RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Tajemnice kokpitu. „Piloci nie są ulepieni z jakiejś innej gliny”

Wśród pilotów przeważają ludzie z pasją (fot. Pexels)
Wśród pilotów przeważają ludzie z pasją (fot. Pexels)

Co dzieje się za zamkniętymi drzwiami kabiny pilotów? Jak pandemia COVID-19 wpłynęła na branżę lotniczą? – Piloci często porównują swoją pracę do pracy w biurze, w korporacji, bo zwykle ogranicza się do wciskania guzików, niewiele jest tam prawdziwego latania. Ale to są ludzie z pasją, choć niektórzy przez pandemię teraz na przykład rozwożą pizzę – opowiada portalowi tvp.info Jan Pelczar, autor książki „Lecę. Piloci mi to powiedzieli” (Wydawnictwo Czarne, 2021).

Pilot wyszedł bez szwanku z katastrofy. Przetrwał 36 dni w lesie w Amazonii

Brazylijski pilot Antonio Sena przeżył 36 dni w amazońskim lesie po katastrofie samolotu. Żywił się owocami, podpatrując, co jadły małpy, i...

zobacz więcej

Dlaczego akurat piloci?
Reporterka Agata Romaniuk, bank pomysłów, zaproponowała temat – co dzieje się za zamkniętymi drzwiami kabiny pilotów. Pomyślałem, że to oczywiste i zostało opisane na tysiąc sposobów. Było inaczej, przekonałem się jak niełatwo tę wiedzę wyciągnąć. Po publikacji reportażu zgłosiły się różne wydawnictwa z propozycją napisania książki. Pomyślałem, że skoro jest takie zainteresowanie, to może to właściwy moment. Wybrałem Wydawnictwo Czarne, ale pojawiły się turbulencje...

Przejąłeś już język pilotów?
Trochę. Były problemy, żeby dotrzeć do pilotów i pozbierać materiały. Co innego reportaż oparty na kilkunastu osobach, co innego zebrać materiały na całą książkę. Bo też piloci nie bardzo chcą gadać.

A ja myślałem, że jako ludzie pasji wprost przeciwnie. Byłem na ślubie jednego. On – pilot, świadek – pilot, spinki do mankietów – małe samoloty, cały czas trajkotali o lataniu, samolotach i lotniskach.
To się nie wyklucza. We własnym gronie czy na spotkaniach towarzyskich, opowiadają, ale co innego rozmawiać ze znajomymi i w nieformalnych sytuacjach, a co innego rozmawiać z dziennikarzem i mieć świadomość, że to zostanie upublicznione. Pojawił się wymóg anonimizacji, ponieważ to, o czym opowiadali moi rozmówcy, było złamaniem zapisów w ich umowach. Po drugie, dotarcie do pilotów przez linie lotnicze i rzeczników trochę mija się z celem, bo wszystko jest obwarowane masą zastrzeżeń i autoryzacją, ale nie przez pilota, a rzecznika.

Boją się, wiedzą, że to, co się dzieje w kokpitach i biurach nie jest różowe jak lukier na torcie u cioci na imieninach. Panuje powszechna opinia, że polscy piloci należą do światowej czołówki. Jeden z byłych prezydentów powiedział, że polski pilot jest tak dobry, że poleciałby na drzwiach od stodoły. Zaprawdę tak jest? Światowa czołówka?
Cieszą się prestiżem, wychodzi nasza polska smykałka do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Polscy piloci wygrywają nagrody na zawodach w akrobacji, w szybownictwie czy lataniu precyzyjnym, są gwiazdami pokazów lotniczych. Niektórzy z nich są nieraz zatrudnieni w zwykłych liniach lotniczych i robią to wszystko w czasie wolnym, bo wiadomo, że z samych nagród z zawodów czy pokazów nie zdołaliby się utrzymać.

Co prześladuje samoloty? Klasyfikacja: UFO

Macie tu jakieś obiekty? Coś nad nami przeleciało, jakiś długi cylindryczny obiekt. Poruszał się bardzo szybko – mówi pilot samolotu pasażerskiego...

zobacz więcej

Zawsze mieliśmy gwiazdy światowego formatu w tej dziedzinie.
Jak byłem dzieckiem i codziennie czytałem prasę sportową od deski do deski, zawsze były informacje o dwóch zdawałoby się egzotycznych sportach. To było motorowodniactwo i Waldemar Marszałek oraz lotnictwo i Janusz Darocha, i zawsze było złoto. W lataniu precyzyjnym, szybownictwie jak Sebastian Kawa, czy w akrobacjach uwielbianego przez tłumy na pokazach Artura Kielaka mamy rodaków, którzy potrafią latać do góry kołami tuż nad ziemią i są w ścisłej światowej czołówce.

Można gdzieś umiejscowić w czasie początek tego fenomenu? Może bitwa o Anglię i wirtuozerskie zmagania polskich pilotów? Witold Urbanowicz czy Jan Zumbach zapisali się w historii II wojny światowej. Brytyjczycy nie dowierzali, co Polacy wyczyniali w starciach z Niemcami. Wtedy rodziła się ta nasza tradycja?
Też, ale początki zjawiska można umiejscowić jeszcze wcześniej. Byli przecież Żwirko i Wigura, historia lotnictwa w Polsce sięga początków lotnictwa w ogóle. To nie jest dziedzina, w której goniliśmy świat, od samego początku byliśmy blisko i robiliśmy coś ekstra. Dlaczego? Jeden z moich rozmówców w książce opowiada, dlaczego Polacy byli takimi bohaterami podczas bitwy o Anglię, zaś sam Dywizjon 303 tak zmienił losy historii. Otóż polscy piloci nie przestrzegali procedur, byli podniebnymi ułanami i przeciwnik nie spodziewał się, że na takim pułapie, w takich warunkach, w tak bliskim kontakcie ktoś zaatakuje. Niemieccy piloci też byli świetnie wyszkoleni, ale stosowali się do procedur, zasad bezpieczeństwa, latali bez zbędnego ryzyka. Polscy piloci mieli ułańską fantazję i dzięki temu zdobywali przewagę nad przeciwnikiem, byli w stanie zejść z samolotem niżej, niż fabryka przewidywała. To obok talentu i determinacji było jednym ze źródeł ich sukcesów.

Skuteczność Manfreda von Richthofena brała się z procedur i ścisłego trzymania się sztywnych zasad. „Celuj w pilota, a jeśli walczysz z samolotem dwumiejscowym – najpierw zabij strzelca pokładowego, wówczas nie będzie ci przeszkadzał w celowaniu w pilota”. Żadnej zbędnej wirtuozerii.
Polacy nie tylko byli honorowi, ale mieli fantazję i potrafili ryzykować, szarżować i za wszelką cenę zrealizować cel swojej misji, choćby musieli za to zapłacić najwyższą cenę.

Jest konkretna dynamika dotycząca poszczególnych grup zawodowych – policjantów, sędziów, dziennikarzy, lekarzy. Jak jest w przypadku pilotów? To zamknięty krąg?
Zamknięty jest w tym sensie, że piloci niechętnie upubliczniają swoje sprawy. Mają swoją solidarność, w ramach której o pewnych rzeczach się nie mówi i rozwiązuje pewne rzeczy we własnym gronie. Z drugiej strony potrafią sprawiać wrażenie przebojowych, pewnych siebie, opowiadać bliskim i znajomym o swojej pracy, są to przecież w większości osoby, które łączą pracę zawodową z pasją. To jest coś, co wyróżnia tę grupę i sprawia, że ma wyjątkową dynamikę objawiającą się choćby w ogromnym entuzjazmie. Faktycznie, trzeba mieć entuzjazm, żeby wstawać o 3 czy 4 rano, żeby lecieć gdzieś na inny kontynent. Gdy to się zdarza sporadycznie, można wytrzymać, ale gdy dzieje się tak codziennie, to już może być to pewne obciążenie.

Zdobycie licencji pilota jest czasochłonne, pracochłonne i kosztowne (fot. Pexels)
Zdobycie licencji pilota jest czasochłonne, pracochłonne i kosztowne (fot. Pexels)

„Latająca śmierć” – bohater Września, ofiara komunistów

Podstępny atak nazistowskich Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku był zderzeniem dwóch światów. Zbrodniczej ideologii z honorem, państwa...

zobacz więcej

Nikt się chyba nie bierze za latanie z nudów, bo to przecież choćby ciężkie i drogie kursy, trudne egzaminy, potem wymagająca praca.
Zdarzają się takie przypadki. Piloci opowiadali mi o kolegach z pracy, którzy na przykład realizują marzenia swoich ojców albo zdecydowali się na ten zawód ze względu na jego atrakcyjność, prestiż czy niemałe zarobki. Pasja czasem przegrywa z trudną sytuacją, taką jaka choćby jest teraz w dobie pandemii koronawirusa, gdy są zwolnienia, cięcia i niepewna przyszłość. Zdecydowana większość to ci, którzy czerpią radość ze swojej pracy. Postawili wszystko na jedną kartę i nierzadko zadłużyli się mocno, żeby zdobyć wszystkie uprawnienia i licencje oraz udało im się przejść przez trudne selekcyjne sito polskich szkół państwowych. Coraz częściej zdarzają się też tacy, którzy tak realizują swoje marzenie, że ustabilizowali życie prywatne i koło 40-tki mogą sobie pozwolić na dwa lata przerwy w zarabianiu, wydać spore pieniądze, wyszkolić się i wtedy robią licencję.

Piloci od dziecka patrzą w niebo, zachwycają się ptakami, samolotami i potem prą do celu czy po jakimś czasie rodzi się pasja i biorą się za pilotaż?
Z reguły ta pasja siedzi w nich od początku, od dziecka sklejali modele, jeździli na pokazy, jak tylko było można, dostawali się do klubów, latali na szybowcach. Często się również pasja bierze z przypadku i rodzi się w późniejszym życiu. Zdarza się, że jakaś konkretna sytuacja o tym decyduje, to może być zetknięcie z jakimś samolotem na pokazach, przyszły pilot dostaje w prezencie lot pokazowy albo skacze ze spadochronem i wtedy zaraża się tym bakcylem.

Marzenia zderzają się z rzeczywistością czy jej dorównują?
Raczej dorównują. Piszę o pilotach samolotów pasażerskich, oni często porównują swoją pracę do pracy w biurze, w korporacji, bo zwykle ogranicza się do wciskania guzików, niewiele jest tam prawdziwego latania, ale nawet oni bardzo cenią sobie to co robią. Może oprócz niekomfortowego miejsca pracy, bo tak naprawdę w kabinie jest ciasno, głośno i strasznie trzęsie, mimo to lubią to swoje miejsce pracy. Jeśli mogą sobie na to pozwolić, a w wielu przypadkach mogą, także po pracy zajmują się lataniem. Jeden z moich rozmówców mówi, że on jest jak taki listonosz, który wraca z pracy i idzie na spacer – ląduje w piątek, ma w perspektywie wolny weekend, więc w sobotę rano jedzie do aeroklubu i lata jakimiś małymi samolotami. Zresztą to są właśnie samoloty, na których piloci mogą sobie tak naprawdę poćwiczyć, bo mają większy kontakt ze sterami, mogą zrobić coś więcej niż tylko wciskać guziki. To też potwierdza, że ta pasja jest tutaj obecna i bardzo istotna.

Przewagę liczebną mają mężczyźni, jak myśli się o pilocie to widzi się mężczyznę w garniturze z naszywkami i czapce. Kobiet jest mniej. Jak one radzą sobie jako pilotki? Też łapią taką zajawkę?
Zdecydowanie. Pokutuje jedynie kwestia, że w przeszłości nie było im tak łatwo zacząć karierę pilota, a w niektórych miejscach jest tak do dziś. Samo złapanie bakcyla nie różni się niczym w przypadku mężczyzn czy kobiet. Nie ma żadnych uwarunkowań płciowych jeżeli chodzi o umiejętność latania. Kobiety są równie dobrymi pilotami jak mężczyźni, po prostu więcej czasu muszą poświęcić na przełamanie stereotypów w niektórych miejscach.

Wakacyjne połączenia PLL LOT także z portów regionalnych

Polskie Linie Lotnicze LOT uzupełniają letnią siatkę połączeń. Przewoźnik ogłosił właśnie, że wakacyjne połączenia będą realizowane także z portów...

zobacz więcej

Ile jest w Polsce kobiet-pilotek samolotów pasażerskich?
Niewiele, około 3 procent. O wiele więcej jest w aeroklubach, tak zwanym mniejszym lataniu. To też jest kwestia, która się zmienia.

Środowisko je przyjmuje? Nie ma dyskryminacji płciowej? Jak pilot i pilotka mają takie same kwalifikacje to raczej linie zatrudnią mężczyznę.
Żadna pilotka, z którą rozmawiałem, nie mówiła o jakiejś szczególnej dyskryminacji. Piloci są grupą zawodową, która pod pewnymi względami jest przekrojem społeczeństwa. Można sobie wyobrazić, że wśród pilotów panuje seksizm jak w innej grupie zawodowej. Są tacy, którzy pozwalają sobie na rubaszne żarty, ale wszystko zależy od reakcji kobiety, która siada za sterami i jak ona zareaguje.

I jak zareaguje dział HR.
Też. Pilotki nie mają kompleksów, radzą sobie w męskim środowisku coraz lepiej. Coraz bardziej pokazują się światu, prowadzą profile w mediach społecznościowych, blogi i są zainteresowane tym, żeby było ich coraz więcej. To kwestia czasu, tak jak do niedawna wsiadając do taksówki rzadziej trafialiśmy na kobietę za kierownicą, zwykle to był mężczyzna – tak samo zmienia się to w lotnictwie.

Taksówkarzom dużo grozi, pijani pasażerowie stanowią duże niebezpieczeństwo.
Pilotom też dużo grozi. Ważniejszą barierą są chyba nierówności płacowe. Kobiety są przeciętnie gorzej opłacane, więc trudniej uzyskać im taki status materialny, który pozwala w pewnym wieku poświęcić czas i środki, żeby zdobyć licencję pilota. Kulturowo też od nich więcej wymagamy, więc mają mniej czasu. Jest im trudniej, ale udowadniają, że pilotami są tak samo dobrymi.

Kobiety mają gorsze warunki płacowe?
Obecnie popularną metodą zatrudniania jest B2B, piloci i pilotki prowadzą swoją działalność gospodarczą. Kobiety w lotnictwie, wedle mojej wiedzy, są tak samo opłacane, bo płaci się za godzinę lotu, a nie za dzień pracy.

Co jest najtrudniejsze w zawodzie pilota? Rozłąka? Ciągła zmiana stref czasowych? Presja odpowiedzialności?
Wszystkie te warunki są trudne, a dochodzą kolejne. Jest to w zasadzie praca w szkodliwych warunkach. Zmiana stref czasowych wybija z rytmu dnia. Często pilot musi wstawać bardzo wcześnie rano albo nie przesypia nocy, to rozregulowuje zegar biologiczny. Piloci mają swoje sposoby, żeby to nie wpływało nadto na organizm.
Piloci żartują, że ich praca przypomina pracę w biurze (fot. Pexels)
Piloci żartują, że ich praca przypomina pracę w biurze (fot. Pexels)

Awantura w kolejce do toalety. Pilot stracił zęby, steward ma złamaną rękę

Zaskakująca sytuacja podczas lotu samolotem chińskich linii lotniczych Donghai Airlines. Kapitan maszyny pobił się ze stewardem na oczach...

zobacz więcej

Jakie?
Na przykład kiedy wylądują po zarwanej nocy albo w innej strefie czasowej starają się nie zasnąć ze zmęczenia, tylko trzymają się czasu ze strefy, z której wylecieli bądź też dopasowują się do strefy, która ich czeka następnego dnia. I dużo wypoczywają. Czas na wypoczynek mają przewidziany w grafikach. Kiedy wracają koło południa do Polski po transkontynentalnych lotach, starają się wytrwać do wieczora, żeby wyspać się te 10 czy 12 godzin przez noc i następnego dnia wrócić do normalnego rytmu. Z trudnych warunków to też choćby suche powietrze, drgania od silników, które powodują różne mikrourazy, wystawienie na promieniowanie w górnych warstwach atmosfery.

To wpływ na organizm, a jak z psychiką? Jest jak w snookerze czy tenisie, żeby trzeba być przez kilka godzin maksymalnie skoncentrowanym, bo najmniejszy błąd może mieć poważne konsekwencje?
Tak, trzeba mieć też silną psychikę, żeby móc się wyłączyć od tego, co dzieje się na zewnątrz. Skupić się na konkretnym działaniu, taki mindfulness zastosować. Ale piloci to nie są ludzie ulepieni z jakiejś innej gliny. Oni także muszą czasem zrobić coś, może nie według procedur, ale tak, żeby było jak najbezpieczniej dla nich i dla pasażerów. Często kiedy są długie loty i nic się nie dzieje, to po prostu idą spać, a czuwa wtedy drugi pilot.

Jak piloci radzą sobie ze stresem? Bo to raczej stresogenne zajęcie.
Tak jak wszyscy, dlatego często zdarzają się u nich problemy na tym tle. Są znane przypadki pilotów, którzy nie radzili sobie ze stresem i wpadali w rozmaite nałogi. Większość osób, z którymi rozmawiałem zbierając materiały do książki, sprawiało wrażenie osób poukładanych życiowo, z doświadczeniem i pewnością siebie.

Doraźnie, zdarzają się wybuchy?
To też są normalni ludzie i niektórzy odreagowują w pracy. Opisuję w książce małżeństwo z Indii, które się pokłóciło pilotując samolot, wyszli z kabiny, zostawili wszystko i się po zwyczajnie pobili. Piloci czasem tracą nerwy, a żeby ich komunikacja w trakcie lotu na tym nie ucierpiała, są specjalne procedury – to CRM, czyli Crew Resource Managment. Również sposób w jaki komunikują się ze sobą piloci służy temu, żeby unikać konfliktów, jeśli mają różne zdanie. Po pierwsze, jest kapitan, który ma decydujące zdanie. Po drugie, sposób rozmowy jest taki, żeby druga osoba była cały czas włączona, a jeśli piloci już za żadne skarby nie mogą się dogadać, to mogą podzielić się zadaniami, żeby każdy pracował w innym obszarze i nie wchodzili sobie w drogę.

Przed kolejnym lotem zmieniają partnera?
U większości przewoźników, szczególnie tych dużych, jest tak, że pilot nigdy nie wie z kim poleci. Nie mają wpływu na grafik, to jest losowe dobieranie.

Pilot rozbił się w koronie drzewa. Na gałęzi czekał na pomoc

78-letni pilot przeżył katastrofę awionetki. Mężczyzna rozbił się w koronie drzewa, która zamortyzowała uderzenie.

zobacz więcej

Czego boją się piloci? Stawiam, że się boją jak wszyscy wykonujący odpowiedzialne zajęcie.
Najczęściej boją się opóźnień. Pytałem, czy boją się katastrof, zetknięcia ze śmiercią, ale oni mówią, że z tym nie dałoby się pracować na co dzień.

Wyłączają lampkę, że coś może nawalić i się rozbiją? Że wsiądzie zamachowiec i dojdzie do powtórki z 11 września?
To kwestia doświadczenia. Jeden z pilotów powiedział mi, że procentowo ma zdecydowanie większą szansę, że zginie jadąc w piątek na Mazury na weekend i że polskie drogi są o wiele bardziej niebezpieczne niż latanie.

Na drodze można zahamować, zjechać, a w powietrzu awaria, spada się z 10 kilometrów i cześć.
Pilot odpowiada: jadąc dwupasmówką nie wiem, czy z naprzeciwka nie wyjedzie pijany kierowca, który we mnie uderzy i mnie zabije. Jeżeli chodzi o terroryzm, nie mówili mi, żeby się szczególnie bali terrorystów. W lotnictwie są separacje, procedury i wszystko co się da, żeby uniemożliwić zaistnienia takich sytuacji. To daje poczucie bezpieczeństwa, choć oczywiście nie wszystko można przewidzieć procedurami. Procedury to reakcje na to, co się już wydarzyło, a wyobraźnia terrorystów jest większa. Piloci wiedzą, że nie da się tego wykluczyć, ale zamachów nie da się też wykluczyć w innych miejscach. Chętnie powtarzają, że szansa na zginięcie w katastrofie jest mniejsza niż szansa na wygranie szóstki w totka.

Wróćmy do opóźnień, dlaczego są źródłem strachu u pilotów?
Po prostu mogą one wpłynąć na ich komfort życia. Przykładowo, pilot wie, że za dwa dni ma jakąś ważną dla siebie uroczystość rodzinną, a nagle sypie się domino związane ze zmianami pogody albo awarią techniczną i samolot zostaje uziemiony na drugim końcu świata i nie zdąży się przylecieć do bliskich.

Myślałem, że to kwestia wyceny albo inny czynnik finansowy wchodzi w grę.
Nie, choć opóźnienia mają też przełożenie finansowe. Piloci dostają pieniądze za czas spędzony w powietrzu, więc jak mają przylecieć z Londynu do Warszawy, ale muszą wylądować w Rzeszowie ze względu na złe warunki atmosferyczne, a potem muszą wrócić do Warszawy w nocy jakimś busem, to już im nikt nie zapłaci za ten dodatkowy czas poza domem, to też może być uciążliwe.

Praca pilota wymaga wielu wyrzeczeń (fot. Pexels)
Praca pilota wymaga wielu wyrzeczeń (fot. Pexels)

60 lat od pierwszego lotu człowieka w kosmos. Śmierć Gagarina nadal niewyjaśniona

Mija 60. rocznica pierwszego lotu człowieka w kosmos. Radziecki kosmonauta i pilot wojskowy Jurij Gagarin okrążył Ziemię w przestrzeni kosmicznej...

zobacz więcej

Są przesądni? Plują przez lewe ramię dwa razy zanim wsiądą do samolotu?
Niektórzy są przesądni, niektórzy nie. Jak przedstawiciele wszystkich zawodów.

Jak zmieniła się praca pilotów po 11 września czy katastrofie spowodowanej przez pilota Germanwings, który rozbił się w południowej Francji i zabił siebie i 149 innych osób. To były jakieś cezury?
Były w tym sensie, że po 11 września linie lotnicze wpadły w chwilowy kryzys, bo ludzie ze strachu mniej latali. Sytuacja wróciła do normalności, ale pojawiły się nowe procedury i teraz na przykład piloci nie mogą choćby wnieść wody na pokład. Te procedury są tak zaostrzone, że piloci opowiadają, iż czasem lepiej byłoby im wsiadać z pasażerami, bo prześwietla się ich równie skrupulatnie albo jeszcze dokładniej. Zmieniły się też procedury dotyczące kabiny pilotów i tu się rodzi nowe pytanie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami kabiny, ona teraz jest po prostu odcięta. Po katastrofie samolotu Germanwings nie ma już sytuacji, że pilot zostaje sam, zawsze musi być jakaś druga osoba, najczęściej to stewardessa albo steward.

Na technikę zawsze znajdzie się inna technika.
Piloci czasem mówią, że to pozorna zmiana, by poprawić poczucie bezpieczeństwa pasażerów. Jeżeli pilot będzie chciał, będzie zdeterminowany, żeby coś zrobić, to jeśli obok niego będzie osoba, która się nie zna, on w ciągu dwóch minut – gdy drugi pilot pójdzie za potrzebą – zrobi wszystko, żeby doprowadzić do katastrofy. Przygotowanie zamachu nie jest niemożliwe, ale jest kosztowne, przecież żeby przeprowadzić zamachy z 11 września trzeba było wyszkolić zamachowców w pilotażu, oni musieli umieć pokierować tymi maszynami.

W tej pracy bodźców nie brakuje, ale przytrafia się automatyzacja? Piloci na nią narzekają?
Jest rutyna, która może być zgubna. Piloci narzekają szczególnie na tych, którzy stracili pasję, poczuli wypalenie zawodowe – bo i takie sytuacje się zdarzają – albo nie chcą się doszkalać. Wówczas na długich trasach tacy piloci wychodzą z wprawy. Na przykład w dreamlinerach lata trzech pilotów, można sobie tak ustawić pracę, że się nie startuje i nie ląduje przez długie miesiące.

Kto zestrzelił Czerwonego Barona? Legenda von Richthofena żyje

– Jeśli wrócę z tej wojny żywy, to będę miał więcej szczęścia niż rozumu – mawiał Manfred von Richthofen. Szczęścia nie miał. Nie przeżył I wojny...

zobacz więcej

Jakie najdziwniejsze historie przytrafiają się pilotom?
To już indywidualna kwestia, jedno może kogoś dziwić, a dla innego jest normalne. Mnie najbardziej dziwi to, co dla wielu pilotów jest najnormalniejsze, czyli że nie ma już potrzebnych jakichś wysokich kwalifikacji. Tak naprawdę pilotem może być każdy, kto oczywiście przejdzie te procedury, przyswoi całą wiedzę, zda wszystkie egzaminy.

Ale w samych samolotach musi dochodzić do nietypowych sytuacji.
Są ludzie, którzy na przykład zabierają cały transport jednodniowych kurczaczków. Gdzie indziej pisklaki się wylęgają a gdzie indziej są potem hodowane. Są rejsy, w których te maluchy są przewożone w pudełkach jak do pizzy, oddzielone separatorami.

Obok innych pasażerów?
Nie, to są specjalne rejsy, podczas których zabiera się na pokład tysiące ptaków. Są samoloty hybrydowe – z pasażerskiego można łatwo i szybko zrobić cargo i odwrotnie. Jednego dnia wozi się celebrytów jak Steven Seagal czy Viktor Orban, a drugiego kurczaczki, transporty truskawek czy rakiety dla wojska na zamówienie handlarzy bronią, wywozi uchodźców z Europy. Niektórzy jak opowiadają znajomym, że wożą karty do głosowania na wybory w Nigerii, to pierwsze pytanie to...

„Już wypełnione?”
Oczywiście. Zdarza się, że jakiś pasażer umiera albo zasłabnie, ale stewardessy i stewardzi są przeszkoleni w udzielaniu pierwszej pomocy. Wtedy też pilot zwraca się do wieży, mówi jaka jest sytuacja i prosi, żeby samolot, który pilotuje, mógł wylądować pierwszy albo szuka zapasowego lotniska. Działa się zgodnie z procedurami, które przewidują takie sytuacje.

Procedury nie przewidzą wszystkiego, jak lądowanie na rzece Hudson.
Piloci są szkoleni do takich sytuacji. Co mniej więcej pół roku każdy musi wsiąść do symulatora i tam „pilotuje” w odtwarzanych scenariuszach, jak nietypowe lądowania czy wyprowadzanie samolotu z nienaturalnych położeń.

Jan Pelczar spędził wiele czasu na rozmowach z pilotami (fot. arch. pryw.)
Jan Pelczar spędził wiele czasu na rozmowach z pilotami (fot. arch. pryw.)

Szpieg w czepku urodzony. Zwodził NKWD, uratował setki jeńców i więźniów

Pilot bombowca, który został szpiegiem. Żołnierz, który pod przykrywką dyplomaty spenetrował niemieckie i sowieckie obozy i uratował około tysiąca...

zobacz więcej

Czyli jak samolot ląduje bez podwozia na lotnisku albo rzece to dobrze wygląda w mediach, ale nie jest szczególnie trudne?
Lądowanie na rzece Hudson w Nowym Jorku ze stycznia 2009 roku jest jedną z najbardziej spektakularnych tego typu sytuacji. Pilot Chesley Sullenberger lądował wbrew procedurom, teoretycznie miał lecieć na zapasowe lotnisko, ale w mgnieniu oka podjął inną decyzję, opartą na ogromnym doświadczeniu i analizie sytuacji. Później był przedmiotem śledztwa, gdyż linie lotnicze chciały uniknąć wypłaty odszkodowań. Wszystkie symulacje dowodziły, że należało zrobić inaczej, dopiero na bazie zeznań innych pilotów i działań w symulatorach okazało się, że pilot wybrał najbezpieczniejsze rozwiązanie i zrobił to genialnie. Gdyby postępował zgodnie z procedurami, w dziewięciu przypadkach na dziesięć samolot nie dolatywał na zapasowe lotnisko.

Jak wygląda branża lotnicza – to zdrowe środowisko? Pańscy rozmówcy mają w książce zmienione imiona.
Branża lotnicza nie różni się od mediów, branży prawniczej czy sportowej. Są tam i korporacje, i małe ośrodki entuzjastów, którzy zderzają się z otoczeniem. W lotnictwie jak w soczewce skupiają się zmiany, jakie zachodzą na świecie w ostatnich dekadach.

Informatyzacja i dopasowywanie się do cyfrowego świata. Twoi rozmówcy narzekają na niewystarczające przeszkolenie na wypadek sytuacji kryzysowych. To powszechne zjawisko? Na co jeszcze narzekają, jeżeli chodzi o współczesny rynek lotniczy?
Najczęściej narzekają na to, że nie mają takiego kontaktu z lataniem jak by chcieli, że te szkolenia mogłyby być częstsze i mogłoby być więcej tak zwanego latania w rękach. Narzekają też na postępującą komercjalizację i to, że jest coraz mniej romantyzmu w tym lataniu, a coraz bardziej przypomina to pracę w korporacji.

Jak pandemia COVID-19 wpłynęła na rynek lotniczy?
Dramatycznie, podobnie jak choćby na branżę gastronomiczną. W zeszłym roku był okres, kiedy ponad 90 procent lotów zostało uziemionych. Sporo pilotów straciło pracę, nie wszyscy ją odzyskają. Z ogromnej hossy, sytuacji, w której brakowało rąk do pracy i był rynek pracownika wszystko zmieniło się o 180 stopni. Szczęściarze zostali w pracy, ale słyszałem o takich pilotach, którzy teraz rozwożą pizzę.


Jan Pelczar (ur. 1981) – dziennikarz Radia RAM, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Od 1997 roku nieprzerwanie związany z radiem, od 1998 roku prowadzi autorski magazyn filmowy. Przeprowadził setki wywiadów z ludźmi kultury i sportu. Współpracownik „Przekroju”. Publikował między innymi w „Dużym Formacie”, „Przeglądzie Sportowym”, „Kinie”, „Playboyu” i „Reportagen”. Nominowany do Nagrody Grand Press 2018 w kategorii „Reportaż”. Prowadzi festiwalowe gale, spotkania z twórcami, premiery. „Lecę. Piloci mi to powiedzieli” to jego pierwsza książka. Obecnie pracuje nad debiutem prozatorskim.

źródło:
Zobacz więcej