RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Bohater umęczony. Dlaczego Brzęczek musiał odejść

Przez dwa lata Jerzy Brzęczek nie odcisnął piętna na grze reprezentacji (fot. Getty Images)
Przez dwa lata Jerzy Brzęczek nie odcisnął piętna na grze reprezentacji (fot. Getty Images)

Być może Jerzy Brzęczek odniósłby na mistrzostwach Europy sukces, którym zamknąłby wszystkim wątpiącym usta, a Małgorzacie Domagalik pozwolił zostać najbardziej poczytną autorką w Polsce. Jednak raczej nie. Jego zwolnienie to najlepsze, co mogło się przydarzyć reprezentacji.

Jerzy Brzęczek nie jest już selekcjonerem reprezentacji Polski

Jerzy Brzęczek przestał pełnić obowiązki selekcjonera reprezentacji Polski – poinformował PZPN.

zobacz więcej

Bycie selekcjonerem reprezentacji Polski to nie jest łatwa praca. Strasznie niewdzięczna: oczekiwania ogromne, a potencjał – realistycznie do sprawy podchodząc – mniej więcej z drugiej czy trzeciej półki światowej. Daleko za Hiszpanią, Brazylią, Portugalią, Belgią, Anglią... Długo by wymieniać.

Odkąd na mundial do Korei i Japonii buńczucznie lecieliśmy „po medal” (a wróciliśmy na taczkach), tylko raz wielka impreza przyniosła kibicom nad Wisłą sporo radości: rozgrywane we Francji mistrzostwa Europy w 2016 roku. Pewny awans z grupy, wygrana po karnych ze Szwajcarią, niewykorzystana „jedenastka” Błaszczykowskiego w ćwierćfinale... Stało się jasne, że mamy piłkarzy zdolnych do tego, by utrzeć nosa najlepszym. Nie „samograj”, ale zespół, który – odpowiednio ułożony – może raz na jakiś czas dawać kibicom powody do dumy.

(Nie)kochany


„Dobrze ułożony” – to słowo-klucz. Nawałka miał trochę szczęścia, miał pewien pomysł, ale orłem taktycznym nigdy nie był. Uparty, przywiązany do jednego czy dwóch ustawień, rzadko reagował na wydarzenia na boisku. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że bardziej niż wymyślanie nowych wariantów stałych fragmentów gry interesuje go kształt stołu w bufecie czy skóra, z jakiej wykonane są krzesła w reprezentacyjnym autobusie. Stał się ofiarą własnych obsesji, zaczął piłkarzy zwyczajnie nimi zamęczać, przez co atmosfera – która była siłą tej drużyny przez kilka lat – wyraźnie siadła. Razem z nią również wyniki.

Mundial w Rosji był w naszym wykonaniu katastrofą. Odpadliśmy szybko, już po fazie grupowej, a kibice domagali się głowy selekcjonera. Następcą Nawałki został Brzęczek – kolejny z autorskich pomysłów Zbigniewa Bońka. „Skoro poprzednio się udało, czemu tym razem miałoby być inaczej?” – pytano, tłumacząc dość niespodziewaną decyzję prezesa PZPN. Trener, którego największym sukcesem było czwarte miejsce z Wisłą Płock na koniec sezonu 2017/2018, dostał więc, nieco wbrew logice, spory kredyt zaufania. Był w końcu kapitanem reprezentacji Polski, gdy grało w niej wiele silnych charakterów. Dużo w piłce widział i dużo na boisku rozumiał. Nawet jeśli można się było spodziewać większego nazwiska, trudno było ten wybór jednoznacznie krytykować.

W serialu „(Nie)kochani”, przygotowanym przez PZPN, sami piłkarze wskazywali – raczej „między wierszami” niż wprost – że nowy selekcjoner to taktycznie poziom wyżej niż Nawałka. Odprawy przepełnione były analizami, fachowymi uwagami, choć wielu kibiców spodziewało się raczej atmosfery rodem z szatni lat 90. – kilka „męskich słów”, głośne okrzyki, bardziej Janusz Wójcik niż Pep Guardiola.


Kłopot w tym, że Brzęczek ani nie miał w sobie uroku i charyzmy tego pierwszego, ani nie był wytrawnym strategiem jak ten drugi. W szatni, w której piłkarze słuchali na co dzień Kloppa, Heynckesa, Guardioli czy Allegriego, trudno było zaimponować opowieściami o pół-przestrzeniach i zbieraniu drugich piłek. Selekcjoner bardzo by chciał, by wszyscy byli wpatrzeni w niego jak w obrazek, ale... nie byli. Nie rozumiał tego, nie mógł się z tym pogodzić, a w konsekwencji zbłądził.

W pewnym sensie sam jest sobie winny. Zaczął pracę nieszczególnie do niej przygotowany, a każdy kolejny mecz był dla niego jak poligon. Wciąż się uczy – niewykluczone, że będzie całkiem niezłym trenerem klubowym, że jeszcze kiedyś wróci na fotel selekcjonera, ale wielu naszych reprezentantów nie może czekać. Nie chcą czekać. Brzęczek nie narzucił żadnej wizji. Żadnego stylu. Reprezentacja grała raz tak, raz tak, a po dwóch latach wszystko można o niej powiedzieć, ale nie to, że była „jakaś”. Oglądając kolejne mecze Polaków można było odnieść wrażenie, że selekcjoner co miesiąc budzi się z innym pomysłem i zamiast szlifować jedną-dwie opcje, ciągle szuka. Szukał długo, nie znalazł, trudno było przypuszczać, by mistrzostwa Europy przyniosły przełom.

Wymowne milczenie


Największy błąd? Brak pomysłu na Roberta Lewandowskiego. Sam Zbigniew Boniek, w nieco koślawy sposób broniąc Brzęczka, powtarzał, że w reprezentacji graczy „klasy światowej” jest tak naprawdę dwóch: Wojciech Szczęsny i właśnie Lewandowski. Co robił z nimi Brzęczek? Szczęsnego rotował niemal w równych proporcjach z Łukaszem Fabiańskim, a Lewandowskiemu prawie nie dostarczał piłek. Nikt nie miał wątpliwości, że właśnie wokół „Lewego” powinna toczyć się gra kadry. Przez większość czasu toczyła się jednak wokół wszystkiego innego. Efekt? Gdyby wybrać dziesięć najgorszych meczów w karierze naszego napastnika – w Lechu, Borussii czy Bayernie – większość z nich to te rozegrane za kadencji Brzęczka. Rosła frustracja, w końcu „pękł” też sam Lewandowski.

– Przygotowując się do meczu, wiedzieliśmy, że musimy spróbować zaatakować i bardziej utrzymywać się przy piłce. Ale co innego teoria, co innego praktyka – tłumaczył Lewandowski po przegranym starciu w Lidze Narodów z Włochami (0:2). – Przed nami dużo rzeczy do poprawy, szczególnie w treningu, żeby każdy wykorzystać „na maxa”. Włosi pokazali nam, że przy słabszym przygotowaniu do meczu trudno będzie rywalizować z takimi drużynami – zakończył, dość jasno sugerując, że plan Brzęczka był zwyczajnie... zły. Wcześniej, pytany o pomysły selekcjonera, przez kilkanaście sekund milczał. Rozmowę widziało kilka milionów widzów. Widzieli też koledzy z kadry i sam Brzęczek.
Wśród kibiców narastała wściekłość, apelowano do Zbigniewa Bońka o wymianę selekcjonera, a w Brzęczku rósł syndrom oblężonej twierdzy. Przekonywał w mediach, że jest atakowany „jak żaden jego poprzednik” (bzdura), z piłkarzami łączą go świetne relacje (jeszcze większa bzdura), a kadra z meczu na mecz gra coraz lepiej (największa z bzdur).

Ostatnim selekcjonerem, który tak bardzo zamknął się w swoim świecie, był Franciszek Smuda. I choć Grzegorz Lato, ówczesny prezes, dał mu pełny kredyt zaufania, a w pewnym momencie ataki odpuścili nawet kibice i dziennikarze, rozgrywane pod jego wodzą mistrzostwa Europy – jak można się było spodziewać – okazały się wielką klapą i rozczarowaniem. On też próbował mydlić oczy, zaklinać rzeczywistość i przekonywać, że „ma plan, wie co robi, wszystko jest pod kontrolą”. Też miał problem z posypywaniem głowy popiołem: po fatalnych meczach, zamiast pochylić głowę, przyznać się do popełnionych błędów i obiecać poprawę, śmiał się ze wszystkich dookoła, sugerując, że nie widzą tego, co on widzi.

Opcja włoska, chorwacka lub... powrót Nawałki. Kto za Brzęczka?

Władze Polskiego Związku Piłki Nożnej podjęły decyzję tyleż kontrowersyjną, co przez wszystkich oczekiwaną: Jerzy Brzęczek przestał pełnić funkcję...

zobacz więcej

Potrzebny autorytet


Brzęczek do naszych piłkarzy zwyczajnie nie dotarł. Nie jest tajemnicą, że wielu się z niego śmiało, że przedrzeźniali, że dokuczali... To profesjonaliści, oczywiście, gdy wychodzili na boisko na pewno starali się grać jak najlepiej, ale nie sprawiali wrażenia gotowych za selekcjonera umierać. Nie byli w niego wpatrzeni jak w obrazek, nie stanowił dla nich autorytetu i nie uważali, by słowa trenera były święte. Nawet jeśli przedstawiał jakiś plan – nie mieli poczucia, że to najlepszy z możliwych planów.

Rozmowy, takie jak ta z Robertem Lewandowskim, były swego rodzaju „wołaniem o pomoc”. Z jednej strony: pełne oddanie biało-czerwonym barwom, zaszczyt gry dla reprezentacji i wielkie oczekiwanie na mistrzostwa Europy. Z drugiej selekcjoner, który – niczym kapitan Herbert Sobel z kultowej „Kompanii Braci” – nie nadaje się, by prowadzić żołnierzy na wojnę. Lewandowski i spółka nie chcieli, by na polu bitwy prowadził ich ktoś taki. Nie wiadomo, co tknęło Zbigniewa Bońka i jaki impuls dostał. Nie wiadomo, czy Robert Lewandowski – kapitan, nasz najlepszy gracz – lobbował za kulisami, by Brzęczka się pozbyć, gdy tylko na rynku pojawi się nazwisko, które zagwarantuje natychmiastowy skok jakości. Można się tylko domyślać.

Można się też domyślać, że ktokolwiek nie zostanie selekcjonerem, będzie miał... znacznie łatwiej. Jeśli zawiedzie – może powiedzieć, że pół roku to za mało czasu, że podjął się misji niemożliwej, że bałagan po poprzedniku był tak duży, że nie dało się nic zrobić. Jeśli odniesie sukces – zostanie bohaterem narodowym.

Do reprezentacyjnej szatni też wiedzie niczym rycerz na białym koniu: po Brzęczku każdego przyjmie się tam bowiem ze sporym oddechem ulgi.

Mnożą się jednak pytania do Zbigniewa Bońka: dlaczego tak późno? Nawet jeśli wymarzony fachowiec dostępny jest dopiero teraz, dlaczego wcześniej przez tyle miesięcy mydlił kibicom oczy, przekonując, że jest wspaniale, a reprezentacja odniesie sukces na Euro? Co się stało, że nagle, o 180 stopni, zmienił postrzeganie wszystkiego, co dzieje się wokół kadry? W czwartek o godz. 15:00 konferencja prasowa z udziałem prezesa PZPN. Wypada wierzyć, że poznamy przynajmniej część odpowiedzi.

źródło:
Zobacz więcej