RAPORT

Prorosyjska era Tuska

„Każdym meczem zaczynam od zera”. Borek o kadrze i życiu komentatora

Mateusz Borek to dziś jeden z najbardziej cenionych polskich komentatorów (fot. PAP/Wojciech Olkuśnik)
Mateusz Borek to dziś jeden z najbardziej cenionych polskich komentatorów (fot. PAP/Wojciech Olkuśnik)

Najnowsze

Popularne

Na mecz otwarcia wszyscy czekają. Odliczają dni. To jest święto, to jest wiele pytań bez odpowiedzi. Fajnie być tym, który towarzyszy w takiej chwili milionom widzów – mówi w rozmowie z portalem tvp.info Mateusz Borek, który dla TVP skomentuje m.in. mecz Polski ze Słowacją. Słynny dziennikarz opowiedział o początkach swojej pracy, największych wyzwaniach i szansach reprezentacji na sukces podczas Euro 2020.

Jedyny taki „Skarb Kibica”. Mistrzostwa Europy bez tajemnic

Od pasjonatów dla pasjonatów. W ramach odliczania do mistrzostw Europy na portalu tvp.info codziennie będziemy publikować kolejne części...

zobacz więcej

Przed trzydziestką skomentował pan finał mundialu. Dwie dekady później wciąż wygląda na człowieka, którego to niesamowicie kręci.

– Bo tak jest. Wciąż jest we mnie entuzjazm. Żyję piłką, oddycham piłką, cały czas mi się to podoba.

Jest pan trochę szczęściarzem.

– No jestem. Przyjechałem do Warszawy nie mając nic, musiałem dorabiać, kombinować, zastanawiać się, czy mam pieniądze, żeby pójść do kina z koleżanką. Ale dobrze wspominam tamte czasy. Mieliśmy fajną ekipę na studiach. Siedziałem w ławce z Jackiem Jońcą, który wtedy zaczynał w TVP, z Czarkiem Kowalskim z „Życia Warszawy”... Nie było łatwo się przebić. Ja przecież zaczynałem od pisania o siatkówce do „Kuriera Polskiego”, dziś już nieistniejącego. Przy Woronicza mnie nie chcieli.

Nie poznali się na talencie?

– Nawet nie próbowali.

Jak to?

– Kiedyś nie można było sobie tam wejść tak „z ulicy”. Kombinowałem. Zgłosiłem się do mojego wujka Artura Barcisia. On poprosił Grażynę Strachotę, żonę Darka Szpakowskiego, żeby szepnęła na mój temat kilka słów, że młody, że ambitny, że na praktyki...

Nie dostał się pan?

– Nikt nie zadzwonił.

Udało się w Canal Plus. Ale tam też nie grał pan pierwszych skrzypiec.

– Tam każdy chciał komentować Ekstraklasę. To był symbol prestiżu. Jacek Laskowski, Tomek Smokowski, Janusz Basałaj... Też chciałem, ale robiłem głównie ligi zagraniczne: a to czasami wskoczyłem do francuskiej, bo przecież miałem kilku kolegów w Ligue 1, a to przejąłem po Edziu Durdzie Bundesligę – wszystkim się interesowałem, do wszystkiego pasowałem, ale na ligę polską nie było miejsc.

Skarb na Euro: Polska, czyli kto pomoże Lewandowskiemu

Za kadencji Jerzego Brzęczka Robert Lewandowski spisywał się w reprezentacji poniżej oczekiwań. Zbigniew Boniek, prezes PZPN, postanowił więc w...

zobacz więcej

Aż odezwał się Polsat. Był pan ich pierwszym wyborem?

– Nie wiem, nigdy w to nie wnikałem. Wiem, że bardzo pomógł mi Romek Kołtoń, który był tam przede mną i powtarzał: weźcie potencjał, nie gwiazdę. Oni się długo wahali, czy podkupić kogoś z innej stacji, wziąć uznane nazwisko czy sięgnąć po kogoś mniej oczywistego i go „ukształtować”. Nie wiem, czy byłem pierwszy, drugi czy piąty. Pamiętam, że jak do mnie zadzwonili, zaprosili na rozmowę i usłyszałem, że za chwilę będzie u nich Liga Mistrzów, Bundesliga, że będzie mundial, a ja mam komentować finały, mecze Polaków, to nawet nie przeglądałem kontraktu. O pieniądzach rozmawiałem z pół minuty. W ogóle mnie to nie interesowało. Byłem tak podekscytowany, że zapytałem tylko, gdzie podpisać.

Dzisiaj można przebierać w ofertach.

– Teraz mam komfort. Przede wszystkim finansowy. Niczego nie muszę. Oczywiście nie jest tak, że nie negocjuję, że na wszystko się godzę, ale mam 47 lat i mogę robić to, co kocham. Jak mi się coś nie podoba, to mówię „do widzenia” i idę dalej. Nic na siłę.

Skąd się wziął pomysł duetu z Kazimierzem Węgrzynem?

– Zacznijmy od tego, że byłem przekonany, że będzie jakaś rotacja ekspertów. To ma sens, tak robiliśmy choćby mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii: ktoś się czuje mocniejszy, komentując Anglię, ktoś lepiej wypada przy Polakach, jeszcze inny ma dużą wiedzę o piłkarzach z Bałkanów... Przy okazji to są różne spojrzenia, różne doświadczenia, więc to też jest fajna nauka dla komentatora.

