RAPORT

Wojna na Ukrainie

„Seksbiznes a sprawa polska”. Tekst, który spowodował nagonkę na Kuczyńską

Z lewicowych stron kasowany jest artykuł Kuczyńskiej (fot.  Shutterstock/Tero Vesalainen; PAP/Paweł Supernak)
Z lewicowych stron kasowany jest artykuł Kuczyńskiej (fot. Shutterstock/Tero Vesalainen; PAP/Paweł Supernak)

Urszula Kuczyńska wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że padła ofiarą „nagonki, jaką rozpętało środowisko związane z seksbiznesem, wspomagane sojusznikami z anarchizujących kolektywów”. Z lewicowych stron kasowany jest artykuł Kuczyńskiej, w którym zwraca ona uwagę na problem krzywdzenia, wykorzystywania i sprzedawania kobiet. Za zgodą autorki prezentujemy jej tekst w całości.

Rewolucja pożera własne dzieci. Działaczka pod ostrzałem, bo używa słowa „kobieta”

Działaczka Lewicy Urszula Kuczyńska znalazła się w ogniu krytyki za wywiad udzielony przez nią w grudniu ub.r. W rozmowie z „Wysokimi Obcasami”...

zobacz więcej

Kiedy w 2015 roku powstała Partia Razem, w naturalny sposób przyciągnęła do siebie osoby i środowiska lewicujące, „osierocone” przez bezideowość i liberalny sznyt partii politycznych, które określały się jako lewicowe w tamtym okresie.

Jako opozycyjna partia pozaparlamentarna, w czasie, kiedy w polskim parlamencie nie zasiadał nikt, kto mógłby się określić jako reprezentant szeroko rozumianej lewicy, Razem skupiła się na tym, by tworzyć program – ale nie program wyborczy a raczej program polityczny dla nowej lewicy w Polsce. W gronie rozsianych po całym kraju członków i członkiń, w ramach tworzonych struktur odbywały się gorące, światopoglądowe dyskusje owocujące publikacją stanowisk i innych dokumentów określających kierunek, w jakim zmierzać będzie organizacja. Z perspektywy czasu widzę jak bardzo owocny – nie tylko dla samego Razem, ale dla tysięcy osób, które przewinęły się przez spotkania otwarte, debaty i wykłady – był to czas.

Razem wiele uwagi poświęcała wówczas tzw. kwestii kobiecej, feminizmowi. W 2016 roku zorganizowany przez działaczki Razem #czarnyprotest nadał zresztą całemu ruchowi ogromnego rozpędu. Nie będzie przesadą napisać, że #czarnyprotest i Strajk Kobiet to był czas, kiedy polski feminizm w ogóle wrócił do życia i świadomości społecznej. Na tej fali samo Razem zaistniało w polskich mediach jako partia polityczna niosąca równouprawnienie na sztandarach i realizująca je w praktyce. Do tej pory Razem pozostaje zresztą jedyną partią polityczną w polskim parlamencie, gdzie działają wewnętrzne parytety i zasada suwaka.

W ramach tych około-kobiecych dyskusji i debat, Razem chciało też wypracować stanowisko dotyczące branży usług seksualnych. Działaczki, które podjęły się sformułowania pierwszej wersji dokumentu, zwróciły się o pomoc do koalicji Sex Work Polska, które wskazało swoją ekspertkę w temacie. Nie byłam wówczas w prace programowe zaangażowana bezpośrednio, wciąż była ze mnie bardziej aktywistka niż polityczka i wydarzenia znam z drugiej ręki, ale z tego, co zrozumiałam wskazana przez SWP ekspertka przedstawiła postulaty koalicji jako wiążące i odmówiła dalszej dyskusji na ich temat. Albo Razem przyjmie je w całości, jak są, bez pytań i kwestionowania, albo no, dziękujemy za współpracę. Razem faktycznie za współpracę podziękowało, ale skoro znane było stanowisko koalicji, to poddano je wewnętrznej dyskusji. I rozpętało się piekło, z którego nie zrodził się ostatecznie żaden dokument (co było i do dziś pozostaje w organizacji ewenementem) a jedynie głęboki podział. Wzdłuż linii tego podziału dopiero teraz tak naprawdę krystalizują się konkretne stanowiska oparte na czymś więcej niż towarzyskich lojalnościach i intuicjach, które wcześniej nie miały nawet swoich nazw.

Jeśli opisuję tutaj tę sytuację, to dlatego, że jest niezwykle emblematyczna i stanowi świetny obraz tego, w jaki klimat i jakie warunki społeczne natrafia w Polsce dyskusja na temat branży usług seksualnych.

Czytaj także: Kuczyńska: Za nagonką na mnie stoi środowisko związane z seksbiznesem

Rozłam na lewicy. Razem wydaje oświadczenie i przeprasza

Na lewicy nastąpił rozłam, wywołany „transfobiczną” wypowiedzią o „osobach z macicą”. Partia Razem wydała oświadczenie, w którym osoby trans,...

zobacz więcej

Zacznijmy od stanu prawnego, który wyznacza w dużym stopniu realia życia: prostytucja jest w Polsce zdekryminalizowana, nie grożą za nią żadne sankcje karne, czy administracyjne. Nielegalne są w świetle prawa sutenerstwo, czyli czerpanie korzyści z usług seksualnych realizowanych przez inne osoby; stręczycielstwo, czyli nakłanianie do uprawiania prostytucji oraz kuplerstwo, czyli ułatwianie jej uprawiania (art. 204 kk).

Dekryminalizacja prostytucji w polskim prawie oznacza, że nie jest ona w żaden sposób regulowana: państwo uznaje jej istnienie, nie decyduje się jednak na osobne przepisy jej dotyczące. Rezygnuje z czerpania z prostytucji korzyści w postaci podatków, bo to stawiałoby je w pozycji sutenera, ale jednocześnie pozostawia osoby w prostytucji samym sobie. Jest to przypadek dwójmyślenia na szczeblu państwowym: wszyscy znamy choćby reklamy tych przybytków, gdzie panowie płacą za wypicie drinka w miłym towarzystwie pań i których adresy zna każdy taksówkarz.

Państwa, w których prostytucję zalegalizowano tak jak w Holandii, Niemczech, czy Wielkiej Brytanii czerpią z niej korzyści w postaci podatków właśnie, ale i poddają branżę usług seksualnych osobnym regulacjom. Ingerują poprzez np. licencjonowanie i ograniczanie liczby domów publicznych działających na danym terenie jak Queensland w Australii lub wytyczanie stref, w których prowadzenie domów publicznych jest legalne, jak np. w Kanadzie. Osoby pracujące w prostytucji są dzięki temu chronione przez prawo pracy w imię dewizy, że “sex work is work”, czasem są też chronione przez dodatkowe przepisy. Taki model w zasadzie wszędzie zaoowocował swoistymi patologiami: np. w australijskim Queensland, gdzie podaż usług seksualnych spadła wskutek regulacji, powstał cały ekosystem domów publicznych działających w szarej strefie; kanadyjskie Vancouver boryka się ze skutkami gettoizacji związanej z wyznaczaniem stref.

W ten krajobraz trafia Sex Work Polska z postulatami pełnej dekryminalizacji, czyli zmiany kodeksu karnego tak, aby przestał uznawać sutenerstwo, stręczycielstwo i kuplerstwo za przestępstwo. Postulowana dekryminalizacja oznacza też brak zgody na legalizację, czyli domyślny sprzeciw wobec objęcia świata handlu usługami seksualnymi osobnymi regulacjami jak to zrobiły wspomniane powyżej kraje – z czym reprezentantki Sex Work Polska zresztą wcale się nie kryją. Postulowane jest bezwarunkowe uznanie, że “praca seksualna to praca” jak każda inna a w internetowych dyskusjach fruwają stwierdzenia, że właściciel domu publicznego jest po prostu jak właściciel restauracji.

Przykład, na jaki się powołują jako bliski ideału to przykład Nowej Zelandii. Na początku XXI wieku faktycznie zdekryminalizowano tam prostytucję i sutenerstwo, choć stręczycielstwo pozostało przestępstwem. Jedyna dodatkowa regulacja to konieczność rejestrowania domów publicznych, gdzie pracują więcej niż cztery osoby i zakaz zatrudniania osób poniżej 18 roku życia. Duża część dokonanych dotąd ocen skutków nowozelandzkiego podejścia do prostytucji zawiera zastrzeżenia dotyczące “specyfiki lokalnych warunków” jako warunków odizolowanej ostrą polityką migracyjną wyspy, położonej na Antypodach zglobalizowanego świata. Od tego zastrzeżenia nie ucieka nawet Johanna Brenner, socjalistyczna feministka, która wypowiadając się pochlebnie o polityce Wellington w eseju “Is prostitution like any other service work?” jednocześnie powątpiewa w możliwość przetransponowania tego modelu z dobrym skutkiem w inne miejsca. Chyba słusznie, zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, że nawet tam bezlitosna logika liberalnego kapitalizmu sprawiła, że największym beneficjentem zmian nie są kobiety z branży a wielki kapitał płci męskiej, w Wellington i Auckland znany jako bracia Chow.

Asystentka posła Razem zwolniona. Chciała nazywania kobiet „kobietami”

Urszula Kuczyńska przestała pełnić funkcję asystentki społecznej posła Macieja Koniecznego – poinformowała rzeczniczka Lewicy Razem Dorota Olko. To...

zobacz więcej

Istnieje jeszcze jeden model prawny regulujący zjawisko branży usług seksualnych, który stoi w całkowitej sprzeczności z postulatami Sex Work Polska i jest to tzw. model nordycki przyjęty – z modyfikacjami – przez Szwecję, Norwegię, Islandię a w 2016 również przez Francję.

Jest to model odwracający całą logikę postępowania: o ile bowiem model legalizacyjny i model nowozelandzki uznają istnienie prostytucji za stały element społecznego krajobrazu i zajmują się zabezpieczeniem minimum praw i bezpieczeństwa osób, które ją wykonują, o tyle model nordycki jest pomyślany według logiki marksizmu.

Jak wskazuje francuska filozofka Saliha Boussedra, Karl Marks konsekwentnie zaliczał prostytutki do lumpenproletariatu – grona osób, które zostały przez warunki życia w drapieżnym kapitalizmie poniżone tak bardzo, że musiały zrezygnować z części własnych praw.

W „Rękopisach ekonomiczno-filozoficznych” z 1844 Marksa, znajduje się fragment, który z perspektywy czasu można uznać za kamień węgielny abolicjonistycznego podejścia do prostytucji. Przerzuca on bowiem punkt ciężkości i zainteresowania z osób parających się prostytucją – na przemoc systemową zawartą w relacji klient-prostytutka. Marks upatruje sedna problemu w tym, kto z trwania tego systemu korzysta i pisze że „prostytucja to relacja, w której upokorzona zostaje nie tylko kobieta, ale i jej klient, na którym spoczywa tym większa hańba” [tłum. autorki z jęz.fr.]. Według Boussedry, Marks nie postrzegał prostytucji jako pracy i tym bardziej nie dostrzegał w niej niesionego przez dzisiejszy liberalny feminizm na sztandarach potencjału do upodmiotowienia kobiet.

Czytaj także: Pseudokibice zajmowali się handlem ludźmi. Zatrzymano 10 osób

Nordyckie podejście do prostytucji, znane też jako abolicja, zostało pomyślane właśnie w tym duchu: w duchu przeniesienia uwagi – i winy – z osób świadczących usługi seksualne na konsumentów jako aktorów systemu reprodukującego zawartą w relacji prostytutka-klient przemocy. I tak, uznając prostytucję za – jak określa to Johanna Brenner – najwyższą formę seksizmu, model nordycki penalizuje klientów prostytutek jako tych, którzy nadużywają swojego przywileju względem osób zmuszonych przez rozmaite czynniki wyzbyć się części swoich praw.

Wczesne, marksistowskie intuicje co do dżenderowej natury zjawiska, rozwinięte przez rewolucjonistkę Aleksandrę Kołłątaj, znajdują zresztą potwierdzenie w liczbach. W roku 2013, kiedy we Francji rozgorzała debata nad przedłożoną parlamentowi ustawą o wprowadzeniu prostytucyjnej abolicji, w sam środek dyskusji trafiły badania wskazujące, że aż 85% osób świadczących usługi seksualne w kraju to kobiety a 99% klientów – to mężczyźni. Po długich perturbacjach i wyczerpującej debacie, za sprawą socjalistek i socjalistów, prawo abolicyjne w trapionej rosnącym rozwarstwieniem społecznym Francji weszło ostatecznie w życie w 2016 roku. Zakłada nakładanie grzywien w wysokości 1500 euro na mężczyzn kupujących seks.

Jest jakaś żelazna konsekwencja w fakcie, że rządzona przez gospodarczych liberałów Francja decyduje się na wdrożenie sponsorowanej przez socjalistkę Maud Olivier legislacji, która logice liberalizmu stawia wyraźną granicę. Francja – historyczna ojczyzna praw człowieka – ponownie wyznacza tę granicę tam, gdzie w grę wchodzą wartości rewolucji 1789: wolność (w tym seksualna), równość (w tym płci), braterstwo i siostrzeństwo.

Biedroń w ramach protestu przemalował włosy. „Lewica na ścieżce do 1-proc. poparcia” [WIDEO]

Europoseł i lider Wiosny Robert Biedroń w ramach protestu przeciwko niedostatecznej jego zdaniem edukacji seksualnej w Polsce przemalował włosy na...

zobacz więcej

Co znamienne, jako argument we francuskiej dyskusji pojawiło się też m.in. stanowisko Amnesty International, największego watchdoga praw człowieka na świecie, w którym organizacja nawołuje do globalnej dekryminalizacji prostytucji. Co jeszcze bardziej znamienne, we Francji – zwłaszcza w środowiskach lewicy – bardzo głośno wybrzmiały głosy krytykujące ten dokument. Z perspektywy czasu, można pokusić się o podejrzenie, że informacje o tym, że przy formułowaniu stanowiska dekryminalizacyjnego Amnesty pracowała m.in. Alejandra Gil (działaczka Global Network for Sex Work Projects, skazana przez sąd w Meksyku na 15 lat więzienia za zmuszanie ok. 200 kobiet do prostytucji), popchnęły Francuzki w przeciwnym niż rekomendowany przez watchdoga kierunek. Jest bowiem jasne, że interes pracownic jest sprzeczny z interesem pracodawczyń i dlatego górników reprezentują ich związki zawodowe a nie lobby właścicieli kopalń.

Pozycje lewicowe to zresztą nie jedyny punkt wyjścia dla sprzeciwu wobec postulatów dekryminalizacji. Krytykował je również Darren Geist z uniwersytetu Princeton, który w listopadzie 2016, opierając się na raportach m.in. z Nowej Zelandii wskazywał na pułapki podejścia legalizacyjnego i dekryminalizacji. W czasopiśmie „Dignity” donosił o wskazanych przez nowozelandzką policję trudnościach w zbieraniu danych na temat branży, braku dowodów na to, by przemoc wobec osób w prostytucji spadła w wyniku wprowadzenia zmian prawnych oraz o wynikach badań, które pokazują, że w wyniku dekryminalizacji osoby handlujące seksem wcale nie zgłaszają wyrządzonych im krzywd chętniej niż poprzednio.

Nie śledziłam francuskiej dyskusji na bieżąco. W roku 2016, kiedy Paryż głosował nad ustawą abolicyjną, polskie kobiety – w tym ja – były zajęte obroną rzeczy jeszcze bardziej podstawowej niż prawo do wolności seksualnej: całkiem dosłowną obroną swojego życia przed zakusami religijnych fundamentalistów z Ordo Iuris. Poznaję tę debatę post factum i jestem zafascynowana jej jakością i ilością poruszanych w niej wątków, w tym wątkiem praw pracowniczych, tak ważnych w kraju wciąż silnych związków zawodowych.

O organizacji STRASS zrzeszającej we Francji osoby z branży seksualnej jest w 2020 znów głośno. Abolicja, która weszła w życie 2016, nie pozbawiła pracownic wolności do zrzeszania się. STRASS jako silny głos liczącego ok. 30 tys. osób środowiska walczy właśnie z francuskim rządem o odszkodowania za przychód utracony w wyniku związanej z pandemią koronawirusa kwarantanny. Kibicuję im bardzo gorąco, również dlatego, że jak widać – klucz do upodmiotowienia osób zajmujących się prostytucją leży gdzie indziej niż w absolutnym wycofaniu się państwa z regulacji wykonywanego przez nie zajęcia.

I tutaj wracamy na polskie podwórko. Wątek praw pracowniczych przewija się bowiem często przez toczone dyskusje. Problem z poruszaniem tego wątku w polskich realiach jest natury dwojakiej: po pierwsze, nie dotyczy on tylko branży seksualnej. Polska to kraj o jednym z najniższych stopni uzwiązkowienia pracowników w większości sektorów gospodarki, bez względu na ich legalność. Po drugie, środowisko SWP gra tym argumentem cynicznie: chętnie wykorzystuje go jako wabik ze świadomością, że to sprawa istotna dla wszystkich osób o lewicowym światopoglądzie a jednocześnie samo ma do uzwiązkowienia bardzo ambiwalentny stosunek.

Czytaj także: Chiny: Parlament przegłosował likwidację ośrodków dla prostytutek

Posłanka Lewicy stanęła po stronie prawdy. Spotkał ją hejt za słowa o Niezłomnych

Posłanka Lewicy Monika Pawłowska napisała na Twitterze, że „naszym obowiązkiem jest nie pozwolić zapomnieć – o każdym kto walczył o wolną Polskę”....

zobacz więcej

Nic tego nie ilustruje lepiej niż „Doświadczalnik” – wydana za pieniądze Funduszu Feministycznego publikacja, która ma być podręcznikiem i przewodnikiem dla osób z branży seksualnej w Polsce. „Doświadczalnik””, jak wskazują jego autorki, skupia się na zajęciach, które w większości są legalne: są tam historie osób zarabiających na rozbieraniu się w internecie, masażystek erotycznych, erotycznych tancerek, osób działających na własny rachunek i pracownic agencji towarzyskich, które same bardzo często wskazują, że ich relacje z “przełożonymi” poprawia fakt, że podczas, gdy one nie robią w świetle prawa nic złego, ich przełożeni i owszem.

