nogawkę gdy tylko kapitan Słowaków przyjmie piłkę, ale niewiele z tego wynikało.
fot. MAT4!
fot. MAT4!

Hamsik umiejętnie szukał sobie miejsca na murawie, doświadczenie i klasa aż promieniowały. Najwyraźniej oślepiało to reprezentantów Polski, którzy nie poświęcali mu na murawie większej atencji, trzymając się od niego na dystans. W sytuacji powyżej Marek spokojnie przyjął piłkę i podciągnął z nią pod pole karne oddając - na nasze szczęście - niecelny strzał.

Nie zostaliśmy zdominowani przez Słowaków, nie był to ich wielki występ w środku pola, ale z drugiej strony w naszych szeregach brakowało właśnie takiego Hamsika - antycypującego poczynania boiskowe, szukającego sobie miejsca i napędzającego podaniami akcje oskrzydlające. Duża klasa, szkoda, że akurat trafiło na Polskę.

Brak strzałów i porzucony Zieliński


Przyznam się szczerze - z różnych względów (niekoniecznie czysto piłkarskich) - nigdy nie byłem wielkim fanem Piotra Zielińskiego. W tym meczu jednak było mi go cholernie żal. Pozostawiony sam sobie na trzydziestym metrze bramki, nie znalazł nawet jednego kolegi z którym mógłby wymienić szybsze podanie przed polem karnym i zdynamizować akcję. Zagrać piłkę do przodu i otrzymać podanie zwrotne gotowe do strzału.

via GIPHY


W tej sytuacji były przynajmniej dwie szanse by przenieść akcję podaniem bliżej pola karnego Słowaków, ale niestety żaden z kolegów nie pokazał się jako opcja do zagrania. Zieliński ewidentnie szukał szybszego podania i dynamizacji akcji, rozpaczliwie zmieniając kierunki biegu, aż finalnie - z biedy - oddał piłkę do ustawionego najbliżej Jóźwiaka. Bierność kolegów musiała być frustrująca, dlatego ciężko sprawiedliwie ocenić jego występ. Jako jeden z liderów tej reprezentacji z pewnością zawiódł i całościowo nie było to spotkanie, które zachowa sobie w panteonie wielkich występów, którymi będzie kiedyś raczył wnuki - skończył mecz z niczym. Ciężko było jednak nie odnieść wrażenia, że facet jest tutaj kompletnie z innej bajki i przy odpowiednim wsparciu w trzeciej tercji mógłby wykreować coś pożytecznego. Osamotniony i bezradny Zieliński, będący spoiwem między drugą linią i Lewandowskim (beznadziejnym i wyłączonym) musiał przełożyć się na produktywność całej drużyny.
fot. MAT4!
fot. MAT4!

Dlaczego Polacy w pierwszej połowie nie wykreowali praktycznie żadnej szansy? Tak jak można było się tego spodziewać Słowacy chętnie się bronili, stojąc niemal całą drużyną w fazie defensywnej za linią piłki, nawet na własnej połowie. W środkowej strefie aż roiło się od piłkarzy w niebieskich koszulkach, więc Polacy musieli szukać swoich szans na wahadłach. Tam niestety znaleźliśmy bardzo słabo dysponowanego Kamila Jóźwiaka, któremu brakowało zdecydowania gdy szukał pojedynku z obrońcą, oraz grającego dość zachowawczo w pierwszej połowie Macieja Rybusa. Zaryglowany środek w połączeniu z brakiem jakości w bocznych strefach niestety przyniósł kompletną cieniznę. Strzały na wiwat lub wrzutki kiepskiej jakości to obraz naszej pierwszej połowy wstydu.

W całym meczu bardzo słabo wyglądał także wysoki pressing - tak świetnie przecież działający w niektórych momentach meczów sparingowych z Rosją czy Islandią.

fot. MAT4!
fot. MAT4!

Nie było w nim większej agresji i śmiałości, a Słowacy nawet bez większego wysiłku potrafili go ominąć prostymi podaniami jak widać wyżej. Często także Hamsik spokojnie mógł zejść dwa piętra niżej i odebrać piłkę od bramkarza.

Co mogło się podobać?


Niewiele. W ataku pozycyjnym nadal cierpieliśmy i większość zapędów kończyła się na chęciach. Względem tego co widzieliśmy w meczach sparingowych z pewnością poprawiła się jednak liczebność. Nie atakowaliśmy już siłą 3-4 piłkarzy, a zaangażowaliśmy się większą liczbą zawodników.
fot. MAT4!
fot. MAT4!

Tak powinno to wyglądać w starciach gdzie Polska jest stroną dominującą. Gdy uda się jeszcze wdrożyć odpowiednie rozwiązania i schematy powinno to przynieść profit. Ruch bez piłki, wyciągnięcie rywala ze strefy (przykład Rybusa przy bramce Linettego), próba zagrania między linie. Przed Paulo Sousą w tym aspekcie jeszcze wiele pracy, bo póki co zgadzała się tylko liczebność - samo rozegranie przez większość meczu było w tempie wakacyjnego sparingu.

Mały plusik możemy postawić także za grę po stracie bramki na 1:2, grając w dziesiątkę po czerwonej kartce Krychowiaka. Co ciekawe, to właśnie w tej fazie meczu Polacy byli najgroźniejsi i wykreowali sobie najwięcej sytuacji, choć należy też pamiętać, że Słowacy znaleźli się już w okopach nie podejmując większego ryzyka, a Sousa ustawił wahadła niemalże w jednej linii z napastnikami. Kotłowało się w słowackim polu karnym w ostatnich dziesięciu minutach, ale finalnie nic z tego nie wynikło.

Polska i duże turnieje to nie jest idealna para. Zmieniają się trenerzy, pokolenia piłkarzy, systemy i założenia, a ciągle nie wychodzi - zwłaszcza na inaugurację. Słowacja nie zagrała wielkiego spotkania, ciężko powiedzieć, że zagrała nawet średnio, byli do bólu przeciętni, nie istniały żadne warunki do tego, by zgarnęli w tym meczu trzy punkty. Gdy popełniasz na wielkim turnieju takie błędy jak przy samobóju Szczęsnego i bramce Skriniara, płacisz sztabkami złota, nawet gdy rywal specjalnie się nie stara by zrobić ci krzywdę. Zawiodła w tych dwóch przypadkach koncentracja - na którą zwracano uwagę w konferencjach przedmeczowych, a przecież to wielki turniej, więc popularna “sprężara” jest tutaj cechą oczywistą, o której się nie dyskutuje. Zabrakło koncentracji, a jakości z piłką przy nodze było tyle co liści na drzewach jesienią. Ciężko będzie to naprawić przed Hiszpanią, więc już teraz strach się bać.


***

Wszystkie mecze mistrzostw Europy będzie można zobaczyć na antenie TVP Sport i na stronie tvpsport.pl - sprawdź plan transmisji!

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej