SERWIS

Tokio 2020: wyniki, starty i medale

Lądowanie w Normandii. Polacy brali udział w największym desancie w historii

Lądowanie w Normandii było kluczowym momentem II wojny światowej (fot. Universal History Archive/Universal Images Group via Getty Images)
Lądowanie w Normandii było kluczowym momentem II wojny światowej (fot. Universal History Archive/Universal Images Group via Getty Images)

Tysiące żołnierzy, tony sprzętu wojskowego i miesiące planowania. 6 czerwca 1944 r. alianci wylądowali na plażach Normandii w północnej Francji, rozpoczynając największą operację desantową w historii. W tym decydującym momencie II wojny światowej nie zabrakło Polaków. O roli, jaką odegrało otwarcie drugiego frontu w Europie oraz sztuczkach, dzięki którym alianci przechytrzyli Niemców, opowiada w rozmowie z portalem tvp.info dr Adam Buława, historyk wojskowości z UKSW.

Dlaczego Hitler wypowiedział wojnę USA? [WYWIAD]

Co chcieli osiągnąć Japończycy, atakując 7 grudnia 1941 r. amerykańską bazę wojskową w Pearl Harbor? Jak przed nalotem wyglądały kontakty...

zobacz więcej

Adam Gaafar, portal tvp.info: Po niemieckim ataku na Związek Radziecki alianci zaczęli snuć koncepcje otwarcia drugiego frontu w Europie. Dlaczego było to dla nich tak ważne i jakie miejsca desantu brali pod uwagę?

Dr Adam Buława: W sierpniu 1943 r. w kanadyjskim Québecu odbyła się konferencja, na której alianci rozmawiali o rozpoczęciu w okupowanej Francji operacji o kryptonimie Overlord. Jej wstępną fazą miał być desant na plażach Normandii. Pierwotnie termin inwazji ustalono na 1 maja 1944 r.

Niedoszła koncepcja Churchilla


Zanim to nastąpiło, rozważano jeszcze inne pomysły. Część spośród tych rozwiązań pojawiła się w próbach zmistyfikowania rzeczywistego lądowania aliantów. Przez moment dyskutowano o planie premiera Wielkiej Brytania Winstona Churchilla, aby front ruszył z Bałkanów, konkretnie z Grecji. W tej koncepcji brano też pod uwagę Turcję.

Brytyjski premier, jak pamiętamy, uważał Bałkany za „miękkie podbrzusze Europy”. Jego zdaniem było to miejsce, z którego będzie najłatwiej się dostać do środka kontynentu. Koncepcja Churchilla wynikała poniekąd z faktu, że miał on złe doświadczenia, jeśli chodzi o lądowanie w innych miejscach.

Oczywiście możemy sobie wyobrazić, co by się stało od strony geopolitycznej, gdyby ta koncepcja weszła w życie. Mówimy tutaj trochę o historii alternatywnej, w której Anglosasi wyzwalają Europę Południową oraz wschodnią i środkową część kontynentu.

Louis Curdes. Amerykański bohater, który... zestrzelił amerykański samolot

Amerykański pilot Louis Curdes legendą stał się już za życia. W czasie II wojny światowej udało mu się zestrzelić samoloty wszystkich głównych...

zobacz więcej

Co wpłynęło na wybór koncepcji o lądowaniu w Normandii?

Powodów było kilka. Jeden z najważniejszych to odpowiednie ukształtowanie terenu, które pozwala na lądowanie pojazdów i barek z żołnierzami. Istotne było także to, że plaże Normandii były przejezdne dla czołgów. Oprócz tego wzięto pod uwagę zasięg samolotów, które miały swoje lądowiska na południu Wysp Brytyjskich.

Nieudany desant


Niespełna dwa lata przed lądowaniem w Normandii alianci przeprowadzili desant na francuskim wybrzeżu, znany jako rajd na Dieppe. Jakie wnioski z tamtej operacji wyciągnęło dowództwo sprzymierzonych?

Józef Stalin ciągle naciskał na aliantów zachodnich, aby jak najszybciej otworzyli drugi front. W konsekwencji podjęto decyzję o przeprowadzeniu w sierpniu 1942 r. wspomnianego przez pana rajdu na Dieppe. Należy przy tym wspomnieć, że do tej koncepcji był bardzo zapalony prezydent USA Franklin Delano Roosevelt.

Bardziej sceptycznie podchodził do tego brytyjski premier, który uważał, że jest jeszcze za wcześnie na tego typu akcję. W tym czasie brakowało sprzętu desantowego, a na Atlantyku działały niemieckie okręty podwodne. Alianci stwierdzili ostatecznie, że desant zostanie przeprowadzony, ale w bardzo ograniczonej skali. Z perspektywy brytyjskiej miała być to akcja, która potwierdzi sceptyczne nastawienie Churchilla.
Alianci próbowali zmylić Niemców, co do faktycznego miejsca lądowania (fot. Keystone/Getty Images)
Alianci próbowali zmylić Niemców, co do faktycznego miejsca lądowania (fot. Keystone/Getty Images)

Hitler podbija USA. Plany inwazji III Rzeszy i Japonii

Chociaż przebieg II wojny światowej pokazał, że ogromny potencjał militarny USA był poza jakimkolwiek zasięgiem Niemiec i Japonii, Amerykanie...

zobacz więcej

Z jednej strony miał być to gest w stronę Sowietów, a z drugiej chodziło o pokazanie Amerykanom, że się mylą. Rajd na Dieppe stanowił przy okazji swego rodzaju rozpoznanie. Pozwolił wypróbować pewne techniki desantowe oraz sprawdzić jak dużą przeszkodę stanowi Wał Atlantycki (system niemieckich umocnień wzdłuż zachodnich wybrzeży okupowanej Europy – red.).

Rajd na Dieppe zakończył się dla aliantów klęską: nie tylko jeśli chodzi o sam desant, ale także pod względem działań w powietrzu. Pozwolił za to oczywiście na wysunięcie odpowiednich wniosków, które można było wykorzystać prawie dwa lata później.

Alianci przekonali się, co jest niezbędne przy przeprowadzaniu tego typu operacji. Były to przede wszystkim przewaga w powietrzu oraz zniszczenie lub przynajmniej naruszenie nieprzyjacielskich umocnień i stanowisk ogniowych przed przystąpieniem do pierwszego lądowania.

Wysnuto wizję, aby stworzyć odrębne formacje przygotowane do takich operacji. Wniosek był też taki, że wbrew pozorom trudnością jest nie tyle wyrzucenie oddziałów desantowych, ile utrzymanie przyczółka. Ustalono ponadto, że dobrze byłoby mieć przy takiej inwazji jednostki z silną artylerią oraz że ważna jest kwestia łączności.

Wielka operacja dezinformacyjna


Alianci próbowali zmylić przeciwnika, co do rzeczywistego miejsca i daty ataku. Dlaczego utrzymanie tych informacji w tajemnicy było tak istotne?

Podstawową kwestią było to, że oddziały Trzeciej Rzeszy stacjonujące na terenie okupowanej Francji były rozproszone. Chodziło więc o to, żeby jednostki przeciwnika nie uległy koncentracji. Alianci chcieli w ten sposób uniknąć zagrożenia, jakim byłoby zepchnięcie ich ogromnej armady desantowej.

Najlepsi z najlepszych. Historyk: Cichociemni byli elitą Polski Walczącej [WIDEO]

W nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. dokonano pierwszego zrzutu elitarnych żołnierzy armii podziemnej – słynnych cichociemnych – na teren okupowanej...

zobacz więcej

W jaki sposób sprzymierzeni starali się oszukać Niemców?

Opracowali w tym celu gigantyczną operację dezinformacyjną o nazwie „Bodyguard” (ang. „Ochroniarz” – red.). Pozorowali na przykład przygotowania do uderzenia na Grecję, Albanię oraz w głąb Bałkanów.

Fałszywy desant w rejonie Morza Śródziemnego był jedną z wielu podakcji tej wielkiej strategii dezinformacyjnej. Inną była operacja „Fortitude” (ang. „Hart ducha” – red.), która miała przekonać Niemców, że lądowanie nastąpi w Norwegii lub w innym niż Normandia regionie Francji. Uderzenie północne przez Skandynawię było dość oryginalnym pomysłem – alianci starali się zmylić przeciwnika, że dostaną się do Niemiec prosto ze Szwecji.

Działania aliantów były posunięte do tego stopnia, że radiostacje przekazywały sobie nawzajem informacje o przygotowaniach w obszarach, gdzie panują niskie temperatury. Drugim elementem operacji „Fortitude” było oszukanie przeciwnika, że główne uderzenie nastąpi tak naprawdę w miejscu największego zwężenia kanału La Manche, we francuskim regionie Pas-de-Calais.

Warto dodać, że pojawiły się tutaj polskie wątki. Alianci wykorzystali m.in. fakt złamania przez naszych deszyfrantów kodu niemieckiej maszyny Enigma. Zaangażowali też podwójnych agentów, wśród których znalazł się jeden Polak – Roman Czerniawski.

W desancie wzięły udział tysiące żołnierzy (fot. Roger Viollet via Getty Images)
W desancie wzięły udział tysiące żołnierzy (fot. Roger Viollet via Getty Images)

Gumowe czołgi i pijani aktorzy


Jednym z ciekawszych wątków omawianej operacji dezinformacyjnej był udział amerykańskich filmowców i specjalistów od efektów specjalnych. Na czym polegała ich rola?

Ich zadanie polegało na uwiarygodnieniu lądowania w okolicach Pas-de-Calais. Powołano w tym celu specjalną jednostkę, składającą się m.in. z makiet gumowych czołgów. Na czele tej formacji stanął sam gen. George Patton.

Oprócz gumowych czołgów Amerykanie zbudowali fałszywe porty, lotniska, samoloty i obozy wojskowe, które rozlokowano w brytyjskim Dover. Dodatkowo stworzono rzekome ślady tych pojazdów oraz puszczano nagrane dźwięki, które miały naśladować przejazdy wozów bojowych i ciężarówek, a nawet maszerujących żołnierzy.

Co więcej, służący w tej formacji aktorzy wcielali się w pijanych oficerów, którzy odurzeni alkoholem ujawniali w barach ściśle tajne informacje. Przekazywane przez nich dane – oczywiście niemające związku z rzeczywistymi planami aliantów –docierały do niemieckiego wywiadu.

Mistyfikacja opierała się na jeszcze jednym elemencie składowym: alianci próbowali wmówić Niemcom, że siłami desantowymi będzie dowodził brytyjski gen. Bernard Law Montgomery. Jak wiemy, w rzeczywistości odpowiadał za to amerykański gen. Dwight Eisenhower. Ponieważ suflowano wiedzę o Motgomerym, to – aby znów uwiarygodnić fałszywą informację i zmylić przeciwnika – kolportowano wieść, że wojskowy ten będzie znajdował się poza Europą.

Zaangażowano nawet australijskiego aktora, który był podobny do brytyjskiego generała. Wcielił się on w rolę Montgomerego, a jego poczynania były obserwowane przez niemieckich agentów.

Zanim upadła Polska, wielu Amerykanów chciało wojny z Niemcami

42 proc. Amerykanów uważało, że Stany Zjednoczone powinny wypowiedzieć wojnę Niemcom i wysłać swoje wojska do Europy, jeśli w perspektywie...

zobacz więcej

Czy dezinformacyjne działania aliantów odniosły oczekiwany przez nich skutek?

Jak najbardziej. Niemcy rzeczywiście uwierzyli, że miejscem bezpośredniego uderzenia będzie właśnie Pas-de-Calais. Większość spośród 58 niemieckich dywizji stacjonujących we Francji skierowano na północny wschód od Paryża. W Normandii pozostały w konsekwencji bardzo niewielkie siły.

To co zrobili alianci zachodni może więc budzić niekłamany podziw i szacunek, gdyż dzięki tej operacji dezinformacyjnej uratowali mnóstwo ludzkich istnień. Gdyby nie podjęto tych działań, to nie wiadomo, czy desant w Normandii zakończyłby się sukcesem.

Lądowanie w Normandii - dzień próby


Jak wyglądał dzień desantu?

Oblicza się, że sama liczba jednostek pływających, które wzięły udział w operacji, wynosiła 7 tysięcy. Na pięciu normandzkich plażach wylądowało ponad 130 tys. żołnierzy amerykańskich, brytyjskich i kanadyjskich. Wspierały ich dywizje pancerne w liczbie 19 tys. czołgów. Lądowanie było poprzedzone desantem 24 tys. spadochroniarzy.

Ponieważ większość sił niemieckich wyznaczonych do obrony było skoncentrowanych 150 km od miejsca inwazji aliantów, na wybrzeżu znajdowało się 10 tys. żołnierzy nieprzyjaciela. Należy zwrócić uwagę, że straty sprzymierzonych podczas D-Day wyniosły 12 tys. ludzi. Możemy sobie zatem wyobrazić, że bez poprzedzenia tej akcji działaniami dezinformacyjnymi, straty te mogłyby być wielokrotnie większe.

Operacja Overlord - udział Polaków


Podczas lądowania w Normandii nie zabrakło również Polaków.

Ich udział w operacji był związany z działaniami na morzu i w powietrzu. Żołnierze alianccy zostali wsparci przez krążownik „Dragon”, pojawiły się też niszczyciele „Błyskawica” i „Piorun” oraz dwa mniejsze niszczyciele eskortowe „Krakowiak” i „Ślązak”.

Bitwa o Iwo Jimę, piekło na japońskiej ziemi. Czy dlatego Amerykanie zrzucili atom?

23 lutego 1945 r. miało miejsce symboliczne zatknięcie amerykańskiej flagi na górze Suribachi. Zdjęcie z tego wydarzenia, wykonane podczas walk na...

zobacz więcej

Bezpośrednie wsparcie zostało zapewnione przez „Dragona” i te dwa niszczyciele eskortowe, które osłaniały wojska desantowe oraz ostrzeliwały obronę lądową. Warto powiedzieć, że „Ślązak” płynął w zespole eskortowym, który prowadził flotę inwazyjną. Jeśli chodzi o rolę „Błyskawicy” i „Pioruna”, to miały one posłużyć – wraz z innymi siłami alianckimi – do odparcia kontrataku Kriegsmarine, do którego jednak ostatecznie nie doszło.

Nie można również nie wspomnieć o polskiej flocie transportowej, czyli wielkich liniowcach, znanych z opisów w dwudziestoleciu międzywojennym. Statki „Batory” i „Sobieski” przekazywały żołnierzy na jednostki desantowe. Małe polskie transportowce przewoziły natomiast zapasy dla wojsk. Był też statek noszący przed wojną nazwę „Wilia”, stanowiący podczas desantu element falochronu sztucznego portu.

Podczas operacji nie zabrakło również naszych pilotów. Polacy służyli w trzech dywizjonach bombowych oraz sześciu dywizjonach myśliwskich. Realizowali oni dwa podstawowe zadania, które polegały na przeciwdziałaniu uderzeniom Luftwaffe w trakcie lądowania oraz na odpieraniu jednostek lądowych.

Epopeja polskich żołnierzy nie zakończyła się wraz z desantem we Francji – nasi rodacy uczestniczyli również w dalszych fazach Operacji Overlord. Swój wkład mieli tutaj chociażby słynni pancerniacy gen. Stanisława Maczka.

Wchodzimy już tutaj oczywiście w okres późniejszy, ponieważ polskie wojska lądowe w pierwszej fazie operacji udziału nie brały. 1 Dywizja Pancerna gen. Maczka trafiła na teren walk normandzkich pod koniec lipca. Był już tutaj przyczółek, w związku z czym pancerniacy mogli swobodnie prowadzić swoje operacje manewrowe.

W dalszej perspektywie, w sierpniu 1944 r., użyte zostały polskie brygady spadochronowe. Można zatem powiedzieć, że polskie jednostki lądowe zostały wykorzystane dopiero w dalszych fazach, kiedy alianci umocnili się już na kontynencie.

Co Niemcy sądzili o reparacjach tuż po wojnie? Alianci przeprowadzili ankiety

Na początku 1947 r. większość Niemców z amerykańskiej strefy okupacyjnej było zdania, że nałożone na ich kraj reparacje będą wyższe od tych, do...

zobacz więcej

Znaczenie operacji


Jaką rolę w pańskiej ocenie odegrała podczas II wojny światowej Operacja Overlord?

Z pewnością pozwoliła ona odciążyć żołnierzy Armii Czerwonej i przyspieszyła postępy aliantów na kontynencie. Niemcy i ich sojusznicy byli atakowani z wielu stron, przez co ich siły pozostawały w rozproszeniu.

Czy jesteśmy w stanie oszacować, o ile otwarcie drugiego frontu przyspieszyło zakończenie wojny w Europie?

Wydaje się, że te walki na froncie wschodnim przeciągnęłyby się i trwały o wiele dłużej. Można przywołać tutaj przypadek Japonii, w stosunku do której Amerykanie opracowali już konkretne szacunki – założyli mianowicie, że jeśli nie zrzucą bomb atomowych, to walki na Pacyfiku mogą przeciągnąć się nawet do 1946 r.

Musimy pamiętać, że te wszystkie dotychczasowe fronty były do tej pory bardzo istotne. Po lądowaniu w Normandii nie odgrywały już jednak tak ważnej roli. Mówimy tutaj zarówno o strategicznym teatrze wschodnim, jaki i froncie we Włoszech, gdzie te walki się ślimaczyły.

Trudno oczywiście stwierdzić dokładnie, o ile przedłużyłaby się wojna, gdyby alianci zachodni nie zdecydowali się na otwarcie drugiego frontu lub gdyby ta operacja zakończyła się klęską. Znów poruszamy się tutaj w sferze historii alternatywnej, ale wydaje mi się, że byłoby to kilka miesięcy, jeśli nie dłużej. Warto przy tym zauważyć, że sami alianci zachodni liczyli na szybkie połączenie swoich wojsk z oddziałami sowieckimi, zakładając przy tym, że walki na kontynencie mogą zakończyć się nawet jeszcze w 1944 r.

źródło:
Zobacz więcej