RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Kiedy historyk boi się babci

Prof. Barbara Engelking i prof. Jan Grabowski są autorom książki „Dalej jest noc” (fot. arch.PAP/T.Gzell)
Prof. Barbara Engelking i prof. Jan Grabowski są autorom książki „Dalej jest noc” (fot. arch.PAP/T.Gzell)

Procesy sądowe mogą okazać się jedyną skuteczną metodą w walce o prawdę historyczną z autorami publikacji, w których – mocno naciągając fakty i manipulując archiwalnymi dokumentami – oskarżono Polaków o współudział w zagładzie Żydów. Dlaczego? W miejsce publicznej, naukowej debaty i konfrontacji – historycy krytyczni wobec ustaleń prof. Jana Grabowskiego stali się celem mającej zdyskredytować ich nagonki.

Świadkowie: Był bohaterem. W książce stał się szmalcownikiem

W warszawskim sądzie ma się odbyć we wtorek ostatnia rozprawa w procesie przeciwko socjolog prof. Barbarze Engelking i historykowi prof. Janowi...

zobacz więcej

Nieźle się zagotowało w lewicowym saloniku dziennikarsko-naukowym po tym, jak Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu: autorom książki „Dalej jest noc” przeproszenie Filomeny Leszczyńskiej, starszej już dziś kobiety, której krewny: Edward Malinowski, sołtys wsi Malinowa, został fałszywie pomówiony przez Grabowskiego i Engelking o współudział w zagładzie Żydów.

Wielki rejwach i „gwałtu rety”, bo „Babcia Filomena” i jej pełnomocnicy zdecydowali się wejść skutecznie w spór sądowy, zamiast – jak to nierzadko bywało w naszym kraju do tej pory – pokornie i w milczeniu znosić razy i wyzwiska od współpracowników Hitlera, antysemitów i żydożerców.

„Sala sądowa nie jest miejscem ustalania prawdy historycznej” – histerycznie grzmiała „Gazeta Wyborcza”, a grupa naukowców z PAN napisała, że „wolność prowadzenia badań naukowych jest fundamentem uprawiania historii”.

Wymowny wpis na Twitterze popełnił amerykański dyplomata, pracownik ambasady USA w Warszawie – Bix Aliu, zapewniający, że „ochrona wolności akademickiej ma kluczowe znaczenie dla demokracji. Otwarta debata akademicka na trudne tematy to ścieżka prowadząca do rozwiązywania sporów historycznych” i przekonujący, że Stany Zjednoczone zawsze będą stawać w obronie wolności akademickich. To akurat zabawne w świetle tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych i jak bardzo lewicowcy ubrani w szaty demokratów próbują tam wolność słowa, również na uczelniach, ograniczać.

Jednak wpis amerykańskiego dyplomaty – paradoksalnie wbrew jego intencjom – ma olbrzymie znaczenie.

Dzisiaj bowiem, podobnie jak ma to miejsce już od dłuższego czasu – prof. Grabowski i jego internacjonalistyczni apologeci dokładają starań, by uniemożliwić dyskusję na temat popełnionych przez niego i prof. Engelking błędów w pracach oskarżających Polaków o współudział w Zagładzie, a autorów badań naukowych demaskujących historyczne fałszerstwa pary autorów próbują zaszczuć i zniesławić.

IPN odpowiada na artykuł „NYT”: Nie zajmujemy się potępianiem książek

Sugestie zawarte w tekście Andrew Higginsa dowodzą, że nie zna on dorobku naukowego IPN albo został wprowadzony w błąd; Instytut – wbrew...

zobacz więcej

Historyk na wojnie. Przeciw wolności słowa.


Przykładów uciekania prof. Grabowskiego i prof. Engelking, autorów książki „Dalej jest noc” od debaty naukowej i zmierzenia się z krytycznymi dla ich opracowania wynikami badań naukowych innych historyków nie trzeba długo szukać. Kilkanaście miesięcy temu historyk Instytutu Pamięci Narodowej – dr Tomasz Domański w publikacji wydanej nakładem IPN pt. „Korekta obrazu?(...)”, opierającej się na bogatej kwerendzie w archiwach i analizie materiałów źródłowych, wytknął autorom „Dalej jest noc” szereg nieścisłości i przekłamań – pokazując wręcz łopatologicznie, w jakich twierdzeniach minęli się z faktami, pominęli źródła historyczne nie pasujące do ich tezy, czy też wręcz zmanipulowali je.

Do debaty na argumenty między badaczami nie doszło. Zarówno Grabowski, jak i Engelking nie zdecydowali się zmierzyć w otwartej, transmitowanej przez media publicznej dyskusji z Domańskim i skonfrontować – jak przystało na badaczy – wzajemne ustalenia i fakty.

Zamiast tego Grabowski znów przyjął linię obrony opartą na emocjach i deprecjonowaniu krytycznego wobec niego historyka. I tak zagrzmiał na łamach życzliwego mu portalu Jewish.pl, że „Zniesławienie Domańskiego doprowadziłoby go do sądu. Gdyby Polska była normalnym krajem. (…) Polska nie jest już normalnym krajem dla badaczy Holocaustu”.

Grabowskiemu nie podobało się chociażby upublicznienie prac Domańskiego w Muzeum Getta Warszawskiego. Można domniemywać, że powodem nerwowości historyka było ryzyko, iż z krytyczną recenzją jego „ustaleń” zapoznają się i być może będą chcieli je weryfikować także odwiedzający warszawską placówkę naukowcy z krajów UE czy Stanów Zjednoczonych. „Muzeum Getta Warszawskiego nie jest już normalnym muzeum – wraz z przybyciem dr. Domańskiego w roli »eksperta« stało się częścią nacjonalistycznej ofensywy na temat historii Zagłady” – ogłosił współautor „Dalej jest noc”.

Oberwało się też dr. Piotrowi Gontarczykowi, który w oparciu o historyczne archiwa zweryfikował prawdziwość kilku twierdzeń prof. Grabowskiego z „Dalej jest noc” i doszedł do wniosku, że facet najzwyczajniej w świecie… naściemniał. Na przykład w sprawie rzekomego udziału polskich granatowych policjantów w zagładzie Żydów w Bochni i wydawania ich w niemieckie ręce, co jak twierdził Grabowski, mieli czynić polscy funkcjonariusze. W rzeczywistości, jak wykrył Gontarczyk, badający także niemieckie dokumenty, Żydów nie prześladowali polscy policjanci, ale funkcjonariusze Żydowskiej Służby Porządkowej.

Gdy dr Gontarczyk opisał ten „błąd” Grabowskiego, a jego ustalenia trafiły na łamy izraelskiej prasy, natychmiast został na jej łamach zaatakowany przez Grabowskiego i oskarżony o bycie „ostrym polskim nacjonalistą”. Ten epitet miał zdezawuować krytycznego wobec Grabowskiego historyka i błyskawicznie zamknąć rozważania, jak było naprawdę i jak bardzo Grabowski z Engelking mylą się w swoich pracach.

A skoro wspomniałem o lewicowej międzynarodówce apologetów Grabowskiego, broniących go wbrew faktom i próbujących uniemożliwić dyskusję wokół jego ustaleń, to jeszcze jeden przykład (choć można ich wymienić znacznie więcej). W 2018 r Instytut Pamięci Narodowej planował wspólnie z polską ambasadą w Kanadzie zorganizować na Uniwersytecie w Ottawie prezentację wystawy: „Polacy ratujący Żydów”. Zareagował wykładający tam… prof. Grabowski. Wezwał swoich studentów, by sprzeciwili się organizacji ekspozycji i przeprowadzeniu wykładów na dotyczący jej temat; sam wystosował też list do dziekana Wydziału Sztuki Uniwersytety w Ottawie przekonując, że autorzy wystawy o Polakach ratujących Żydów zajmują się „zniekształcaniem świadomości historycznej’. Oberwało się też zaangażowanemu w polski projekt Jeffreyowi Cymblerowi, potomkowi polskich Żydów ocalałych z Holocaustu, którego Grabowski próbował zaszczuć w mediach społecznościowych, przypinając mu etykietkę: człowieka „wspierającego polskich nacjonalistów”.

Z bohatera zrobili szmalcownika i „nic się nie stało”. Tłumaczenia Engelking i Grabowskiego

Autorzy opracowania pt. „Dalej jest noc”, prof. Barbara Engelking i prof. Jan Grabowski we wtorek zostali przesłuchani przed sądem w Warszawie. –...

zobacz więcej

Czego boi się prof. Grabowski?


„W Polsce panuje przekonanie, że jeśli ktoś zajmuje się historią Holokaustu znaczy to, że nienawidzi Polaków” – mówił przed kilkoma dniami historyk Jan Grabowski w rozmowie internetowej tygodnika „Newsweek”. Przekonywał, że stał się celem ataków i zaszczuwania przez polskie władze i instytucje z nimi związane. To już wręcz standardowa reakcja historyka na próby podważania jego ustaleń i wskazywania popełnionych przez niego błędów warsztatowych

Zamiast publikacji przeprosin – czego domagają się internauci prowadzący na Twitterze akcję Grabowski: #PrzeprosBabcię mamy do czynienia z przewidywalną narracją samego prof. Grabowskiego. Narracją znaną, bo powtarzalną od lat, narracją, która nie ma nic wspólnego z historyczną debatą – więcej – stanowiącą mocną ucieczkę od takiej naukowej dyskusji i represjonującą interlokutorów. To zarazem gra na emocjach zwolenników, „wyznawców” pozwalająca Grabowskiemu kreować się na „ofiarę prześladowań”.

A przecież – z prześladowcami nie wchodzi się w dyskusje, czyż nie?

W ten sposób Grabowski zręcznie unika dyskusji z historykami, którzy w swoich pracach wykazali mu historyczne łgarstwa, ucieka też przed koniecznością zmierzenia się z twardymi faktami historycznymi i dowodami. Cała jego retoryka „historyczna” pozostaje więc wyłącznie w sferze podgrzewanych emocji, a w niej nie ma miejsca na chłodną analizę faktów i wydarzeń. Bo tego właśnie prof. Grabowski, jak się wydaje, boi się najbardziej.

Jasne, w wywiadach dla mediów prof. Grabowski przekonuje, że chodzi o wolność badań naukowychy i jego reputację. Z tą jednak ma poważny problem w gronie międzynarodowych, uznanych historyków. Na przykład prof. Bogdan Musiał, polsko-niemiecki historyk specjalizujący się dziejach Polski, Rosji i Niemiec, autor przełomowego dzieła „Kto dopomoże Żydowi”, analizującego niemieckie prawodawstwo dotyczące Żydów na ziemiach polskich, oceniał w rozmowie ze mną (opublikowanej na łamach „Do Rzeczy”) – „Ja sam, badając prześladowania ludności żydowskiej, odkryłem w jego (prof. Grabowskiego) publikacjach manipulacje. Początkowo naiwnie myślałem, że można z nim polemizować w tej materii. Ale okazało się, że kłamstwo uczynił metodą, a dyskusja z nim nie ma sensu. Jego książki są tyle warte, co papier, na którym zostały wydrukowane”.

Nowy szef Yad Vashem, krytykowany za rasistowskie poglądy

W Izraelu trwa spór wokół Efiego Itama, nominowanego na stanowisko dyrektora Yad Vashem. Krytycy zwracają uwagę, że ten były wojskowy nie ma...

zobacz więcej

Grabowskiego mit o 200 tys Żydów


Przeinaczanie faktów, naginanie ich do pasującej tezy, stawianie hipotez nie mających uzasadnienia w archiwach, wspomnieniach świadków i materiałach dowodowych rzeczywiście stało się ważnym elementem „prac naukowych” prof. Grabowskiego. Kilka dni temu w internetowej rozmowie dla red. Tomasza Lisa, naczelnego tygodnika „Newsweek” prof. Grabowski powtórzył swoją – skompromitowaną już przed dwoma laty tezę o rzekomych 200 tys Żydów, w większości uciekinierów z niemieckich gett, wymordowanych bądź wydanych przez Polaków w niemieckie ręce. Tyle, że to dane wyssane z palca, a prof. Grabowski nie potrafi ich poprzeć żadnymi wyliczeniami.

Skąd się więc wzięła ta liczba? Otóz w 2018 roku w piśmie „The Times of Israel” ukazał się artykuł Amandy Borschel-Dan; autorka – powołując się na rzekome ustalenia Szymona Dantera, polskiego historyka żydowskiego pochodzenia – przekonywała w nim, że ok. 200 tys. Żydów – uciekinierów z niemieckich obozów zostało później zamordowanych lub wydanych w niemieckie ręce przez Polaków. Gdy sprawa wywołała burzę, zajął się nią Jakub Kumoch, polski ambasador (wówczas w Szwajcarii, obecnie w Turcji) i przeanalizował prace Dantera. Wytknął więc, w mediach społecznościowych, że w żadnym z artykułów znanego historyka, w żadnej z jego publikacji takie dane nie padają. Więcej – że Danter twierdził, iż co najmniej połowa z owych uciekinierów mogła ocaleć wyłącznie dzięki polskiej pomocy.

W takiej sytuacji ambasador Kumoch skontaktowal się z autorką sensacyjnej publikacji „The Times of Israel” panią Amandą Borschel-Dan, a ta poinformowała go oficjalnie, że w rzeczywistości nie zapoznała się nigdy z publikacjami Dantera, bo nie zna też języka polskiego, a takie dane i wyliczenia miała otrzymać od... prof. Jana Grabowskiego.

Swoją drogą Jakub Kumoch sprawdził też dane i zródła, które dziennikarce miał podać Grabowski i szybko okazało się, że historyk dowolnie wykorzystał dane, mieszał je i przeinaczał, dowolnie korzystając z cytatów świadków, by ulegendować swoją wersję o 200 tysiącach żydowskich ofiar domniemanego polskiego antysemityzmu.

Uczciwie trzeba przyznać prof. Grabowskiemu, że kreując mit „200 tysięcy ofiar” nie był zbyt twórczy i można domniemywać, że powielił wcześniejszą narrację Tomasza Grossa, autora książki „Złote żniwa”. Gross w 2010 roku przekonywał, że Polacy zamordowali w czasie wojny 200 tys Żydów. Nigdy nie przedstawił żadnych dowodów, żadnych wyliczeń, które by to potwierdzały.

„Wszystko jedno czy napiszę, że Polacy zamordowali 100, 200 czy kilkadziesiąt tysięcy Żydów. Jedno i drugie oznacza dużo” – bezkrytycznie ogłaszał Gross w wywiadzie dla Polska The Times w marcu 2011. r.

Od tego czasu owa liczba funkcjonuje w publikacjach i wywiadach historyków lewicowych określających się jako „badacze Zagłady”, ewoluując też w zależności od potrzeb i kształtując się między 120 a 250 tys ofiar. Jedno co łączy te szacunki – nigdy żaden z ich autorów nie przedstawił dowodów i wyliczeń potwierdzających ich prawdziwość.

Nie udało się też tego dokonać profesorowi Janowi Grabowskiemu, stąd też ucieka – daleko w noc od debaty, dyskusji i weryfikacji faktów. A jego kłamstwa? Niestety dalej żyją własnym życiem.

Czytaj także: Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Wzrosła liczba Polaków uhonorowanych tytułem

źródło:
Zobacz więcej