RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Pozwólmy polskim przedsiębiorcom zarabiać

W Polsce coraz wyraźniejsze stają się protesty branży gastronomicznej i hotelarskiej (fot. Shutterstock/Prostock-studio)
W Polsce coraz wyraźniejsze stają się protesty branży gastronomicznej i hotelarskiej (fot. Shutterstock/Prostock-studio)

2021 rok może zdecydować, jak w kolejnej dekadzie będzie wyglądał polski mały i średni biznes.

Polska niespełna rok, Niemcy pięć lat, Włochy 20 – tyle czasu mamy odrabiać straty po pandemii

– Tarcze antykryzysowe zrobiły swoją robotę. Dzięki temu, jeśli sprawdzą się prognozy wzrostu w roku 2021, to około października odrobimy to, co...

zobacz więcej

Pandemiczne obostrzenia są koniecznością. Polski model ograniczeń, jeśli porównać go z wieloma europejskimi krajami, opiera się z jednej strony na dość lekkich obostrzeniach, a z drugiej – na wsparciu finansowym przede wszystkim dla biznesu. Nawet platformerska opozycja, tak chętnie krytykująca rząd Mateusza Morawieckiego pod każdym pretekstem, w tej akurat sprawie właściwie nabrała wody w usta.

Jeśli spojrzymy na mapę Europy, wiele krajów naszego kontynentu z jednej strony poszło w naprawdę twardą kwarantannę, która wciąż jest przedłużana. I niekoniecznie przy tym wykładają z budżetu aż tak duże jak Polska kwoty na tarcze antykryzysowe.

Protesty branży gastronomicznej i hotelarskiej


Ale nawet kraje od Polski bogatsze, jak Niemcy, które mogą sobie pozwolić na o wiele solidniejsze dofinansowanie z budżetu własnych firm, borykają się ze społeczną frustracją i niezgodą na pandemiczne obostrzenia. Widać zatem, że „pieniądze to nie wszystko”. I że nawet niemieckie społeczeństwo, uważane za tak niesamowicie zdyscyplinowane, nie jest pogodzone z obecnymi realiami.

Wróćmy na nasze podwórko. W Polsce coraz wyraźniejsze stają się protesty branży gastronomicznej i hotelarskiej. Można chować głowę w piasek, udawać, że nic się nie dzieje, ale najpewniej problem będzie narastał. Także dlatego, że restauratorzy i hotelarze mają po swojej stronie niemałą część opinii publicznej.

Komisja Europejska przewiduje głęboką recesję w UE

Gospodarka strefy euro skurczy się w tym roku o 7,8 proc., a przyszłoroczne odbicie wyniesie 4,2 proc. – wynika z opublikowanych w czwartek prognoz...

zobacz więcej

Długo by mówić o przyczynach tego stanu rzeczy, długo by mówić, dlaczego jako społeczeństwo akceptujemy właśnie protesty biznesu, a nie mamy zrozumienia dla protestów innych grup zawodowych. Jest to jednak fakt, który trudno w obecnej sytuacji lekceważyć.

Niezależnie od politycznych poglądów, niezależnie od tego, czy ktoś jest za PiS czy PO, za Polską 2050 lub Konfederacją, a po części także za lewicą – dobrze widać, że znaczna część Polaków i Polek chce, żeby zdjęto z naszego biznesu twarde obostrzenia. Chcemy jako społeczeństwo, żeby restauratorzy i hotelarze oraz ich pracownicy mogli znów zarabiać, otworzyć podwoje dla klientów. Choćby i „co drugi stolik, w maseczce”.

W zeszłym roku działało


Słyszałem nie raz i drugi głosy: skoro mogę iść do salonu prasowego, gdzie kręci się sporo i starszych, i młodzieży, to dlaczego nie mogę usiąść w restauracji i kawiarni? Przecież niemal cały zeszły rok to wszystko właściwie działo. Wielu ludzi ma przy tym poczucie, że tracą przede wszystkim małe lokalne i rodzinne firmy, że wielki biznes i tak sobie poradzi, szybciej wyjdzie na prostą. Mówią to nawet ludzie, którzy nie idealizują polskiego biznesu. Tego nie można lekceważyć, straty na długo mogą być nie do odrobienia. A przecież taki scenariusz nie jest niemożliwy. I to nie jest czysta abstrakcja. Znam przynajmniej jeden hotel w mieście średniej wielkości na zachodzie Polski, którego właściciel splajtował w pandemii. Ktoś go może wykupi, nie wykluczone, że jakiś zagraniczny biznes.

Lockdown nie zabił chęci do biznesu

W 2020 r. założono w Polsce 310,8 tys. firm. Nadal powstaje wiele spółek, ale spadł animusz do rejestracji osobistych działalności gospodarczych –...

zobacz więcej

Znam też realia w mniejszych miejscowościach w okolicach Zakopanego. I tam niejeden lokalny biznes jest już właściwie na wyginięciu. Czy naprawdę po fakcie chcemy się przekonać o skali tego spustoszenia?

Dla gastronomii problem i w tym, że rosnącą część jej zysków zaczynają coraz częściej przejmować gastroaplikacje, czyli de facto pośrednicy. To nie jest dobry układ, nie jest to też dobra wiadomość ani dla polskiej gospodarki, ani naszego fiskusa. To grozi uberyzacją gastronomii, a co za tym idzie – także mniejszymi wpływami do budżetu w kolejnych latach, słabnącą pozycją polskiej gastronomii wobec platform-aplikacji. Za wyższe marże tych pośredników zapłacą i restauracje/bary/puby i my, jako klienci.

To przypomina realia z początku lat 90


Problem ma też głębszy wymiar: niemała część poparcia ludzi do restauratorów, hotelarzy, biznesów żyjących z usług, turystyki i masowej rekreacji wynika z poczucia, że niektórzy nawet w pandemii świetnie się bawią. Ludzie ze znajomościami i z większymi pieniędzmi nadal jeżdżą w góry i na Mazury. I coś tam sobie wynajmują „u zaprzyjaźnionej rodziny”.

To się robi naprawdę schizofreniczne i niebezpiecznie przypomina realia z początku lat 90. Po jednej stronie ogromna większość, „szara masa” ludzi, którzy w pandemii właściwie nie mają gdzie pójść ze znajomymi, których dzieci spędzają ferie z tabletem w dłoni.

„Plastic tax” wesprze walkę z COVID-19. Pieniądze już są naliczane

800 euro za każdą tonę wytworzonych i niepoddanych recyklingowi opakowań z tworzyw sztucznych od tego roku będzie trafiać do unijnej kasy. Rada...

zobacz więcej

Po drugiej, znacznie mniej liczni, którzy w pandemii mimo wszelkich obostrzeń nadal jeżdżą na nartach i korzystają z mnóstwa innych zimowych atrakcji, goszczą się u wspomnianych „zaprzyjaźnionych rodzin”. I właściwie żyją tak jak zwykle, jakby żadnej pandemii nie było.

Ludzie świetnie zdają sobie z tego sprawę. I w wielu z nich budzi to złość nie mniejszą niż szczepienia celebrytów poza kolejnością.

Wreszcie otwarty bunt biznesu grozi ośmieszeniem i ukazaniem całej słabości tych ledwo już i tak przepracowanych instytucji publicznych, takich jak sanepid, od dawna zmagających się z brakami kadrowymi i niedofinansowaniem. A to z kolei będzie wiązało się ze znacznym obniżeniem autorytetu państwa – a już dziś nie słyniemy z przesadnego szacunku dla niego.

Nie da się ich wiecznie trzymać na budżetowej kroplówce


Rząd powinien w tym momencie wynegocjować z organizacjami pracodawców i związkami zawodowymi sensowne warunki otwarcia dla małego i średniego biznesu; dla tych branż, zwykle związanych z usługami, które przez pandemię mogą stracić najwięcej. Tym bardziej, że nie da się ich wiecznie trzymać na budżetowej kroplówce.

Dziś trzeba mocno postawić na sprawne i masowe szczepienia i stopniowo otwierać gospodarkę. Trzeba też solidnie dofinansować ochronę zdrowia w kolejnych latach. Inaczej może się okazać, że ekonomiczne, społeczne i instytucjonalne skutki pandemii będą faktycznie równie fatalne jak zdrowotne.

źródło:
Zobacz więcej