Cóż, decyzja jest taka, a nie inna, pewnie też z powodów logistycznych. Dobrze mi się pracowało z Robertem Podolińskim, złapaliśmy fajną chemię, ale chyba nikt nie chciał go odrywać od Jacka Laskowskiego. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Marek Szkolnikowski, żebym pomyślał, żebym poszukał – zaczęło się robić nerwowo, bo coraz bliżej Euro, były jakieś przymiarki...

Grzegorz Lato: Lewandowski jak ja? Macie za duże wymagania!

Robert Lewandowski jest naszym najlepszym piłkarzem, zdobył wszystko w klubie, ale ja mu życzę jeszcze jednego – żeby coś osiągnął z reprezentacją....

zobacz więcej

Podobno w gronie kandydatów był Tomek Ćwiąkała.

– Na pewno jest to ciekawy chłopak, którego Marek chciałby mieć w swojej drużynie. Gdzieś tam mieliśmy okazję razem pokomentować kilka meczów Bundesligi, nieźle nam się pracowało, stąd pewnie taka myśl, ale Tomek ma teraz spokój, ma swoją ukochaną ligę hiszpańską, robi to co lubi...

Czyli była taka koncepcja.

– No była taka myśl. Był na tapecie jeszcze jeden ekspert zatrudniony w innej telewizji, ale gdzieś w ostatniej chwili, na ostatniej prostej coś się wysypało...

Kto?

– Nie mogę powiedzieć.

Artur Wichniarek?

– Pomidor.

No dobrze, co z tym Węgrzynem?

– Usiadłem sobie kiedyś późnym wieczorem, myślałem, myślałem, no i mówię tak: muszę znaleźć kogoś, kto będzie do mnie pasował temperamentem; będzie fajnym gościem, bo jednak spędzimy razem trochę czasu; będzie doświadczony, bo przecież nie zaryzykujesz, że na Euro posadzisz kogoś pierwszy raz przed mikrofonem; będzie miał niezłą polszczyznę; no i kogoś, kto będzie „głodny”, kto będzie chciał pokazać potencjał. Nagle – olśnienie. Przecież jest Kaziu! Ma charyzmę, ma styl, głos jak Frank Sinatra...

Długo trzeba było namawiać?

– Zadzwoniłem, powiedziałem o co chodzi, nagle trzydzieści sekund ciszy w słuchawce... I słyszę: „Poważnie?!”, z takim entuzjazmem, tą swoją chrypką, cieszył się jak dziecko. „Nie mówiłem ci tego nigdy, ale zawsze oglądając mecze Polaków, jak komentowałeś z Tomkiem Hajtą, to miałem marzenie, żeby kiedyś też to zrobić, pojechać na wielki turniej, przeżyć to wszystko... Jeśli mówisz poważnie, to jestem, oczywiście”.

Zadzwoniłem do Marka Szkolnikowskiego, od razu był na „tak”, potem tylko dograli jakieś formalności z Kaziem i tyle. Chciałem jedynie, żebyśmy mogli skomentować wcześniej jakiś mecz, żeby wiedzieć, co ewentualnie zmienić, co poprawić...

Skarb na Euro: Słowacja, czyli nadzieja w indywidualnościach

Milana Skriniara uznaje się za jednego z najlepszych obrońców na świecie, a w kadrze naszych południowych sąsiadów nie brakuje piłkarzy grających...

zobacz więcej

Co zmienić, co poprawić?

– Chciałem, żeby Kaziu sobie ten mecz jeszcze raz obejrzał i przemyślał. Z mojego punktu widzenia: sądzę, że nie musi iść za mną w każdą akcję, może w tym czasie coś zauważyć, dać mi jeszcze więcej taktycznie. Mniej „opisowości”. To nie jest tak, że chcę, żeby całkowicie zrezygnował z życia kolejnymi akcjami, bo jak wchodzi na te swoje tony, idzie do końca, „na pressie, na nogi”, to jest naprawdę fajnie. Pamiętajmy też, że mecz z Rosją był naszym pierwszym wspólnym. Że dla niego to był pierwszy raz z reprezentacją, że też był głodny mikrofonu, żeby go „pożreć”, bo długo tego nie robił. Zadziałało ileś tam czynników, no ale teraz mamy dobry materiał poglądowy, żeby wyciągnąć wnioski i zrobić tak, żeby na Euro wyszło jeszcze lepiej.

Duet komentatorski musi się lubić, żeby dobrze wypaść?

– Dobrze jest się lubić, ale lubić się za bardzo już chyba niekoniecznie. Może to wszystko „puścić”, zrobić się zbyt luźno. Przede wszystkim: trzeba dojrzałości. Wiadomo, że jak jedziesz z kimś na jakiś duży turniej, to jecie razem śniadanie, idziecie do miasta, trochę pogadacie... Siłą rzeczy spędzasz z tym kimś parę godzin, więc fajnie, żeby się w tym czasie nie męczyć.

A zdarzyło się, że kiedyś powiedział pan: temu i temu już dziękuję, z nimi nic nie chcę komentować?

– Zdarzyło się. Raz. Nie chcę mówić, kto to, bo to nieistotne, ale była taka sytuacja, że ktoś zachował się wobec mnie nieuczciwie. Nie na antenie, nie w sprawach zawodowych, ale w naszej bliskiej relacji prywatnej. Nie możesz udawać, że pada deszcz, gdy ktoś na ciebie pluje. No bo co, miałem udawać kolegę przed milionami widzów? Że się dobrze razem bawimy? Poszedłem do mojego szefa, powiedziałem, że wszystko zaakceptuję i nawet jeśli zostanę gdzieś wpisany z tym komentatorem, to oczywiście „zrobię” mecz jak profesjonalista, ale wolałbym nie.

Uszanowano prośbę?

– Tak.

Trochę tych partnerów było. Z tych poważniejszych: Roman Kołtoń, Wojciech Kowalczyk, Tomasz Hajto, ostatnio Robert Podoliński...

– No właśnie liczyłem, miałem ich z dwudziestu. I zobaczcie: z takim Bońkiem zrobiłem pięć meczów, ale to były same finały. Mistrzostwa Europy, mistrzostwa świata, trzy razy Liga Mistrzów. Kowalczyk, Hajto, Kołtoń... Euro z Markiem Koźmińskim, Jerzym Brzęczkiem i Czesławem Michniewiczem, komentowałem coś z oboma Jackami Zielińskimi, Puchar Narodów Afryki z Henrykiem Kasperczakiem, sporo z Andrzejem Strejlauem, Jackiem Zioberem... Kto tam jeszcze? Waldemar Fornalik, Serie A z Tomkiem Lipińskim, Andrzej Iwan... Przecież to ja go wciągnąłem do telewizji.

Mateusz Borek pracuje w zawodzie ponad 25 lat. Tu z Michałem Probierzem (fot. PAP)
Mateusz Borek pracuje w zawodzie ponad 25 lat. Tu z Michałem Probierzem (fot. PAP)

Po ponad dwudziestu latach można chyba wystawić jakieś laurki.

– Na pewno długo nam się świetnie układało z Romkiem Kołtoniem. Mieliśmy dobry, jasny podział: ja byłem prowadzącym grę, on takim człowiekiem od tła, merytoryki, zawsze dobrze przygotowanym. Później poczułem, że potrzebuję kogoś, kto da więcej piłki w piłce, więcej taktyki – stąd koncepcja z byłymi piłkarzami czy trenerami. I powiem tak: Zbigniew Boniek jest jeden. Nie będzie już takiego. Nawet jak przekręci nazwisko, nawet jak się nie skoncentruje na detalach ustawienia taktycznego, to samo to, jak on mówi, sposób narracji, życie meczem, podpowiadanie piłkarzom... To jest po prostu Zibi. Zibi „top”, jak mawia młodzież.

Jeśli chodzi o taktykę, analizę: Czesław Michniewicz i Robert Podoliński. Przygotowanie do meczu, InStat, rozpracowanie systemów, zauważenie powtarzalności błędów poszczególnych formacji, ustawienia, antycypowanie tego, co mogą zagrać trenerzy, jaką mają koncepcję, widzenie na boisku. Wszystko super. No i Tomek Hajto... Niezależnie od tego, że dziś nie mamy ze sobą kontaktu, pierwsze nasze dwa, trzy sezony to był powiew czegoś innego. Wiecie, błędy językowe, które stają się klasyką... Jakiś taki entuzjazm, reakcja społeczna, która graniczyła z szaleństwem niemalże.

Aż tak?

– Weźmy takiego Adama Nawałkę. Pamiętam mecz: inauguracja eliminacji mistrzostw świata z Kazachstanem. Hajto nie miał paszportu, były jakieś problemy, ostatecznie poleciał ze mną Romek Kołtoń. Kończy się 2:2, a po meczu Nawałka nie ma pretensji do piłkarzy, tylko chwyta za telefon i dzwoni do Mariana Kmity, naszego ówczesnego szefa, że zremisowaliśmy, bo rozbity został szczęśliwy duet. Hajto wrócił, selekcjoner się uspokoił, jakoś na ten mundial awansowaliśmy (śmiech).

Tym bardziej trzeba zapytać: co się stało, że się zepsuło?

– Nie chcę nikogo oceniać, musielibyście spotkać się z Tomkiem i z nim pogadać. Wskażę tylko takie dwie rzeczy. Po pierwsze: pokora zawodowa. Możesz być pewny siebie, możesz robić widowisko, ale jak chcesz, żeby coś trwało dłużej niż chwilę, to musisz zachować pokorę. Trzeba mieć takie podejście, że każdy kolejny mecz jest jakbyś zaczynał od zera. Że możesz więcej stracić niż zyskać.

Tomasz Hajto przez kilka lat komentował z Borkiem mecze reprezentacji (fot. PAP)
Tomasz Hajto przez kilka lat komentował z Borkiem mecze reprezentacji (fot. PAP)

Może to go zawiodło. Może się za bardzo „poczuł”. Po drugie: nie da się meczów Ligi Mistrzów komentować jak reprezentacji. Bo ja wcale nie myślę, że Tomek stracił coś u kibiców przy którymś meczu Polaków. Ta opinia o nim troszkę zaczęła się zmieniać, gdy zabrał się za inne rozgrywki. „Daj, przerzuć, nabij” – na kadrze to jest wszystko ważne, to działa, a Liga Mistrzów jest kibicom bardziej obojętna. Nie powiesz w meczu Chelsea z Dortmundem, żeby ktoś „dał z wątroby” albo żeby „Chilwell ugiął nogi”, no bo to nie ma znaczenia. Ludzie chcą się dowiedzieć trochę innych rzeczy, chcą trochę innego spojrzenia, innej analizy...

Moim zdaniem przy tej Lidze Mistrzów, która wróciła do Polsatu, coś się zaczęło rozjeżdżać. Ludzie zaczęli zwracać uwagę na jakieś niedostatki, błędne dane, te lapsusy językowe, które wcześniej mu wybaczali. I jeszcze trzecia kwestia: zaczął komentować z innymi ludźmi. Oni nie mieli z nim takich doświadczeń, „nie czuli” go tak jak ja, nie wiedzieli kiedy zaasekurować, żeby się nie zgubił. Zaczął z jednym, drugim, piątym, siódmym – a to przecież nie jest tak, że z każdym złapiesz odpowiedni rytm. Pamiętajcie, że my wcześniej w Eurosporcie komentowaliśmy razem pewnie kilkaset meczów Bundesligi. Wiedziałem, kiedy on ma lepszy dzień, kiedy gorszy, kiedy zająć więcej przestrzeni, a kiedy dać mu mówić. No i stało się, jak się stało.

Wycofał się pan w odpowiednim momencie.

– Na pewno nie patrzę na to z satysfakcją. Przeżyliśmy razem mnóstwo fajnych chwil; mam tak, że z biegiem lat pewne rany się zabliźniają, a w głowie zostają raczej dobre wspomnienia. Pamiętam te wyjazdy, wieczory, anegdoty, te szydery...

Za chwilę mecz ze Słowacją. Miał pan jakiś wpływ na to, co będzie komentował?

– Tu akurat tak. W marcu poszedłem do Marka Szkolnikowskiego, który zakomunikował mi, że mecz z Anglią weźmie Darek Szpakowski, bo bardzo mu zależy, bo to może być jego ostatnie Wembley i tak dalej. Węgry obiecał Jackowi Laskowskiemu, nie pamiętam już czemu, w każdym razie mnie została Andora. Myślę: no dobra, każdy mecz reprezentacji to święto, ja co prawda skomentowałem ich już ze 170, ale każdy traktuję jak wyróżnienie. Marek uznał, że skoro tak dobrze to przyjąłem, to mogę sobie wybrać, który grupowy mecz Polaków skomentuję. Wziąłem Słowaków. On zaskoczony, bo był przekonany, że będę wolał Hiszpanów, może nawet Szwecję...

„Fajny wynik na Euro? Powtórzyć ćwierćfinał z Francji!”

– Mamy ogromną jakość zarówno indywidualnie, ale też jako drużyna. Nawet teraz, gdy patrzę, jak ciężko pracujemy, drużyna wygląda na świadomą tego,...

zobacz więcej

Skąd taki wybór?

– Bo na mecz otwarcia wszyscy czekają. Odliczają dni. To jest święto, to jest wiele pytań bez odpowiedzi. Fajnie być tym, który towarzyszy w takiej chwili milionom widzów.

Jak się przygotować do takiego meczu?

– Oglądam. Rozmawiam. Mam oczywiście zawsze przygotowanych kilkadziesiąt ciekawostek, z których wykorzystuję może ze trzy, cztery, ale cenniejsze są dla mnie telefony czy spotkania z ludźmi, którzy mogą dać mi coś ekstra. Dobrze mieć taką grupę. Mają trochę inne spojrzenie, na inne rzeczy zwracają uwagę.

Kto w niej jest?

– Bardzo lubię rozmawiać z Mariuszem Piekarskim. On jest niby trochę szalony, ale ma bardzo ciekawe przemyślenia. Trafne wnioski. Z Czesiem Michniewiczem się świetnie rozmawia, z „Podoliną”...

Do kogo zadzwoni pan przed Słowacją?

– Do Lubomira Moravcika, byłego klubowego kolegi Piotrka Świerczewskiego. Myślę, że odezwę się do Libora Pali, Wernera Liczki... Może Janka Muchy? Wiecie: nie dzwonię do nich po to, żeby się dowiedzieć, gdzie gra Lobotka albo ile goli strzelił Duda. To sam sobie mogę znaleźć. Pytam raczej o to, co im się podoba, co nie, co by poprawili w sposobie rozegrania, gdzie jest luka... Każdy ogląda mecz i ma jakieś tam swoje przemyślenia, coś innego „uszczknie” dla siebie.

Marek Szkolnikowski, dyrektor TVP Sport, mówił w jednym z wywiadów, że mecze reprezentacji Polski to jest inna bajka, że tylko pan, Jacek Laskowski, Dariusz Szpakowski i Maciej Iwański „dźwignęlibyście” tę robotę. Zgadza się pan z tym?

– Trzeba unieść emocje. Żeby cię nie stłamsiły, żeby ci nie zabrały głosu. Żeby ta adrenalina była konstruktywna, żeby ci nie „odcięło” myślenia. Żebyś nie był przemotywowany. Ale trzeba też wiedzieć, że nie da się tego zrobić tylko „technicznie”, że to jest mecz nas wszystkich. Mecz, na który czeka twoja babcia, wujek, syn, koledzy ze szkoły... Musisz to tak zrobić i mówić takim językiem, żeby ich zarazić pasją, żeby zostali z tobą przez 90 minut, nawet jeśli „nasi” nie potrafią wymienić pięciu podań. Czy zgadzam się, że tylko ta czwórka? Na pewno jest to inna materia. Bo najpierw trzeba opanować te emocje w samym sobie, żeby odpowiednio je zbudować i „sprzedać”. Zgadzam się, że nie każdy może wypaść w tej roli wiarygodnie.

Smuda wraca na trenerską ławkę. Zaskakujący kierunek

Franciszek Smuda trenerem Wieczystej Kraków. Były selekcjoner reprezentacji Polski obejmie klub z okręgówki w lipcu. Na stanowisku zastąpi...

zobacz więcej

Coraz mniej ludzi, zwłaszcza młodych, wytrzymuje 90 minut.

– Wiem, sam mam 13-letniego syna, który co prawda zna wszystkie składy, interesuje się, śledzi, gra regularnie w FIFĘ, ale nie jest w stanie usiedzieć całego meczu. Za długo, za nudno.

Bierze pan pod uwagę, żeby zrobić jakiś ukłon w stronę młodszych widzów, jakoś dostosować się do ich potrzeb? Żeby obejrzeli mecz ze Słowacją i pomyśleli: o, fajna ta piłka nożna, będę oglądał częściej?

– Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, ale chyba jestem trochę za stary. No bo co mam powiedzieć, żeby przypodobać się jakiemuś 15–latkowi: że „to podanie było cool”? Nie zrobię tego. Natomiast nie ukrywam, że trwam w tej branży i komentowanie wciąż sprawia mi radość. Wciąż pojawiają się jakieś nowe wyzwania. Przy okazji cały czas szukam.

Czego?

– Siebie. Siebie w tym wszystkim, tożsamości, „złotego środka”, optymalnego sposobu wyrazu. Ktoś kiedyś zapytał śp. Kazimierza Górskiego, jak on znajduje tych wszystkich świetnych piłkarzy. A on odpowiedział w swoim stylu: trzeba szukać, kolego, trzeba szukać. Nie ma przecież w Polsce szkoły komentatorów. Co więcej, ci starsi nigdy nie chcieli dzielić się wiedzą.

Pan się dzieli?

– Miałem kiedyś przez rok zajęcia na Uniwersytecie Wrocławskim. Fajna sprawa, chciałbym kiedyś do tego wrócić. No i tam było sporo praktyki. Brałem tych chłopaków, sprawdzałem ich „w akcji”, szukałem jakichś perełek, podpowiadałem, pomagałem jak mogłem. Mam w ogóle takie marzenie, żeby „na stare lata” wypatrzyć jakiś diament i go szlifować. Żeby potem usiąść z wnukami przy kominku i powiedzieć, że „on jest ode mnie”. Albo żeby on powiedział, że Borek był jego mentorem, że go przygotował do zawodu.

Jest ktoś na oku?

– Obserwuję dwóch, trzech chłopaków, ale nie powiem kogo, żeby ich nie „popsuć”. Śledzę bacznie, rozglądam się.

Euro 2020. Jest decyzja w sprawie Milika

Napastnik Arkadiusz Milik nie wystąpi w rozpoczynających się w piątek piłkarskich mistrzostwach Europy – poinformował PZPN. Decyzja została podjęta...

zobacz więcej

Jest w panu coś z wychowawcy. Do komentowania też często nie brał pan tych „grzecznych”. Kowalczyk, Hajto...

– Jak się poważnie zastanowić, to bardziej od krytyki, nawet najostrzejszej, w tym zawodzie boli totalna anonimowość: gdy nikogo nie interesuje twoje zdanie i w nikim nie wzbudza emocji. Najważniejsza jest wyrazistość. Ja jestem wyrazisty i myślę, że dostrzegłem w Tomku czy Wojtku cząstkę siebie.

Zresztą zobaczcie, była taka reprezentacja Engela. Awans na mistrzostwa świata, wszystko się udawało, miłość Polaków, ale jak coś szło nie tak, to zawsze złość kibiców była skupiona na dwóch, trzech nazwiskach. Przecież nigdy nie obrywał Krzynówek, nie obrywał Arek Bąk: zawsze Hajto, zawsze Świerczewski. Najbardziej wyraziste postaci.

Kiedyś Piotrek przyjechał z Lechem do Warszawy. Ci sami ludzie, którzy tydzień temu klaskali dla niego, skandowali jego nazwisko, zaczęli wyzywać go od najgorszych. No bo z Lecha. To samo na Widzewie. Jadę z nim gdzieś i pytam: „Piotrek, ciebie to nie boli? Nie denerwuje? Przecież przed chwilą wszyscy byli po twojej stronie, a teraz śpiewają o tobie to i tamto”. On, zdziwiony, patrzy na mnie, pyta: „Czemu?”. No to tłumaczę, że przykro tak chyba, że niemiło się robi człowiekowi. A on do mnie: „Mati, no ale kogo oni mają wyzywać? Telichowskiego? Przecież oni nawet nie wiedzą, kto to jest!”.

Trochę to jednak tykające bomby.

– Czasem może tak, ale jak się nad tym wszystkim zapanuje, to wychodzi najlepszy turniej w historii polskiej telewizji.

Euro w Austrii i Szwajcarii?

– Tak myślę. Zobaczymy, jak będzie teraz, bo Marek zebrał fajną ekipę, ale wtedy to też był „powiew”. To studio na zewnątrz, ta grupa kumpli... Myśmy byli po prostu grupą dobrych kolegów i było wiadomo, że jak jedna ekipa siedzi i „robi” mecz, to reszta już jedzie do austriackiego Lidla, jeden kroi sałatkę, drugi rozpala grilla, trzeci nalewa wino i codziennie toczyły się tam długie, nocne Polaków rozmowy. To napędzało grupę, budowało jedność, ale też pomagało merytorycznie, bo jak sobie usiadło dwudziestu chłopa, podyskutowało, to każdy z tego wynosił coś potem do studia, jakieś przemyślenia.

Sousa odejdzie po Euro? „To nie są plotki”

Paulo Sousa ma ofertę objęcia Fenerbahce Stambuł. Czy to oznacza jego rozbrat z reprezentacją Polski? To niewykluczone. – Nie jest to plotka,...

zobacz więcej

Zbigniew Boniek powiedział niedawno na konferencji prasowej, że jest „zakochany” w obecnej reprezentacji. Też pan to czuje?

– Ja zawsze czuję miłość do kadry. Ale powiem o czymś innym: myślę, że Zbyszek podjął ze zmianą selekcjonera niezwykłe ryzyko. Ja jestem spokojny o tyle, że wiem, że on tego Sousę bardzo dokładnie sprawdził, że wszystko sobie z nim przegadał. To jest taki człowiek, który się posiłkuje bardzo wieloma opiniami. Jestem przekonany, że zanim zdecydował się na zatrudnienie Sousy, przepytał z dwadzieścia osób.

Brzęczka nie sprawdził?

– Brzęczek to był moim zdaniem taki entuzjazm „polskiego trenera” po Nawałce. Skoro się udało z Adamem, to weźmie Jurka, który jest sympatyczny, który jest pasjonatem tego, co robi i – przede wszystkim – który zagwarantował mu coś, czego nie był w stanie zagwarantować Nawałka: konsekwentną przebudowę reprezentacji. Adam przecież mógł zostać. Mógł zostać, ale nie był gotowy na to, żeby tym swoim „żołnierzom”, „oficerom”, z którymi wygrał dużo, ale też przegrał mundial, za moment podziękować.

Jest pan fanem zatrudnienia Sousy?

– Na razie czekam. Nie jestem ani krytyczny, ani nie cieszę się jakoś przesadnie. Mogę od razu powiedzieć, że nie jestem zadowolony po tych czterech meczach. O tym się nie mówi, bo jest entuzjazm związany z mistrzostwami Europy, ale – umówmy się – awans na mundial już nam się bardzo oddalił. Ja się bardzo obawiam, że nas zabraknie w Katarze.

Gdyby nam się na Euro nie powiodło, gdybyśmy nie wyszli z grupy, warto dać selekcjonerowi więcej czasu?

– Nie no, gdzie, jak? Gdybyśmy nie wyszli z tej grupy, nie zdobyli tych czterech punktów, które według moich obliczeń powinny dać awans, nie wyobrażam sobie, że trener zostaje. Nie ma szans. To po co był nam ten Sousa w takim razie? Zibi zaryzykował, ale on zawsze był graczem. Kocha ryzyko.

Skoro tak kocha ryzyko, to czemu wyrzucił Brzęczka w styczniu, a nie w listopadzie?

– Moim zdaniem wiedział już w okolicach meczu z Holandią, że chce zmienić, ale skoro wszyscy mówili „Zmień!”, to on nie zmieniał. Taki jest Zbyszek. Przygotował sobie operację, poczekał, podzwonił, coś tam opowiedział o „niepsuciu świąt” i dopiero potem nastąpiło bombardowanie.

Remis ze wskazaniem. Zmiennicy bez błysku z Rosją

Polacy w mocno rezerwowym składzie zremisowali we Wrocławiu z Rosją (1:1). Zmiennicy może spektakularnie nie zawiedli, ale też nie zachwycili. Sam...

zobacz więcej

Po co mu to ryzyko na koniec kadencji?

– Bo zaczął prezesurę od entuzjazmu. Zaczął z wysokiego pułapu i na tyle, na ile go znam, tak samo chciałby skończyć. Przecież przez pierwsze cztery lata zaufanie społeczne względem Bońka było ogromne. Same pochwały. Potem, jak nam nie wyszło w Rosji, to zaczęło się trochę sypać, krytyka, jakieś obozy, on też przestał wytrzymywać nerwowo, wdawał się w niepotrzebne dyskusje na Twitterze... Myślę, że przed tym, jak odda się pracy w UEFA, jak wróci do telewizji – bo słyszę, że od jesieni będzie obecny w polskich mediach – chciałby skończyć to co najmniej tak, jak zaczął.

On ma świadomość, że mógł nie wiadomo ile pieniędzy załatwić dla PZPN, nie wiadomo ilu sponsorów, ale na koniec i tak będzie oceniany przez pryzmat tego, jak wypadła reprezentacja. No i gdzieś tam uznał, po głębokich przemyśleniach, że jest minimalna szansa na to, żeby ten „happy end” zapewnił mu Jerzy Brzęczek. Taka była jego optyka.

Sousa to była najlepsza możliwa opcja?

– Tego nie wiem. Wiem tylko tyle, że przewijały się w mediach jakieś niesamowite nazwiska, a to byli w większości ludzie, dla których – delikatnie rzecz ujmując – praca w reprezentacji Polski nie jest spełnieniem marzeń. Zamiast, z całym szacunkiem, „budować” Puchacza na lewym wahadle, oni wolą wydać 5, 10 czy 20 milionów i sprowadzić sobie kogoś z jakiegoś niezłego klubu.

Co do Sousy: myślę, że zaważyły trzy sprawy. Pierwsza to to, z jaką łatwością przechodzi na kilka systemów taktycznych – to udowadniał właściwie wszędzie, w każdym klubie. Po drugie, wydaje się być bardzo dobrym trenerem na taki krótki okres. Zauważcie, że prawie zawsze u niego było tak samo: świetny początek, entuzjazm, a potem coraz gorzej. No ale pierwszy rok z nim chwalił sobie każdy piłkarz, a nam przecież właśnie tyle potrzeba. Trzecia rzecz: umie dotrzeć do zawodników, zbudować fajny klimat. Dyskusja o piłce, rozmowa. Widział wiele, przeżył wiele, ma ciekawe spostrzeżenia. Wszyscy są zachwyceni komunikacją i trzeba mu oddać, że potrafił zjednać grupę.

A były jakieś podziały?

– Zawsze są. Jest grupa „poznańska”, czyli ci wszyscy młodzi wywodzący się z Lecha, „Lewemu” zawsze najbliżej było do Wojtka Szczęsnego, do Grześka Krychowiaka, do nich dołączali czasami „Grosik” z Glikiem, ale oni też we dwóch chodzili własnymi ścieżkami zwykle. Kto tam jeszcze? „Piszczu”, „Fabian”, Kuba – wiadomo, do nich jacyś młodzi.

To też oczywiście nie było tak, że to były grupy czy podgrupy, które się zwalczały. Nie. Natomiast ktoś zauważył, że może dobrze byłoby wszystko robić razem; i Sousie udało się sprawić, że stali się jedną wielką rodziną. Chłopaki go chwalą. Opowiadają, że atmosfera jest lepsza niż kiedykolwiek – i ja nie sądzę, żeby to było czcze gadanie, bo skoro mówi to Wojtek Szczęsny, który zawsze mówi prawdę i zawsze mówi to, co myśli, to nie mam powodu, żeby sądzić, że coś jest nie tak.

Henryk Kasperczak: Nie wiem, dlaczego zwolniono Brzęczka

Według Henryka Kasperczaka, legendarnego piłkarza i utytułowanego trenera, Jerzy Brzęczek powinien poprowadzić reprezentację Polski w finałach...

zobacz więcej

Jak zagramy ze Słowacją?

– Nie sądzę, żebyśmy mieli grać dwoma napastnikami. Będziemy grać wszystko jednym i jak Robert będzie zdrowy, to będzie w każdym meczu od początku do końca. Nie zejdzie, to jest dla mnie oczywiste. Świerczok z Rosją pokazał, że w razie czego można na nim polegać. Myślę, że Sousa „odkrył” dla siebie do reprezentacji Kamila Piątkowskiego. On mnie w tym ostatnim meczu nie porwał, ale to jest gość, który będzie w tej kadrze na lata. Na lata. Popracuje parę miesięcy w Salzburgu i będzie myślał na boisku trzy razy szybciej. Pół roku, rok, dwa i będziemy mieli naprawdę świetnego środkowego obrońcę. Ja myślę, że on wyjdzie ze Słowacją w pierwszym składzie. Może nawet kosztem Jasia Bednarka, nie Glika. Zauważcie: można Glika różnie oceniać, on ma już swoje lata, ale przy nim reszta obrońców kadry gra 30 procent lepiej.

A czy przy Sousie lepiej będzie grał Piotr Zieliński?

– Na niego została niepotrzebnie nałożona presja, że on ma być liderem. Nie będzie liderem, nie nadaje się do tego, nie ma do tego charakteru. Skupmy się na tym, żeby grał w piłkę. A przecież gra dobrze, jak na polskie warunki to nawet bardzo dobrze.

Ale przecież tego właśnie ludzie oczekują: że będzie grał w piłkę. Nie ma się wydzierać na kolegów, ustawiać, przesuwać. Ma się w razie potrzeby cofnąć, spróbować minąć jednego, dwóch, podać, zrobić coś niekonwencjonalnego. A on się często chowa.