W „Doświadczalniku” ten argument często pojawia się jako realnie poprawiający pozycję dziewczyn względem mocodawców i jako wykorzystywana przez nie karta przetargowa. W całym dokumencie znajdujemy z kolei tylko jedną wzmiankę na temat organizacji pracowniczej i jest to na dodatek wzmianka nieprawdziwa, według której prawo do zrzeszania się miałyby mieć tylko osoby zatrudnione na umowę o pracę. Tymczasem, od 01.01.2019 roku do związków zawodowych mogą wstępować wszyscy zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych, czyli również opisywane przez „Doświadczalnik” masażystki i tancerki erotyczne, czy cam-girls. OZZ Inicjatywa Pracownicza jest zresztą prowadzony z myślą o takich osobach i do działania międzysektorowego. Ponieważ publikacja podaje fałszywe informacje na temat możliwości zrzeszania się, siłą rzeczy nie ma w niej nic, co zachęciłoby kobiety z branży seksualnej do działania na rzecz własnych praw pracowniczych, choć – jak twierdzi samo SWP – „praca seksualna to praca”. To pozwala sądzić, że w wezwaniu do zrzeszania się, SWP nie chodzi wcale o walkę kobiet na rzecz poprawy własnego bytu a raczej na rzecz agendy SWP, czyli całkowitej dekryminalizacji prostytucji i zajęć pochodnych.

Bardzo to wąskie pojęcie i rozumienie praw, pogarszane tylko przez publikacje działaczek i osób związanych z SWP w mediach głównego nurtu, takich jak Krytyka Polityczna i Duży Format. W Krytyce Politycznej pojawił się bowiem tekst Świętej Ladacznicy, kojarzonej dobitnie ze środowiskiem SWP, w którym nawołuje ona do dekryminalizacji, bo … pragnie zatrudnić szofera i zostać właścicielką burdelu. W czasie pandemii, Duży Format z kolei opublikował tekst o sytuacji w branży seksualnej, gdzie w czasie, kiedy dochodu pozbawione były miliony osób pracujących jako fryzjerki, kelnerki, barmanki, czy prekariuszki sektora kultury, dziewczyna o pseudonimie Medroxy chwaliła się, że u niej trwają żniwa, bo w ciągu tygodnia zarobiła 10 tysięcy złotych.

Równolegle, działaczka feministyczna Maja Staśko promowała prowadzoną przez Sex Work Polska zbiórkę środków dla osób z branży seksualnej, które zostały na lodzie. Zbiórka wciąż trwa, stawiane jej cele finansowe są wciąż przesuwane i na dziś (21.06.2020) uzbierało się na niej tyle, ile Medroxy zarobiła w dwa i pół tygodnia.

To stawia pytanie o to, w czyim interesie działa tak naprawdę Sex Work Polska. Nie przeczę bowiem, że część kobiet – ta o odpowiednim kapitale społecznym i kulturowym – zarabia w branży seksualnej dobre pieniądze, ciesząc się przy tym niezależnością. Czy jest to prawda dla większości osób parających się sex-biznesem? Badania i statystyki temu przeczą. Gdybym była złośliwa, to powiedziałabym wręcz, że o ile organizacje LGBT w żadnym momencie nie prowadziły „promocji homoseksualizmu”, o tyle Sex Work Polska jak najbardziej prowadzi promocję prostytucji jako drogi do awansu finansowego. Wskazują, na to zresztą rzucane przez działaczki komentarze, że „jak już się zmęczy w tej Żabce, to przyjdzie do nas a wówczas wręczymy jej »Doświadczalnik« w łapkę”.

Niesiołowski o prostytucji: To jest przestępstwo, ten proceder trzeba likwidować, a nie wspierać

– To jest przestępstwo i nie widzę powodu, żeby przed przestępczością się uginać. Ten proceder trzeba likwidować, a nie w pewnym sensie wspierać –...

zobacz więcej

Okropna jest świadomość, że ktoś, kto ma się za feministkę i działaczkę – zamiast zawalczyć o lepsze zabezpieczenia socjalne dla kobiet, bez względu na sposób zarobkowania, a niechby i dla własnej grupy szczególnie! – jest w stanie życzyć kobietom tak drapieżnych stosunków pracy we współczesnym kapitaliźmie, aby prostytucja okazała się wybawieniem. A następnie przykrywa swoje zachowanie organizacją doraźnej zrzutki.

Widzę w tym pokłosie liberalnej polityki tożsamości, która czyniąc z nas plemiona i wiążąc towarzyskimi lojalnościami uniemożliwia poważną rozmowę na temat tego, gdzie kończy się dobro i interes jednej grupy a zaczyna dobro i interes drugiej – znacznie zresztą szerszej i nie dającej się już tak łatwo zdefiniować jako „najbardziej nieuprzywilejowana i prześladowana”.

Interes działaczek SWP, które patrząc na ich działania łatwo uznać za arystokrację pracy w branży seksualnej, może bowiem – i w mojej ocenie stoi – w sprzeczności z interesem kobiet w ogóle. Jeśli bowiem mam wybierać pomiędzy prawem Świętej Ladacznicy do zostania burdelmamą a prawem kobiet do walki o świat wolny od seksizmu i uprzedmiotowienia ich i ich ciał, to nie mam wątpliwości, po której stronie stanąć. Jak widać, takie wątpliwości opuściły też Francuzki i wiele innych feministek w Europie. O zabezpieczenie i upodmiotowienie najbardziej nieuprzywilejowanych grup można i trzeba walczyć, i trzeba to robić na wiele sposobów, jak choćby wprowadzając bezwarunkowy dochód podstawowy, czy dbając o to, by się zrzeszały w związkach zawodowych, niekoniecznie zaś kłaniając się żądaniom możliwości posiadania szofera.

Nie będzie przesadą napisać, że do niedawna polska debata o prostytucji nie istniała. Tak, jak w mojej opowieści o tym, co wydarzyło się w Razem, w tej „debacie” po prostu wciąż mówiły te, które miały głos, bo były fajne i zdołały przekonać innych, w tym kolegów i koleżanki w liberalnych mediach, że to ich należy słuchać i nie zadawać pytań, bo przecież skoro „moje ciało – mój wybór” to „praca seksualna to praca” .

Ta liberalna opowieść w duchu gender studies i polityki tożsamości okazała się na tyle nośna, że uwierzyła w nią i część lewicy. Nie mam tu zamiaru rozprawiać się z liberalnymi mitami o wolnej woli i wolności wyboru. Każda marksistka i każdy socjalista wie, że aborcja to prawo wynikające z innych przesłanek niż ten pozór wolnego wyboru, którym karmi nas liberalny kapitalizm i że nie każdy sposób na przetrwanie w patriarchalnym kapitaliźmie jest pracą. Na szczęście, monopol na jedną, jedyną i niepodważalną, liberalną prawdę zaczyna powoli pękać, po części również dlatego, że pewność swojego i pewność, że racja jest tylko „ich” zgubiła SWP tak, jak w 2016 zgubiła Ordo Iuris.

Doszło bowiem do sytuacji, w której tłumaczka „Mojego życia w drodze” Glorii Steinem, Anna Dzierzgowska, wbrew zasadom sztuki, uznała za stosowne opatrzyć fragment książki dotyczący prostytucji przypisem sugerującym, że … Gloria się myli krytykując kobiety, które błędnie upatrują w prostytucji i jej wielu współczesnych twarzach elementu emancypacyjnego. Wydawnictwo musiało przeprosić czytelniczki. W drugim wydaniu książki przypis zniknął.

Czytaj także: Papież Franciszek: Prostytucja to choroba ludzkości

Czy mężczyźni mogą menstruować, a Dzień Kobiet to transfobia? Afera na lewicy

Aferę na lewicy wywołały słowa działaczki, którą część tamtego środowiska uznała za transfobkę. Wszystko dlatego, że kobietę nazwała kobietą, a nie...

zobacz więcej

Doszło też do sytuacji, w której popularna Instagramerka – nataszakan – poszła na policję złożyć doniesienie o adresowanych do niej groźbach karalnych. Natasza śmiała bowiem poddać narrację SWP w wątpliwość i zadać kilka pytań, za co zalała ją fala obelg i gróźb pochodzących ze środowisk SWP i okolic.

Doszło też do sytuacji, w której SWP zaczęło rozsyłać po okręgach Partii Razem maile z wyrazami oburzenia odnośnie wydarzenia, które się … nie odbyło. W lutym 2020, Razem Wrocław chciało bowiem zorganizować spotkanie otwarte na temat branży usług seksualnych, na które zaproszono też dziewczyny, które nie mogły otwarcie, w trakcie internetowej transmisji, zidentyfikować się jako związane ze środowiskiem. Podjęto więc środki, aby zapewnić im możliwość anonimowej wypowiedzi. Niestety, Razem Wrocław ugięło się pod naciskiem SWP i temat spotkania zmieniono. Zachęcone sukcesem efektu mrożącego SWP, rozesłało korespondencję do innych okręgów protestując przeciwko ewentualnym chęciom organizowania takich spotkań w przyszłości. W Razem wre, już zupełnie nie na linii podziału za/przeciw dekryminalizacji a na linii za/przeciw możliwości poważnej rozmowy na interesujący społeczność członkowską temat.

I to jest moment, w którym chciałabym przytoczyć słowa profesorki Uniwersytetu Szczecińskiego, Ingi Iwasiów, które padły w jednej z internetowych dyskusji. Profesorka, feministka od lat zaangażowana w okołokobiece dyskusje i współpracownica “Zadry”, zauważyła cierpko, że może to najwyższy czas przestać udawać, że druga strona tej debaty nie istnieje i przestać próbować ją uporczywie uciszać.

Ja nie mam wątpliwości, że żadna feministka – liberalna, marksistowska, radykalna, czy jakakolwiek inna – nie jest wrogiem praw osób zarabiających na świadczeniu usług seksualnych.

Prostytucja to sprawa kobiet, ale nie tylko tych, które się nią bezpośrednio parają a dosłownie wszystkich – tak jak problemem każdej kobiety jest systemowy seksizm, którego prostytucja jest jednym z jaskrawych przejawów. Nie można zamknąć oczu na fakt, że przekrojowe badania firmowane przez Melisę Farley jednoznacznie wskazują, że 89% kobiet z 9 krajów porzuciłoby prostytucję natychmiast, gdyby tylko realnie miało taką możliwość. To ogromna grupa, o której SWP milczy prowadząc lobbying spod znaku „nikt nie lubi swojej pracy” a „praca seksualna to praca”.

Istnieje szerokie pole współpracy dla feministek wszelkiej maści – zarówno tych z SWP, jak i spoza, bez względu na model prawny, który preferują. Musi się odbyć dyskusja nad odpowiednimi osłonami socjalnymi i programami skierowanymi do tych 89% osób w prostytucji, które potrzebują alternatywy. Musi odbyć się dyskusja nad metodami walki o wprowadzenie wypracowanych w toku debat rozwiązań.

Wreszcie, musi się też odbyć dyskusja, w której wybrzmi jasno: prostytucja to zjawisko społeczne a nie jedynie „praca” . Potrzebujemy rzetelnej rozmowy nad przyczynami i skutkami trwania tego zjawiska w patriarchalnym świecie dla wszystkich kobiet – nie tylko dla tych, które wybierają świadczyć usługi seksualne i które są jego bezpośrednimi ofiarami, bądź – jak twierdzi SWP – beneficjentkami.

Ale jeśli czegoś się nauczyłam w toku mojej feministycznej edukacji, to dwóch bardzo prostych rzeczy: prostytucja jest równie stara jak patriarchat. Nie, nie jak świat, bo to kłamstwo, ale jak patriarchat.

I w żadnym momencie, sytuacji kobiet w tym patriarchalnym świecie nie zmieniły parające się prostytucją świątynną kapłanki, gejsze, kurtyzany i przysłowiowe Matki Courage. Tę sytuację zmieniły kobiety, które chciały z patriarchatem walczyć zamiast się w nim urządzać.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej