RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Premier Szkocji o referendum niepodległościowym: To nie kwestia „czy”, lecz „kiedy”

„Nowe referendum nie jest kwestią »czy«, lecz »kiedy«” (fot.  Jeff J Mitchell/Getty Images)
„Nowe referendum nie jest kwestią »czy«, lecz »kiedy«” (fot. Jeff J Mitchell/Getty Images)

Nowe referendum niepodległościowe w Szkocji nie jest kwestią „czy”, lecz „kiedy” – oświadczyła szefowa szkockiego rządu Nicola Sturgeon po ogłoszeniu wyników do tamtejszego parlamentu. Ale nawet zapowiadany przez nią termin plebiscytu – do końca 2023 r. – jest niepewny.

Boris Johnson zaprasza przywódców Szkocji, Walii i Irlandii Płn. na wspólny szczyt

Brytyjski premier Boris Johnson zaprosił w sobotę wieczorem szefów rządów Szkocji, Walii i Irlandii Północnej na szczyt poświęcony temu, jak „team...

zobacz więcej

Kierowana przez nią Szkocka Partia Narodowa (SNP) w zeszłotygodniowych wyborach odniosła czwarte kolejne zwycięstwo, ale zabrakło jej jednego mandatu do uzyskania bezwzględnej większości (której nie miała także w poprzedniej kadencji). Sturgeon wskazuje, że wyniki wyborów są jasnym mandatem społecznym do przeprowadzenia nowego referendum, bo partie popierające niepodległość mają wyraźną większość w 129-osobowym parlamencie Szkocji.

„Podzielona na pół w kwestii konstytucyjnej”


Łączna liczba deputowanych SNP (64) i Szkockich Zielonych (8) faktycznie jest wyższa niż kiedykolwiek wcześniej, co jednak nie oznacza, że odsetek zwolenników niepodległości jest równie wysoki. Jak zwraca uwagę John Curtice z Uniwersytetu Strathclyde, najbardziej znany brytyjski ekspert wyborczy, SNP i Szkoccy Zieloni otrzymały 49 proc. głosów oddanych w okręgach, zaś w głosowaniu na listy partyjne w regionach obie te partie oraz mniejsze ugrupowania opowiadające się za niepodległością dostały niecałe 51 proc. głosów. – Prawdę mówiąc, jedynym bezpiecznym wnioskiem, jaki można wyciągnąć z tych wyników, jest to, że Szkocja jest faktycznie podzielona na pół w kwestii konstytucyjnej (tj. niepodległości - red.) – mówi.

CZYTAJ TAKŻE: Premier Szkocji ostrzega Borisa Johnsona: Referendum ws. niepodległości kwestią czasu

Potwierdzeniem tego są także sondaże w kwestii niepodległości – po wyraźnej przewadze, jaką przez większość zeszłego roku mieli jej zwolennicy, na początku tego roku opinie się wyrównały, a ostatnio nawet lekką przewagę mają jej przeciwnicy. Jednak różnice są na tyle niewielkie, że gdyby referendum miało się odbyć niedługo, jego wynik byłby trudny do przewidzenia.

Wybory w Szkocji. Separatyści blisko bezwzględnej większości

Rządząca Szkocka Partia Narodowa (SNP) pierwszej minister Szkocji Nicoli Sturgeon wygrała czwartkowe wybory do lokalnego parlamentu, ale do...

zobacz więcej

Ta zmiana sondażowa jest powodem, dla którego SNP zaczęła odsuwać termin hipotetycznego referendum. O ile jakiś czas temu była mowa o pierwszym roku nowej kadencji parlamentu, a później – o pierwszej połowie, to ostatnio Sturgeon zapowiada, że powinno się ono odbyć po zakończeniu pandemii COVID-19. Niechęć SNP do przeprowadzenia referendum bez dużego prawdopodobieństwa wygranej jest zresztą zrozumiała. Już pierwszy plebiscyt - z 2014 r. – miał być jedynym w obecnym pokoleniu, ale choć można przyjąć argument, że brexit zmienił sytuację na tyle, że uzasadnia to nowe głosowanie, to jeśli zwolennicy niepodległości przegraliby ponownie, na pewno zamknęłoby to temat na kilka dekad.

Szkocki rząd już pod koniec poprzedniej kadencji parlamentu złożył projekt ustawy, która ma być podstawą prawną do przeprowadzenia nowego referendum, jednak formalnie i faktycznie nie może się ono odbyć bez zgody rządu w Londynie. Zgodnie z ustawą o Szkocji z 1998 r., na mocy której przywrócono szkocki parlament i która precyzuje, co znajduje się w kompetencji władz szkockich, a co brytyjskich, wszelkie kwestie ustrojowe Zjednoczonego Królestwa są wyłączną domeną brytyjskiego parlamentu. To na podstawie tej ustawy rząd Davida Camerona wyraził zgodę na przeprowadzenie referendum w Szkocji w 2014 r.

Rozstrzygnięcie kwestii niepodległości


Rząd szkocki zapowiada, że jeśli Johnson nadal będzie odmawiał Szkotom demokratycznego prawa do decydowania o własnej przyszłości, spróbuje na drodze sądowej uzyskać prawo do przeprowadzenia referendum.
To jednak jest droga długa – i zdaniem ekspertów mająca niewielkie szanse powodzenia.

Konserwatyści Borisa Johnsona zwiększają przewagę nad opozycją

Gdyby wybory do brytyjskiej Izby Gmin odbyły się teraz, rządząca Partia Konserwatywna zwiększyłaby przewagę nad opozycją z 80 mandatów do 122 –...

zobacz więcej

„Rząd szkocki zapowiedział, że wniesie projekt ustawy o referendum i zaskarży rząd brytyjski do sądu najwyższego. Jeśli tak się stanie, sąd prawdopodobnie ją odrzuci, ponieważ ustawa o Szkocji wyraźnie stanowi, że unia między Szkocją a Anglią jest sprawą zastrzeżoną dla Westminsteru” – wskazał na łamach dziennika „The Guardian” Michael Keating, profesor nauk politycznych z Uniwersytetu w Aberdeen.

Odmówienie zgody na referendum


Zatem teoretycznie Johnson mógłby zgodnie z prawem konsekwentnie odmawiać zgody na referendum i SNP nie mogłaby nic z tym zrobić. Zwłaszcza że Sturgeon jasno mówi, iż przeprowadzenie nieautoryzowanego referendum – jak to zrobiły w 2017 r. władze Katalonii – nie wchodzi w grę, bo Szkocja nie została uznana na arenie międzynarodowej.

CZYTAJ TAKŻE: Johnson zarzuca Szkockiej Partii Narodowej „obsesję”

Poza literą prawa są jednak jeszcze polityczne realia. Johnson nie może ograniczać się do niewyrażania zgody, bo Sturgeon będzie na każdym kroku punktowała, że sprzeciwia się on demokracji. A biorąc pod uwagę, że Johnson w Szkocji jest bardzo niepopularny, w konsekwencji doprowadzi to do wzrostu poparcia dla niepodległości, być może nawet takiego, że nie będzie to już do odwrócenia.

źródło:

Zobacz więcej