– A wy myślicie, że to jest takie łatwe, jak w meczu dotykasz piłkę kilkadziesiąt razy, bo tak przecież gra Napoli, a potem przyjeżdżasz na kadrę i jest albo „laga”, albo wszyscy siedzą i oczekują, że będziesz co akcję kiwał pięciu?

To niech przynajmniej próbuje. O to chyba większość kibiców ma największe pretensje.

– Jak on grał na „ósemce”, czyli na takiej pozycji, gdzie miał szansę otwierać akcje, to wyglądało to dobrze. A jak my go ustawialiśmy często jako drugiego napastnika, za „Lewym”... Wiecie, liczby w tym sezonie ma dobre. Świetne nawet. Ale to nie jest zawodnik, co szuka gola w każdej akcji. To nie jest ten typ. W tym się dobrze odnajduje Mateusz Klich i ta reprezentacja naprawdę wyglądała fajnie, gdy on był bardziej „dziesiątką”, a „Zielu” trzymał się bliżej środka, gdzie częściej dotykał piłki i mógł kreować grę. Tak myślę.

Jest pan jedną z niewielu osób, które przed meczem ze Słowacją nie owijają w bawełnę. Jest jasna deklaracja: jak nie wygramy, jak nie zdobędziemy trzech punktów, to możemy się pakować.

– Bo tak jest. Nie mamy czego szukać. Wiecie, ktoś może mi to potem wypomnieć, taka jest piłka, ale to – przynajmniej teoretycznie – zdecydowanie najsłabszy zespół w tej grupie. Są bez napastnika, bez kontuzjowanego Ivana Schranza, który strzelił dla nich parę goli, więc pewnie na „dziewiątce” zagra Ondrej Duda. Mają czterech–pięciu piłkarzy na poziomie europejskim, do tego człapiącego w lidze szwedzkiej Hamsika...

Żeby się nie okazało, że to będzie druga Korea. Albo Ekwador.

– Z tym Ekwadorem to oczekiwania wynikały bardziej z braku rozeznania. Pamiętam, że ukryłem się przed pierwszym meczem na stadionie w Gelsenkirchen gdzieś za krzesłem, żeby podejrzeć ich ostatni trening. Nie wierzyłem w to, co widzę. Wiecie, my tam pojechaliśmy bez formy, ze słabą kadrą, nic tam nie zagrało. Ale Ekwadorczycy na treningu biegali trzy razy szybciej od naszych! Wyglądali jak z innego świata.

Krychowiak, Lewandowski i Szczęsny - nierozłączni na zgrupowaniach kadry (fot. Getty Images)
Krychowiak, Lewandowski i Szczęsny - nierozłączni na zgrupowaniach kadry (fot. Getty Images)

Sześć turniejów w ostatnich latach, pięć razy nie wychodziliśmy z grupy. Nie ma wielkich powodów do optymizmu.

– No ale też nie bądźmy takimi minimalistami. Engel – rozumiem, pierwszy awans po 16 latach, sporo błędów, reklamy, konflikty, zły dobór bazy, bo trenowaliśmy w warunkach europejskich, a na meczu było jak w Malezji, no wiele rzeczy tam nie zagrało. Natomiast spójrzmy na takiego Leo Beenhakkera: ja miałem do niego naprawdę wiele uwag, zawaliliśmy awans na mundial, ale jak wrócicie do tamtej kadry, jak zobaczycie kim on miał grać w Austrii i Szwajcarii, to czego my oczekiwaliśmy? Przecież w porównaniu do tej obecnej, do tych klubów, w których nasi dziś grają, to te drużyny Janasa, Beenhakkera, to jest śmiech. Podniecaliśmy się, że ktoś gra w Austrii Wiedeń. Albo Energie Cottbus. Dziś przyjeżdża najlepszy piłkarz świata, bramkarz Juventusu, gwiazda Napoli... No musimy wymagać. Od kogo wymagać, jeśli nie od nich? Nie można przyjąć takiego założenia, że „o, Słowacja też ma swoje aspiracje, też mogą być groźni, to tylko piłka”. No nie. Mocne reprezentacje to w ogóle nawet nie myślą o fazie grupowej, tylko budują formę na dalszą fazę turnieju.

Jesteśmy reprezentacją, która zremisowała z Węgrami. Przegraliśmy z Anglią po słabej grze.

– To mnie, niestety, martwi. Ile było z Andorą? 3:0? I to był jedyny mecz, w którym my nie straciliśmy bramki. A jedziemy na turniej, duży turniej, gdzie trzeba przede wszystkim dobrze bronić.

Zaczęliśmy od Mateusza Borka, skończmy na Mateuszu Borku. Pytanie rodem z rozmów kwalifikacyjnych: gdzie pan widzi siebie za pięć lat?

– Przy mikrofonie. W studiu. Chciałbym robić to, co robię, rozwijać się. Być jeszcze lepszym.

Co można jeszcze poprawić?

– Chciałbym częściej rozmawiać z trenerami.

Po co? Żeby być jednocześnie komentatorem i ekspertem?

– Nie. Żeby więcej rozumieć. Więcej widzieć. Czytać grę.

To może jakiś kurs trenerski?

– Nie no, jak, przecież tam trzeba biegać (śmiech).

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej