RAPORT:

#FabrykahejtuPO

Karnkowski: Siła złego na jednego?

Niektóre zdarzenia wynikają ze zmiany szerszych strategii geopolitycznych (fot. PAP/EPA/JULIEN WARNAND)
Niektóre zdarzenia wynikają ze zmiany szerszych strategii geopolitycznych (fot. PAP/EPA/JULIEN WARNAND)

„Siła złego na jednego” – można by podsumować ostatnie wydarzenia w naszej polityce zagranicznej. Jedni poświęcają nam stanowczo zbyt wiele uwagi, inni zdają się o nas w ogóle nie pamiętać. Niektóre zdarzenia wynikają ze zmiany szerszych strategii geopolitycznych, jak w USA, gdy po kadencji Donalda Trumpa, wraca, znany z czasów Baraka Obamy „reset”, maskowany nic nie znaczącymi deklaracjami. Inne to efekt nie skrywanej już nawet intencji doprowadzenia do zmiany politycznej w Polsce za pomocą administracyjnych i finansowych nacisków ze strony instytucji unijnych. Czy jednak zmiana taka jest w ogóle możliwa, nawet przy coraz mocniejszym zaangażowaniu zagranicy?

Śladami Nowoczesnej

Zmiany partyjnych barw przez polityków, eufemistycznie nazywane transferami, choć powinny być rzadkością, stały się codziennością naszej polityki....

zobacz więcej

Przeciwnicy obecnego, konserwatywnego kierunku polskiej (i węgierskiej) polityki są absolutnie zdeterminowani, by nie dopuścić do transferu unijnych środków do obu tych państw. Służyć ma do tego tzw. warunkowość, czyli wypłata środków w uzależnieniu od oceny praworządności w danym państwie. Jest przy tym oczywiste, że „praworządność” nie jest czynnikiem, którym przejmować muszą się wszystkie kraje Wspólnoty. Rząd Hiszpanii może więzić zwolenników niepodległości Katalonii, a francuska policja krwawo tłumić protesty Żółtych Kamizelek, czy nawet pałować własnych sędziów – i nie będzie to budzić żadnego zainteresowania liberalnych elit Brukseli.

Zupełnie inaczej sprawy mają się jednak z państwami Europy Środkowej, traktowanymi wciąż jako kraje drugiej kategorii, które należy dopiero wychować, zresztą przy entuzjastycznym wsparciu części klasy politycznej tych państw. Gdy negocjowano kilka miesięcy temu mechanizm praworządności, rządy Polski i Węgier wynegocjowały z Brukselą pewne zabezpieczenia, mające gwarantować nam udział w podziale pieniędzy i sprowadzające ewentualne ograniczenia do kwestii merytorycznych i bardziej obiektywnych, niż widzimisię polityków. Przyczyną odebrania wsparcia mogłoby, według tych ustaleń, być wyłącznie marnotrawienie pieniędzy i korupcja przy wydatkowaniu funduszy, z tym natomiast, co potwierdzają zajmujące się tymi zagadnieniami instytucje UE, nie mamy problemu.

Wspólne kłopoty skłóconych środowisk

To pewna smutna dla bohaterów zdarzeń ironia losu. Oto bowiem Jarosław Gowin, który Platformę opuścił już prawie 8 lat temu, zamiast spokojnie...

zobacz więcej

Równocześnie jednak wątpliwe zapisy dotyczące uznaniowości zaskarżyliśmy do TSUE, co samo zresztą również było częścią ustaleń. Okazuje się jednak (i nie jest to dla wielu obserwatorów żadną niespodzianką), że konkluzji tamtych rozmów nie uznaje parlamentarna europejska większość, a także komisarz Jourova, która z własnymi decyzjami nie zamierza czekać na postanowienie Trybunału. Europosłowie chcą zaś karać nas natychmiast, nie ukrywając nawet, że chodzi o coś innego niż bieżąca polska polityka.

„Zbyt długo Europa przyglądała się, jak niszczona jest praworządność. Czas wreszcie na to, aby praworządność chronić. Każde euro, które trafia do niewłaściwych rąk, jest zagrożeniem dla wiarygodności Europy. Dlatego jako PE mówimy: »nie chcemy więcej brać w tym udziału«. (…) Przewodnicząca Komisji Europejskiej musi zdecydować, czy jej Komisja walczy o praworządność, czy stoi po stronie Orbana i polskiego rządu” – mówił podczas czwartkowej debaty w PE liberał Moritz Koerner.

Karnkowski: Nowy plan, nowe rozdanie

Wczoraj prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński wraz z premierem i współpracownikami oraz liderami ugrupowań koalicyjnych ogłosili plan...

zobacz więcej

Potwierdzenie swoich obaw zyskuje tym samym krytyczna wobec niedawnych ustaleń Solidarna Polska, a jej politycy wracają do mediów z twardym i bardzo wobec UE krytycznym przekazem. Polska, nie tak dano jeden z bardziej euroentuzjastycznych krajów UE, w ostatnim czasie przechodzi przyspieszona lekcję realizmu. Można obawiać się, że w wyniku nieprzyjaznej polityki i retoryki instytucji unijnych, podejście naszego społeczeństwa do Unii przestanie być jednoznacznie pozytywne, na co zwraca uwagę między innymi prof. Witold Modzelewski z Uniwersytetu Warszawskiego. Kto by się martwił o potencjalny polski eurosceptycyzm, skoro w imię pokazania konserwatystom miejsca w szeregu europosłowie gotowi są nawet wywołać napięcia już nie między UE a poszczególnymi państwami, a nawet między poszczególnymi elementami władzy samej Unii – parlamentem, KE i TSUE?

Innym interesującym aspektem polityki UE jest oczekiwanie wobec premiera Morawieckiego, że ten wycofa list skierowany do Trybunału Konstytucyjnego, w którym pada pytanie o nadrzędność polskiej konstytucji wobec przepisów unijnych. Komisarz Didier Reynders swoimi żądaniami ujawnia, co niepokoi jego środowisko urzędnicze, a przy okazji legitymizuje kwestionowany nieraz w wypowiedziach biurokratów obecny TK. Obawy biorą się stąd, że instytucje Unii, z TSUE na czele coraz częściej i coraz brutalniej roszczą sobie prawo do ocen i decyzji również w tych sprawach, które nie znajdują się w obrębie kompetencji ujętych w traktatach, z kwestiami obyczajowymi czy praworządnością (w żaden sposób obiektywnie nie definiowaną) właśnie, na czele. Nie tak dawno trybunały konstytucyjne Niemiec, Hiszpanii czy Francji w swoich orzeczeniach stawiały własne prawo konstytucyjne ponad przepisami unijnymi. Polski TK podobne stanowisko zajmował już dwukrotnie, w tym w trakcie procesu akcesyjnego, wiec na długo przed tym, gdy w oczach dzisiejszej opozycji stracił legitymację do decydowania o tak kluczowych sprawach.

Czarny punkt demokracji

Dużo się w polskiej polityce zmieniło. Porozumienie ponad podziałami w sprawie Funduszu Odbudowy przyniosło niektórym uczestnikom i obserwatorom...

zobacz więcej

Dodatkowym elementem tej układanki są relacje w ramach Grupy Wyszehradzkiej , dokładniej nasz spór z Czechami. Ci mają wsparcie TSUE w kwestii Turowa, co więcej, wejście do sprawy przed trybunałem KE jako strony sugeruje, że ten konflikt będzie rozgrywany politycznie na wyższym szczeblu, nawet, jeśli naszym krajom uda się znaleźć porozumienie. Tyle, że i same Czechy mają własne problemy z Unią, która atakuje premiera Babisza jako zagrażającego demokracji oligarchę, często mieszającego politykę rządu z własnymi biznesami. Polska i Czechy są też krytykowane jako jedyne państwa UE, które nie dają biernego prawa wyborczego obcokrajowcom. W obu tych sprawach można próbować szukać z Babiszem, mającym wkrótce u siebie wybory, porozumienia, a to czyni naszą obronę Turowa o wiele mniej beznadziejną niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Turów to tylko jeden z elementów w coraz gorszej sytuacji na styku polityki i energetyki. Amerykanie, wbrew wcześniejszym deklaracjom, de facto całkowicie pogodzili się z powstaniem Nord Stream 2, a Joe Biden w swej agendzie nie ma miejsca nie tylko dla Polski (co przeciwnicy władz tłumaczą naszym wcześniejszym mocnym związaniem się z Trumpem), lecz i innych państw środkowo-wschodniej Europy, z Ukrainą włącznie. Dla Joe Bidena Europa to Niemcy. Jest też Moskwa, którą należy obłaskawiać, by zyskać sojusznika w globalnej rywalizacji z Chinami, czekając przy tym aż sama, z woli swoich przywódców, zmieni się w liberalną demokrację. Jaka jest Rosja, wiemy. Jacy są Niemcy, niektórzy z nas próbują nie zauważać, choć jest to trudne. Nasi zachodni sąsiedzi chcą całkowitego uzależnienia mniejszych państw, w tym Polski, od gazu z Gazpromu, kupowanego za ich pośrednictwem. Tylko w ostatnich dniach dowiedzieliśmy się, że Berlin będzie dążył do uniemożliwienia budowy nowych elektrowni atomowych i gazociągów, prowadzonych pod dnem morza. Na jednym i drugim opiera się nasza przyszła energetyczna niezależność. I, zupełnym przypadkiem, jedyną alternatywą jest kupowanie brakujących paliw i energii od Niemiec.

Karnkowski: Meteor z Porozumienia i sukcesy marszałka Grodzkiego

Kandydat Porozumienia na RPO przemknął jak meteor, by po krótkim zamieszaniu powróciło do dyskusji nazwisko Lidii Staroń. Choć jednak jeszcze w...

zobacz więcej

Mamy więc wystarczająco wiele punktów zapalnych, by ktoś źle nam życzący mógł wyobrazić sobie wywołanie kryzysu politycznego i zmianę władzy na taką, która nie będzie wyłamywać się z chóru w nowym koncercie mocarstw. Koalicja rządowa stoi przed sprawdzianem przy okazji wyboru RPO (co ważne, dziwne zachowanie Porozumienia wobec koalicjantów i senator Lidii Staroń wyrasta na problem większy niż sama kandydatura raczej apolitycznego prof. Wiącka), a być może także próbą odwołania wicemarszałka Terleckiego (którego Porozumienie było krytykiem równie bezlitosnym co działacze opozycji), jednak i opozycja nie wydaje się dziś wcale znajdować w komfortowej sytuacji. Sam fakt, że wciąż wielu jej sympatyków największej nadziei upatruje w powrocie osłabionego już i cieszącego się jedynie cieniem dawnej popularności Donalda Tuska pokazuje, że zmarnowała ona 7 lat, które nie starczyły, by odnaleźć nowego lidera i formułę obecności na scenie politycznej.

Dziś każdy, nawet najbardziej niekorzystny dla PiS scenariusz, zakładać musi silne skonfliktowanie opozycji, przy czym konflikt rozgrywać będzie się zarówno pomiędzy partiami, walczącymi o prymat lub przynajmniej emancypacje od PO, lub wewnątrz nich. Pierwszy z brzegu przykład, wspomniany już powrót Tuska, powoduje bardzo różne reakcje, nawet w samej Platformie. Narzekający na zbyt wolne tempo zmian często wypominają rządzącym, że są u władzy już szósty rok, coraz trudniej tłumaczyć więc wszystko czasami poprzedników. Wygląda jednak na to, że w kategorii marnowania czasu wygrywa opozycja. I wciąż jest to jedyna dyscyplina, w której ma największe szanse.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej