RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Wielki piłkarski... wyłom. Po co komu Superliga?

W Lidze Mistrzów niebawem może już nie być prawdziwych mistrzów... (fot. Raddad Jebarah/NurPhoto via Getty Images)
W Lidze Mistrzów niebawem może już nie być prawdziwych mistrzów... (fot. Raddad Jebarah/NurPhoto via Getty Images)

Futbolowi romantycy łkają: „nie będzie już meczów Legii z Realem Madryt w Lidze Mistrzów”. Cieszą się natomiast pragmatycy: „nie będzie już meczów Legii z Realem Madryt w Lidze Mistrzów!”. Superliga może być wielkim blefem, ale może też zmienić świat futbolu. Nie wiadomo tylko, czy na lepsze, czy na gorsze.

Idzie nowe? Powstanie piłkarska Superliga

AC Milan, Arsenal, Atletico Madryt, Chelsea, FC Barcelona, Inter, Juventus, Liverpool, Manchester City, Manchester United, Real Madryt i Tottenham...

zobacz więcej

Piłka nożna przeżywa kryzys. Brzmi to absurdalnie, biorąc pod uwagę, że na stadiony wciąż przychodzą tłumy (a raczej: przychodziłyby, gdyby nie pandemia), piłkarze zarabiają więcej niż kiedykolwiek, a o prawa do transmisji największych imprez zabijają się telewizje na całym świecie. Kłopot w tym, że „mecz” sam w sobie przestał już być aż takim wydarzeniem. Kiedyś – 20, 30, tym bardziej 40 lat temu – na transmisję czekało się cały tydzień, czasem dwa, czasem miesiąc. Dziś mecze są codziennie, w kilku stacjach, a w dyskusjach nawet najbardziej zagorzałych kibiców coraz częściej pojawia się słowo „przesyt”.

Młodzi ludzie wolą piłkę nożną w formie wirtualnej: lepiej w ciągu 90 minut rozegrać pięć meczów w FIFĘ niż wpatrywać się w jedno z 30 transmitowanych danego dnia spotkań. A jeszcze lepiej pograć w Fortnite’a, Counter Strike’a czy obejrzeć serię filmików na YouTube. Nie tak dawno bohaterami szeroko rozumianej „młodości” byli Ronaldinho czy Zidane, dziś – coraz częściej – ludzie pokroju „Kamerzysty”, który z uśmiechem na ustach znęcał się nad niepełnosprawnym umysłowo chłopakiem.

Konserwatywna FIFA


Świat idzie do przodu, a futbol zdaje się trochę nie nadążać. W 1992 r., dwa lata przed mundialem w USA, władze tamtejszej federacji proponowały nieśmiało FIFA, by mecze nieco urozmaicić: na przykład dzieląc je nie na połowy, ale kwarty. Sondowano możliwość wprowadzenia przerw reklamowych, ale konserwatywne władze Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej pozostawały nieugięte. Amerykanie nie mogli się nadziwić, że ktoś może przez półtorej godziny, z krótką przerwą, w pełnym skupieniu wpatrywać się w telewizor.

Wygrani, ale... przegrani. Liga Mistrzów bez „Lewego”

Jednym z kluczowych meczów światowego futbolu w tym sezonie okazało się być starcie... Polski z Andorą. Kontuzji doznał wówczas Robert Lewandowski,...

zobacz więcej

I choć nikt nie chce (jeszcze?) kombinować z przebiegiem meczu piłkarskiego, dyscyplinę czeka rewolucja na miarę dotąd niespotykaną. Wywracany jest wszelki ład, upada romantyczny mit, który pozwalał kibicom Lecha czy Legii marzyć o tym, by nie tylko do Ligi Mistrzów awansować, ale też pobić w niej wielką Barcelonę, przebić się w sensacyjnych okolicznościach do ćwierćfinału, finału, a potem – rzecz jasna – sięgnąć po trofeum.

Nikomu się to co prawda nie udało, ostatnią naprawdę wielką sensację sprawiło FC Porto pod batutą Jose Mourinho (w sezonie 2003/04), ale piękne marzenie napędzało co bardziej optymistycznie nastawionych fanów. Real, Manchester i spółka mają dość wyjazdów do Warszawy, Molde czy Bukaresztu. Coś, co dla mniejszych klubów było świętem, dla najbogatszych stawało się przykrym obowiązkiem. O ile trybuny przy Łazienkowskiej zapełniały się do ostatniego miejsca, w Madrycie wolnych krzesełek było sporo. Piłkarze zmęczeni, gra na drugim lub trzecim biegu, emocje umiarkowane...

Marudny pośrednik


UEFA nic sobie z narzekań najbogatszych nie robiła, bo akurat jej się to zwyczajnie opłacało. Im więcej meczów, tym lepiej, im więcej rozgrywek, tym więcej praw telewizyjnych do sprzedania, tym więcej klubów, które można wypromować i sponsorów, którzy na hasło „piłka nożna” wciąż reagują z wielkim optymizmem. Zamiast odpowiadać na potrzeby wykończonych piłkarzy, grających nawet powyżej 50 meczów w roku, dokładano ciągle więcej i więcej. Liga Konferencji Europy, 24 zespoły na Euro, 48 na mundialu...

Władze największych klubów już dawno zorientowały się, że wszystko odbywa się poniekąd ich kosztem. Magnesem dla kibiców nie są przecież starcia OSC Lille ze Slavią Praga, lecz Bayernu z PSG. A jednak z „telewizyjnego tortu”, tego najbardziej obfitego, UEFA kroi dla mniejszych zespołów całkiem spore kawałki. Co kluczowe: zdecydowanie największy kroi dla siebie. Florentino Perez, Andrea Angelli czy Joel Glazer to sprawni ludzie biznesu, którzy potrafią liczyć i wiedzą, czy coś im się opłaca, czy nie. Naciski na UEFA trwały od lat, ale władze federacji upierały się, że bogaci nie mogą bogacić się jeszcze bardziej, bo rosnące dysproporcje nikomu nie posłużą.

Manchester United chce kupić australijski klub piłkarski

Manchester United wyraził zainteresowanie kupnem australijskiego klubu piłkarskiego Central Coast Mariners. Jak podają media, władze „Czerwonych...

zobacz więcej

Wpływy poszerzano, ale w stopniu niezadowalającym najpotężniejsze kluby. Efekt? Różnice między „najlepszymi” a tymi „niezłymi” i tak się powiększają, a we Włoszech czy Hiszpanii obawiają się dodatkowo, że lada moment bezpowrotnie ucieknie im świetnie zorganizowana Premier League. Postanowiono więc pozbyć się marudnego pośrednika.

Superliga ma być ulepszoną wersją Ligi Mistrzów. Wypełniona piłkarskimi hitami, bez „niepotrzebnych” wyjazdów do Pragi, Warszawy czy Sofii, zawsze o wielką stawkę i na najwyższym poziomie. Przede wszystkim jednak – tu nikt nie ma złudzeń – powstaje... dla pieniędzy. Kwestią czasu jest, gdy niektóre mecze Realu z Manchesterem City rozgrywane będą w Chinach, Katarze, USA czy innym wielkim „rynku”. Coś, na co nie pozwoliłaby oparta na głębokich tradycjach UEFA, lada moment może być kwestią kilku zakulisowych rozmów wpływowych ludzi.

Zróbmy sobie Amerykę


Czy pomysł może wypalić? Miłośnicy koszykówki znają odpowiedź. NBA to przykład dość oczywisty, ale poza USA swój „elitarny” format ma też przecież Europa. Najbogatsze kluby wypięły się przed lata na FIBA, tworząc zamkniętą Euroligę. W weekendy Real, Barcelona, CSKA czy Fenerbahce grają mecze ligowe, w środku tygodnia toczą boje przyciągające na trybuny dziesiątki tysięcy kibiców. Na rozkładzie – szlagier za szlagierem. Nuda? Nic z tych rzeczy. Euroliga ogląda się świetnie i właściwie nikt dziś nie wyobraża sobie, by mogło jej nie być.

Na powstaniu Superligi ucierpi na pewno UEFA, ucierpią też... rozgrywki krajowe. Dziś w Serie A kibice żyją walką nie tyle o mistrzostwo (to, niemal na pewno, zgarnie Inter), ale o miejsca gwarantujące udział w Lidze Mistrzów. Jeśli Liga Mistrzów przestanie być takim rarytasem (bo w Superlidze miejsce dla największych będzie przecież pewne, niezależnie od osiągnięć), cenne będzie „tylko” pierwsze miejsce.

To główny argument przeciwników rewolucyjnego rozwiązania. Ale są też inne: o ile teraz zdarzają się jeszcze romantyczne historie pokroju mistrzostwa dla Leicester czy prowadzącego w lidze francuskiej OSC Lille, o tyle za kilka lat mogą być tylko pięknym wspomnieniem. Nie ma przecież wątpliwości, że finansowy skok, jaki zaliczą kluby z Superligi, pozwoli im zupełnie zdeklasować krajową konkurencję.

Lewandowski bliski powrotu na boisko? „Do zobaczenia niebawem”

Wszystko wskazuje na to, że przerwa Roberta Lewandowskiego może być krótsza niż pierwotnie zakładano. Napastnik reprezentacji Polski i Bayernu...

zobacz więcej

A przecież nie jest tak, że już teraz nie byli znacznie lepsi: Bayern w Niemczech nie ma sobie równych od ośmiu lat, w Hiszpanii trwa duopol Realu i Barcelony, we Włoszech dziewięć razy z rządu mistrzostwo zdobył Juventus... Dajcie im dwa, trzy razy więcej pieniędzy, a jakiekolwiek emocje znikną – przekonują najwięksi malkontenci.

W USA podobny system działa z powodzeniem od lat, ale głównie dlatego, że... nigdy nie było inaczej. Gdyby z 32 klubów, które grają dziś w NFL (najpopularniejszej z tamtejszych lig), osiem zechciało nagle „wyemigrować” i stworzyć ligę w lidze, pewnie nie obyłoby się bez protestów. Amerykanie wskazali jednak drogę, pokazali jak dobrze opakować „zamknięty” produkt i jak sprawić, by kibice nie czuli znużenia rozgrywanymi raz po raz hitami. Skoro można tam, przy tak rozkapryszonej, wymagającej publiczności, to tym bardziej da się w Europie.

Wielki blef?


Wybór szefa, efektowne oświadczenie, ambitne plany... A co jeśli to wszystko jest tylko daleko posuniętym blefem? UEFA miała dotąd w ręku wszystkie karty, ale teraz grunt zaczyna palić jej się pod nogami. Jak poradzić sobie z obecną sytuacją? Zgodzić się na wszystko, czego od lat domagają się „najwięksi”, czy iść na całość i nie ulegać szantażowi? Za kulisami mówi się, że władze federacji mogą nawet wytoczyć najcięższe działa przeciwko „zbuntowanym” klubom: włącznie z wykluczeniem ich ze struktur ligowych i zabronieniem piłkarzom występów w reprezentacjach narodowych.

Czy mają do tego prawo? To inna kwestia, którą – w razie podobnego „przeciągania liny” – będzie najpewniej rozstrzygał sąd. Nie wiadomo, kiedy i jaka będzie reakcja UEFA. Jeśli postanowią działać szybko i stanowczo, mogą wpłynąć nawet na zbliżające się półfinały Ligi Mistrzów czy mistrzostwa Europy. Kto wytrzyma próbę sił? Czy stronom uda się wypracować kompromis? Najbliższe dni, tygodnie, a może i miesiące w światowym futbolu zapowiadają się pasjonująco.

źródło:
Zobacz więcej