RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Zjednoczona” Prawica, czyli komu bije dzwon

Czy to już koniec Zjednoczonej Prawicy? (fot. Forum/Mateusz Wlodarczyk)
Czy to już koniec Zjednoczonej Prawicy? (fot. Forum/Mateusz Wlodarczyk)

Mija już niemal rok od czasu, gdy obóz rządzący, zamiast prac nad reformą państwa, pogrążył się w wewnętrznych awanturach. Cierpliwość wyborców się wyczerpuje, poparcie w sondażach spada, a opozycja ma nadzieję na wcześniejsze wybory. Czy to już koniec Zjednoczonej Prawicy? Solidarna Polska gra o zmianę premiera. Większy problem PiS ma z Gowinem, który kolejny raz szykuje się do politycznej wolty.

Tusk, Rosjanie i... szczekanie

Dzień przed kolejną rocznicą katastrofy smoleńskiej Donald Tusk próbował odgrzewać opowieść o tragicznym locie - sprzeczną z faktami, ale znaną...

zobacz więcej

– Przed liderami całej opozycji stoi historyczny moment rozegrania „batalii” tak, aby rządy Zjednoczonej Prawicy nie trwały ani dnia dłużej”- zaapelował kilka dni temu na łamach „Gazety Wyborczej” marszałek Senatu prof. Tomasz Grodzki, wzywając zarazem całą opozycję, by wykorzystując awanturę w obozie Zjednoczonej Prawicy wokół Funduszu Odbudowy, stworzyła własny rząd i przejęła władzę w Polsce.

Co prawda apel marszałka Grodzkiego jest równie groteskowy jak „dziennikarskie śledztwa” portali Onet i WP wokół telefonu prezydenta czy „znikającego” domu Jarosława Kaczyńskiego, pokazuje też, że niewiele rozumie on z kuchni politycznej i kuluarowych rozgrywek partyjnych frakcji – nie ulega jednak wątpliwości, że rządząca Zjednoczona Prawica ma poważny problem. I to problem wynikający nie z przepychanek wokół takiej czy siakiej ustawy, tego czy innego kandydata na dane stanowisko.

Zjednoczona Prawica ma kłopot, który można by nazwać - egzystencjonalnym - a wynikający ze zmęczenia i znudzenia wyborców trwającą blisko rok i niekończącą się awanturą koalicjantów. Waśniami, czerpiącymi wbrew pozorom nie ze sporu wokół pomysłów na przebudowę i reformę państwa - bo takich projektów w obozie rządzącym od wyborów prezydenckich Anno Domini 2020 jest jak na lekarstwo – ale mającymi swoje korzenie w prywatnych ambicjach i politycznych apetytach liderów koalicyjnych ugrupowań.

Najkrócej mówiąc – przedłużanie, w sytuacji kryzysu covidowego i wynikającego z niego kryzysu gospodarczego tej - używając języka młodych wyborców - „inby” koalicji rządzącej na kolejne tygodnie spowoduje, że niezależnie od tego, czy prawica pójdzie do wyborów „Zjednoczona”, czy też „Podzielona”, wszystko jedno, czy w 2023 roku, czy wcześniej – będzie mogła pożegnać się z marzeniami o utrzymaniu władzy.

Na tropie rasistowskiego Sherlocka Holmesa

„W Pustyni i Puszczy” Henryka Sienkiewicza jest ponoć rasistowskie, „Oliver Twist” Charlesa Dickensa – antysemicki, a „Trzy małe świnki” Jamesa...

zobacz więcej

Mizianie we własnym sosie


Gdyby czyjejś uwadze przypadkiem umknęło - to awantura wewnątrz obozu rządzącego zaczęła się już na początku kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. Najpierw prezydent obraził się na PiS, co przyniosło efekt w postaci niefortunnych decyzji Dudy w sprawie składu sztabu wyborczego i kampanijnego paraliżu w pierwszych tygodniach. Później zrobiło się nieciekawie wokół awantury o „wybory kopertowe” i wolty Jarosława Gowina, (jednej z wielu w jego karierze politycznej i nieostatniej w tym obozie rządzącym). Później swary wyciszono, gdy okazało się, że udany start Rafała Trzaskowskiego zagraża reelekcji Dudy.

I wreszcie wojna wybuchła ze wzmożoną siłą przy okazji rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego i personalnych układanek w nim. Część mediów oczywiście przekonywała, iż Zjednoczoną Prawicę miała podzielić ustawa „piątka dla zwierząt” czy projekt dotyczący wypowiedzenia Konwencji Stambulskiej. Jest to narracja błędna, bo owe ustawy były – jak obecnie dyskusja wokół Funduszu Odbudowy i nieco wcześniej - awantura w koalicji wokół unijnego budżetu – przede wszystkim instrumentem nacisku i narzędziem negocjacji wokół składu rządu i nowej umowy koalicyjnej, a nie podstawą merytorycznego sporu.

A to jak Solidarna Polska podeszła do usunięcia z rządu fightera SolPola Janusza Kowalskiego i zgody Morawieckiego na unijne porozumienie, pokazuje aż nadto dobitnie, z jakim dystansem należało podchodzić i nadal należy traktować wewnątrzkoalicyjne potrząsania szabelką w stylu „weto albo śmierć”.

Kiedy historyk boi się babci

Procesy sądowe mogą okazać się jedyną skuteczną metodą w walce o prawdę historyczną z autorami publikacji, w których – mocno naciągając fakty i...

zobacz więcej

W efekcie mamy więc blisko rok koalicyjnego miziania się we własnym sosie awantur, sprzeczek, rok chaosu, rok zastoju w reformowaniu państwa – chociażby wciąż dysfunkcjonalnego wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania (tak i organów ścigania – prokuratura bowiem w wielu przypadkach jest równie zawodna i nieudolna jak była przed 2015 rokiem). Tłumaczenie, jakie padają ze strony rządzących, że covid, że pandemia, też dzisiaj nie przekonują dotychczasowych, zmęczonych wyborców.

Paradoksalnie nawet – to co było silną stroną Zjednoczonej Prawicy w 2020 r., czyli walka z pandemią pozytywnie oceniana przed rokiem przez wyborców i to mimo prób rozdmuchania dętej afery wokół ministra Szumowskiego - dzisiaj już – pomimo bardzo dobrej pracy ministra Michała Dworczyka i stworzenia sprawnie działającego systemu szczepień – nie kreuje już tak pozytywnej narracji jak wcześniej. Z jednej strony – Zjednoczona Prawica – tradycyjnie już nie umie medialnie i wizerunkowo sprzedawać pozytywnych działań i pomysłów. Z drugiej – te, które można by wyborczo sprzedać „in plus”, przykrywa awantura koalicyjna.

No i oczywiście dochodzi do tego nieszczęsny chaos we wprowadzaniu i znoszeniu systemu obostrzeń kowidowych, notabene potęgowany zbyt często irracjonalnymi wypowiedziami prof. Andrzeja Horbana i ministra zdrowia Adama Niedzielskiego.

Ktoś kto wpadł na pomysł, by zrezygnować z założeń, ogłoszonego w listopadzie przez Mateusza Morawieckiego kompleksowego programu działań w walce z kowid tzw „100 Dni Solidarności” i zdać się na widzimisie prof. Andrzeja Horbana, głównego doradcy premiera ds Covid19, wyrządził rządowi– w mojej ocenie – niedźwiedzia przysługę.

Program miał sensowne, przejrzyste dla osób prowadzących działalność gospodarczą, podstawy, wystarczyło go zmodyfikować dopasowując do aktualnej sytuacji covidowej. Zamiast tego jest chaos i pisane na kolanie rozporządzenia.

Lewą marsz, lewa, lewa, lewa…!

No i stało się to, co musiało się stać. Platforma przestała udawać partię chadecką, pozbyła się – istniejącej głównie medialnie - konserwatywnej...

zobacz więcej

Gra w „trzy ognie”



1. Ziobro vs Morawiecki

Ale skoro już blisko rok PiS, Solidarna Polska i Porozumienie Jarosława Gowina, zamiast zająć się reformą państwa postanowiło zagrać ze sobą w „skuś, baba skuś”, to o co chodzi? Co kryje się w tle swarów o „piątka dla zwierząt” czy „Funduszu Odbudowy”? Dwie zasadnicze kwestie.

Pierwsza to personalny konflikt Zbigniewa Ziobry z Mateuszem Morawieckim. Kwestie światopoglądowe, ideologiczne mają tu praktycznie niewielkie znaczenie. Bardziej służą budowaniu medialnych narracji niż odgrywają rolę merytoryczną. Wojna o strefy wpływów plus – co jest niezwykle ważne – budowa własnej tożsamości politycznej przed 2023 roku.

Pierwsza odsłona awantury wewnątrzkoalicyjnej zakończyła się (na chwilę)- po osobistej interwencji Jarosława Kaczyńskiego - jesienią ubiegłego roku podpisaniem nowej umowy koalicyjnej, de facto utrzymującej pozycję Mateusza Morawieckiego. Komentatorzy uznali, że Zbigniew Ziobro został co nieco upokorzony, że w koalicji wzrosła pozycja przewidywalnie zachowującego się wówczas Gowina, właśnie kosztem lidera Solidarnej Polski.

Tyle, że „ziobryści” nie porzucili bynajmniej planów doprowadzenia do odsunięcia Morawieckiego. Całkiem sensownie założyli zresztą, że po kolejnych miesiącach przewlekłej pandemii jego pozycja i odbiór w społeczeństwie będzie słabł, być może na tyle, by osłabiając go jeszcze wojenkami w koalicji, doprowadzić do jego odwołania.

Bezpodstawne założenia? Niekoniecznie, w bliskim otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego niektórzy politycy PiS mówią wprost, że prędzej czy później do takiej zmiany będzie musiało dojść, bo zmęczone obostrzeniami, wyrzeczeniami pandemicznymi, nakładanymi przez rząd obostrzeniami, społeczeństwo zacznie ów rząd odbierać negatywnie. Potrzebna więc będzie nowa twarz rządu.

Czy „ziobryści” dobrze utrafili w moment i groźbą zablokowania Funduszu Odbudowy podważą pozycję szefa rządu na tyle mocno, by w pewnej perspektywie czasowej wymusić jego odwołanie? Przynajmniej w tym momencie to wciąż mało prawdopodobne, natomiast niektórzy wpływowi politycy Zjednoczonej Prawicy przebąkują nieoficjalnie o okresie – powakacyjnym, jesiennym – jako możliwym kolejnym „nowym otwarciu”. Pewne jest też, że współpracownicy Mateusza Morawieckiego dość nerwowo reagują na medialno-polityczne wrzutki z nazwiskami osób, które ewentualnie Morawieckiego mogłyby zastąpić.

Słychać pokoleń drwiący śmiech

Wśród dziesiątków tysięcy działaczy Podziemia Niepodległościowego skazanych na śmierć lub wieloletnie więzienia w latach 1945-56 sporą grupę...

zobacz więcej

2.Umowa koalicyjna

Na wojnę na linii premier rządu – lider Solidarnej Polski nakłada się jeszcze jeden bardzo istotny aspekt. A mianowicie jeden z zapisów podpisanej w ubiegłym roku nowej umowy koalicyjnej, mówiący o tym, że zarówno Solidarna Polska, jak i Porozumienie Jarosława Gowina otrzymają na listach wyborczych Zjednoczonej Prawicy w 2023 r co najmniej tyle miejsc „wchodzących”, ilu obecnie mają przedstawicieli w Parlamencie. Niespełna dwa tygodnie po podpisaniu umowy zarówno dla ziobrystów, jak i gowinowców jasne stało się, że jeśli dojdzie do znacznego spadku w sondażach wyborczych przed wyborami, to PiS tej deklaracji dotrzymać nie będzie chciał. To resztą jest zrozumiałe – w sytuacji, gdy utrzymanie władzy nie jest pewne, wpuszczanie na listy wyborcze ludzi spoza własnego ugrupowania mija się z sensem.

W tej sytuacji ziobryści szykują się do alternatywnego wobec udziału w Zjednoczonej Prawicy samodzielnego startu w wyborach. Podnoszenie przez nich kwestii walki z ideologią LGBT, gender, sprzeciw wobec warunków przyjęcia unijnego budżetu, zapowiedzi działań – deklaratywne zapowiedzi – zmierzających do wypowiedzenia Konwencji Stambulskiej, podważanie warunków Funduszu Odbudowy wreszcie – ostra awantura między najbliższymi współpracownikami Zbigniewa Ziobry, np. Sebastianem Kaletą, a ludźmi Kaczyńskiego w mediach społecznościowych (zresztą ostro krytykowana przez wyborców Zjednoczonej Prawicy)- służyć ma nie tyle obronie „wartości”, co kreowaniu w oczach wyborców przeświadczenia, że to właśnie Solidarna Polska stoi murem za nimi i tym samym budowa wizerunku alternatywnej wobec coraz bardziej chadeckiego PiS – konserwatywnej Solidarnej Polski.

Zwolennicy Ziobry dobrze przepracowali w terenie ostatnie sześć lat, wzmocnili struktury, przejęli część władzy w sejmikach samorządowych, co oznacza także benefity dla ich stronników i wzmocnienie lojalności lokalnych działaczy. Bliscy Zbigniewowi Ziobrze ludzie mówią mi, że co prawda nie są zwolennikami samodzielnego startu w wyborach, ale na taki wariant są gotowi na tyle, by nie popełnić błędów, jakie SolPol popełniał w latach 2011-2014.

Ten ambitny plan ma jeden słaby punkt. Wyborcy prawicy nadal – i słusznie- chorują na syndrom „konwentu św Katarzyny”, mają w pamięci fatalne dla prawicy lata ‘90 i rozbicie obozu, które oddało władzę lewicy. Dziś ten, kto zdaniem wyborców doprowadzi do rozbicia Zjednoczonej Prawicy i wcześniejszych wyborów – będzie miał problem z odbudową ich zaufania. Szczególnie, że sympatycy PiS pamiętają też 2011 rok i poważny rozłam do jakiego doszło w Prawie i Sprawiedliwości za sprawą Zbigniewa Ziobry i jego ludzi.

A Jarosław Kaczyński już wykonał ruch wyprzedzający sugerując, że PiS wyborów wcześniejszych nie chce, ale gdyby miały odbyć się przed terminem to winnego należy szukać po stronie koalicjantów.

Przy czym zarówno ludzie z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego, jak i zwolennicy Ziobry zakładają, że konflikt PiS-SolPol przynajmniej wygaśnie na pewien czas, jeżeli Ziobrze i jego stronnikom uda się doprowadzić do zmiany szefa rządu.

Fake-historyk w natarciu

– Polacy masowo brali udział w likwidacjach Żydów i poszukiwaniu ich kryjówek – twierdzi prof. Jan Grabowski, współautor „Dalej jest noc”, na...

zobacz więcej

3. Problem z Gowinem

Nieco inaczej wygląda sytuacja z Jarosławem Gowinem, którego „Porozumienie” w jeszcze mniejszym stopniu niż Solidarna Polska może liczyć na dotrzymanie warunków umowy koalicyjnej w zakresie liczby miejsc na listach. Dla Prawa i Sprawiedliwości, a szczególnie zwolenników tej partii, Jarosław Gowin był partnerem strategicznym, ale inaczej niż Ziobro nigdy nie był uważany za „jednego ze swoich”, a tym samym dotknięty był też dużą dozą nieufności.

Ewentualne wykluczenie gowinowców z obozu Zjednoczonej Prawicy w wyborach w 2023 roku nie wywołałoby takiego zniechęcenia części wyborców jak mogłoby spowodować zerwanie współpracy PiS z Solidarną Polską, a spora część sympatyków PiS zapewne uznałaby to za dobry ruch.

Mniej więcej więc od wczesnej jesieni ubiegłego roku Jarosław Gowin szykuje więc alternatywę dla swojego ugrupowania, wznawiając wówczas rozmowy z przedstawicielami opozycji – w tym przede wszystkim Władysławem Kosiniak-Kamyszem. To właśnie dokleję gowinowców do PSL-Koalicji Polskiej jeszcze przed końcem kadencji wśród części ludzi wicepremiera Gowina uważa się za całkiem realny wariant.

Problem Gowina leży jednak w braku własnej tożsamości politycznej i zaplecza. Choć w konflikcie z Adamem Bielanem, usiłującym przejąć władze w Porozumieniu za Gowinem opowiedziała się większość parlamentarzystów Porozumienia, to jednak w przypadku opuszczenia Zjednoczonej Prawicy i przejścia na stronę opozycji wicepremier z Krakowa mógłby liczyć na pociągnięcie za sobą prawdopodobnie nie więcej niż 3-4 posłów.

Upiorna miłość pod czerwoną szturmówką

Postkomunistycznej lewicy mistrzowsko udał się przeprowadzony w ostatnich latach „re-branding”. Ugrupowanie mocno zakorzenione w systemie...

zobacz więcej

Co więcej, słabość ugrupowania Gowina jest też doskonale znana i jego potencjalnym partnerom stąd wicepremier z Krakowa, w ostatnich dniach próbuje zrobić to co od lat robił Zbigniew Ziobro, a co on sam zaniedbał - stworzyć wrażenie, de facto całkowicie fałszywe, dysponowania realną siła polityczną, która lokowałaby się w centrum sceny politycznej. Stąd też podczas sobotniej konwencji Porozumienia zapowiadał tworzenie centroprawicowego ugrupowania, które może przebudować Polskę.

Deklaratywne zapowiedzi Jarosława Gowina, podparte zręcznym spinem do niektórych dziennikarzy, powielających teorie o „nowoczesnej partii centroprawicy” czy też dziesięciu posłach, którzy mają opuścić PiS, są w rzeczywistości pomysłem na grę polityczną, nie mającą jednak odniesienia w realiach. Przypomnę, że teza o 8-10 posłach, którzy mieli odejść z PiS wraz z posłem Lechem Kołakowskim była podgrzewana przez gowinowców i część mediów już kilka miesięcy temu. Cała akcja skończyła się po rozmowach kierownictwa PiS z grupą „buntowników”.

Czy Prawo i Sprawiedliwość będzie potrafiło zakończyć kryzys w koalicji rządzącej czy tez, jak twierdzi „Gazeta Wyborcza” agonia potrwa do przełomu 2022/2023, gdy zmęczeni sobą koalicjanci ostatecznie wezmą rozwód? Najmniej dziś prawdopodobnym wariantem są wcześniejsze wybory, ale w sytuacji, w której Zjednoczona Prawica dalej będzie pogrążać się w konfliktach, rezygnując z reformowania państwa – wyścig parlamentarny w 2023 roku przegra nie z tyle z wciąż nieudolna opozycją, ale przede wszystkim z rozgoryczeniem własnych wyborców.

źródło:
Zobacz więcej