RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Mistrz przez duże „Ż”. Wielki nie tylko przed kamerami

Piotr Żyła potwierdził, że potrafi skakać na najwyższym poziomie (fot. Alexander Hassenstein/Getty Images)
Piotr Żyła potwierdził, że potrafi skakać na najwyższym poziomie (fot. Alexander Hassenstein/Getty Images)

Garbik, fajeczka, papryka i zbieranie Pokemonów. Niby wszyscy wiedzieli, że Piotr Żyła coś tam potrafi, ale większość kojarzyła go raczej z wygłupów przed kamerami niż wielkich sukcesów. Sobotni triumf ugruntował jego miejsce wśród najlepszych polskich skoczków wszech czasów.

Żyła w euforii po triumfie. „Oj, to był dobry dzień!” [WIDEO]

– Perfekcyjny dzień! Jestem niezwykle szczęśliwy. Wszystko wyszło jak należy. Cały dzień grałem na gitarze, miałem dużo energii. Musiałem to...

zobacz więcej

Był taki czas, całkiem niedawno zresztą, gdy ekscytowaliśmy się popisami Wojciecha Skupnia, Michała Bachledy czy Roberta Matei. Ten ostatni był kiedyś nawet liderem po pierwszej serii w Zakopanem, ale nie dźwignął presji, w drugiej skoczył najsłabiej… i spadł na 16. miejsce.

Piotr Żyła wygrał w karierze dwa konkursy Pucharu Świata, 17 razy stawał na podium, był częścią złotej drużyny z Lahti, a w sezonie 2016/2017 zajął drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni. Gdyby urodził się dziesięć lat wcześniej, nosilibyśmy go na rękach. A tak – rozpieszczeni sukcesami najpierw Małysza, potem Stocha i Kubackiego – traktujemy bardziej jak maskotkę, zabawnego kompana, któremu czasami uda się skok lub dwa, ale nade wszystko jest tym „od atmosfery”.

W pewnym stopniu, całkiem sporym zresztą, Żyła sam jest sobie winny. Odkąd w 2013 roku opowiedział Sebastianowi Szczęsnemu o „garbiku i fajeczce”, rozmowy z nim stały się widowiskiem. Dziennikarze pytają o rzeczy, o które nie pytaliby nikogo innego, a w zamian dostają odpowiedzi, których nikt inny by nie udzielił. Zamiast fachowej analizy poczynań na skoczni – opowieści o zbieranych Pokemonach, marynowanej papryce, granulatach, a nawet… „kostce od kibla, którą zeżarła córka”, a przez którą musiała jechać do szpitala.



Na co dzień też się uśmiecha. Jest duszą towarzystwa, w kadrze postacią wręcz ubóstwianą. Ci, którzy znają go lepiej, podkreślają jednak, że – jak każdy człowiek – ma również ciche momenty. Zamyka się wówczas w pokoju i… gra na gitarze. To jego największa pasja, o której zresztą zawsze chętnie opowiada dziennikarzom. Przyjaźni się z Maćkiem Kotem, z którym dzielił pokój przy okazji każdego wspólnego wyjazdu. To też o czymś świadczy: Kot to przecież chłopak spokojny, ułożony, zupełne przeciwieństwo roztrzepanego „Pietera”. Skoro nadają na tych samych falach, dialogi z Żyłą muszą czasem wychodzić poza „hehe” i „hihi”.

Inną twarz skoczka poznaliśmy zresztą w sezonie 2018/2019. Kilka miesięcy wcześniej tabloidy rozpisywały się o jego problemach z żoną, Justyną, z którą rozstał się ostatecznie po dwunastu latach małżeństwa. Zanim na horyzoncie pojawiła się kolejna miłość (Marcelina Ziętek), poprzednia skutecznie nie dawała o sobie zapomnieć (m.in. przez sesję w „Playboyu”, zatytułowaną: „Góralu, czy ci nie żal?”). Żyła, wyraźnie całą sprawą przytłoczony, na kilka miesięcy… zamilkł. Unikał rozmów, zasłaniał usta, a jak odpowiadał, to jednym zdaniem.

„Która twarz Piotrka jest prawdziwa?!” – pytali kibice i dziennikarze. Wszyscy dookoła tylko wzruszali ramionami. Nie wiadomo było, czy udawał wcześniej, czy udawał wtedy. Tak czy siak, jak zawsze, budził zainteresowanie. Bo to taki człowiek, którego albo kupuje się z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo przełącza kanał, gdy tylko staje do wywiadu. Obojętnych jest niewielu.

„Oryginał”, „swojski, normalny chłopak” – mówią jedni. Drudzy używają określeń zdecydowanie mniej sympatycznych. Ku uciesze tych pierwszych, Żyła wreszcie przemówił też na skoczni. Choć „wreszcie” to określenie o tyle niefortunne, że mówimy przecież o być może czwartym najlepszym Polaku w historii dyscypliny. „Postrzegany przez pryzmat śmieszka, a to wybitny skoczek” – zauważył Mateusz Leleń z TVP Sport, wyliczając sukcesy 34-latka.
Talent miał zawsze. I wielkie predyspozycje, szczególnie jeśli chodzi o siłę odbicia. Adam Małysz, który znany był przecież z mocnego wyjścia z progu, mówił, że Żyła go w tym elemencie znacząco przerasta.

Kiedyś, przed jednym z konkursów Pucharu Świata w Zakopanem, prezes Apoloniusz Tajner biegał z telefonem między dziennikarzami i pokazywał nagranie z Żyłą, który z miejsca wybił się niemal pod sufit. „Niebywałe, niebywały talent” – kręcił głową z niedowierzaniem, dziwiąc się, że skoczek nie robi takiej kariery, jaką zdaniem Tajnera (i nie tylko) robić powinien.

Sam Małysz w pewnym sensie namaścił zresztą „Pietera” na swojego następcę. Powtarzał mu: „rób swoje, trzymaj się swojego jednego pomysłu”. Żyła chwalił się dziennikarzom, że – jak Mistrz – zajada się bułką z bananem. Poziomu Małysza nie osiągnął i nie osiągnie, ale w sobotę bardzo pomógł swojemu sportowemu dziedzictwu.
W wieku 34 lat został najstarszym mistrzem świata w historii dyscypliny. Dziwne to o tyle, że sukcesu absolutnie nic nie zapowiadało. W środę, na trzy dni przed konkursem, Żyła plasował się w okolicach dziesiątego miejsca. W czwartek, na polecenie trenera Michała Doleżala, nasza trójka (Kubacki, Żyła, Stoch) odpoczywała. W piątkowych kwalifikacjach było przeciętnie (16. miejsce), dopiero w sobotniej serii próbnej udało się zająć czwarte miejsce. Mówiło się o Granerudzie, o Geigerze, Kobayashim, liczono na Kubackiego czy Stocha, ale Żyła?! Na ten pomysł nie wpadli nawet najwięksi optymiści.

Wielu wątpiło nawet po pierwszej serii. Skoczył świetnie, prowadził, ale nie brakowało komentarzy, że nie wytrzyma psychicznie. Że zawiedzie. Bo to przecież nieprzewidywalny Żyła, któremu zdarza się „spalić”, pogubić, zatonąć w nadmiarze myśli i presji. Gdy zresztą ostatni raz (i jedyny!) był w podobnej sytuacji, gdy rok temu w Engelbergu prowadził po pierwszym skoku, skończył na trzecim miejscu.

A jednak wygrał. Pewnie, bez ciułania punktów, bez większych nerwów. Skoczył i od razu wiedział, że to musi być złoto. Oszalał z radości.

Ile ten triumf znaczy dla niego – przekonaliśmy się w licznych wywiadach, których chętnie udzielał po wygranej. Ile znaczył dla całej kadry – pokazało nagranie, udostępnione przez należący do Adama Małysza portal Skaczemy.pl. Kubacki, Stoch i reszta wyglądali, jakby właśnie sięgnęli po drużynowe złoto. A przecież wygrał tylko jeden z nich. A przecież Stoch skoczył tak słabo, jak już dawno nie skakał. Przecież Kubacki bronił złotego medalu, błysnął w serii próbnej, a w konkursie był „dopiero” piąty. Stękała zajął 30. miejsce, Murańka nie awansował do najlepszej „trzydziestki”… Mimo tego wszystkim udzieliła się euforia Żyły.


– Dawid i Kamil mają swoje złote medale, no i ja też mam – mówił szczęśliwy.

Można się zastanawiać czy gra, czy udaje, czy zachowuje się przed kamerami tak, jak zachowuje się w szeroko rozumianym „domu”. Można analizować, na ile Piotr Żyła to medialna kreacja, a na ile szczery, radosny chłopak, któremu chaos w głowie nie pozwala na inne formułowanie myśli. Co do jednego nie ma jednak wątpliwości: czysta radość, jaką pokazał po sobotnim triumfie, była piękna i prawdziwa.

Wiele można o nim powiedzieć, wiele złego i dobrego, można go nie lubić, ale od teraz trzeba dodawać: „mistrz świata”. I tylko to się dla prawdziwego sportowca liczy.

źródło:
Zobacz więcej