RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Czy w Afryce żyją dinozaury? Szukano ich jeszcze w XXI wieku

Carl Hagenbeck i zauropod, którego miał przypominać mokele-mbembe (fot.  Atelier Schaul/ullstein bild via Getty Images; Shutterstock/Elenarts)
Carl Hagenbeck i zauropod, którego miał przypominać mokele-mbembe (fot. Atelier Schaul/ullstein bild via Getty Images; Shutterstock/Elenarts)

Chociaż trudno w to uwierzyć, jeszcze w 2018 r. poszukiwano w Kongu żywego okazu dinozaura. Celem ekspedycji Adama Christoffera Knutha, właściciela popularnego parku safari w Danii, było odnalezienie mokele-mbembe – tajemniczego stworzenia, którego liczne opisy pojawiły się na początku ubiegłego stulecia w relacjach afrykańskich plemion.

„Cudowny kurczak” może wyjaśnić, dlaczego ptaki przetrwały zagładę dinozaurów

Fragmenty szkieletu prehistorycznego ptaka z czasów dinozaurów zidentyfikowali naukowcy angielskiego Uniwersytetu w Cambridge. Ocenia się, że mógł...

zobacz więcej

Monstrum wyłoniło się zza zarośli i jednym uderzeniem masywnego ogona przewróciło kilka łodzi rybackich. Od kilku dni nawiedzało wioskę, doszczętnie demolując chaty. W starciu z bestią żadna dostępna broń nie była wystarczająco skuteczna, a los każdego, kto stanął na jej drodze, był z góry przesądzony.

Europejczycy słuchali podobnych opowieści z nieskrywanym zdumieniem i zaciekawieniem bynajmniej nie z powodu troski o los Afrykanów. Z relacji tubylców wynikało bowiem, że bestia, z którą mają do czynienia, łudząco przypominała zauropoda – dinozaura o wyjątkowo długiej szyi.

Szczegółowe opisy tych stworzeń rozpalały wyobraźnię niejednego podróżnika i poszukiwacza przygód. Ludzie z cywilizacji Zachodu wyszli ze słusznego skądinąd założenia, iż Afrykanie nie wiedzieli przecież, że w innych częściach świata zwierzęta o takim wyglądzie uważane są za wymarłe. A to – ich zdaniem – mogło oznaczać tylko jedno: tubylcy musieli widzieć te stworzenia na własne oczy. 

Ten, który wstrzymuje bieg rzeki


Miejscowi nazywali zagadkowe monstrum mokele-mbembe, co w afrykańskim języku lingala znaczyło: „ten, który wstrzymuje bieg rzeki”. Obawy przed atakami dinozauropodobnego stwora były na tyle duże, że jeszcze w latach 50. XX w. plemię Bangombe – według relacji amerykańskiego misjonarza Eugene’a Thomasa – miało zbudować z tego powodu palisadę na jeziorze Tele.

Czytaj także: Ile kosztowały najdroższe skamieniałości dinozaura w historii? 

Pierwsze wzmianki o mokele-mbembe zaczęły pojawiać się w przekazach ustnych afrykańskich plemion na początku ubiegłego wieku. Opisywano je jako zwierzę o krępym tułowiu przypominającym ciało słonia, z długą szyją, na końcu której znajdowała się smukła, ale niewielka głowa. Poruszało się na czterech masywnych kończynach i posiadało muskularny ogon. Według niektórych relacji stworzenie to było bardziej niebezpieczne od hipopotamów, które miały zresztą znajdować się w jadłospisie mokele-mbembe.

Mikrodinozaur w bursztynie. „Rzadkie znalezisko”

To odkrycie może pomóc w badaniach ewolucji ptaków, które były blisko spokrewnione z dinozaurami, ale zdołały przetrwać ich zagładę. W północnej...

zobacz więcej

Najstarszy opis zwierzęcia o takim wyglądzie miał jednak pojawić się jeszcze wcześniej. W wydanej w 1776 r. książce „Historia Loango, Kakongo i innych afrykańskich królestw” autorstwa francuskiego mnicha Lievina Bonawentury Proyarta czytamy:

„Przechodząc przez las misjonarze zauważyli ślady zwierzęcia, którego nie widzieli, ale które musiało być monstrualne: pozostawione na ziemi odciski jego pazurów miały ok. trzech stóp (ok. 90 cm – red.). Obserwując usposobienie jego kroków stwierdzono, że stwór nie biegł, a jego nogi znajdowały się w odległości siedmiu-ośmiu stóp od siebie (2,1-2,4 m – red.)”.

Z innego opisu mnicha wynikało, że monstrum, którego on sam na oczy jednak nie widział, miało być połączeniem słonia, lwa i hipopotama. Posiadało też długi ogon żmii i szyję żyrafy. Współcześnie sądzi się, że ślady, o których wspominał Proyart, należały tak naprawdę do hipopotama lub nosorożca.

Jego relacja była jednak o tyle ciekawa, że pierwsze teorie naukowe dotyczące nieznanych ludziom zwierząt, które wyginęły miliony lat temu, zaczęto formułować dopiero w pierwszej połowie XIX w. Nazwę „dinozaur” wymyślił i użył po raz pierwszy w 1842 r. angielski biolog Richard Owen. Z języka greckiego oznaczała ona „straszliwego jaszczura” (należy tutaj zaznaczyć, że dinozaury nie były jaszczurkami, lecz gadami).

Polowanie na kopalne gady


Dokładny opis mokele-mbembe znalazł się w książce „Bestie i ludzie”, będącej autobiografią Carla Hagenbecka, słynnego w tamtym czasie niemieckiego handlarza dzikimi zwierzętami. W 1909 r. wysnuł on tezę, że w gęstwinach afrykańskich lasów równikowych mogły przetrwać niektóre gatunki dinozaurów.

Hagenbeck wspominał, że w okolicach jeziora Bangweulu w ówczesnej Rodezji żyje tajemniczy „pół-słoń i pół-smok”. Biorąc pod uwagę, że w niemieckich koloniach w Afryce odkrywano wówczas dobrze zachowane szkielety dinozaurów, nie trzeba było długo czekać na pojawienie się specjalnych ekspedycji, stawiających sobie za cel odnalezienie żywych osobników kopalnych gadów.

Czytaj także: Lasy rosły bez większych zakłóceń, gdy wymierały dinozaury

Thanatotheristes degrootorum – prawdopodobnie najstarszy dinozaur w Kanadzie

Naukowcy odkryli nowy gatunek tyranozaura, zamieszkałego na terenie Ameryki Północnej ok. 80 mln lat temu. Thanatotheristes degrootorum jest...

zobacz więcej

Rewelacji na temat nieznanego zwierzęcia, które – zdaniem Hagenbecka – mogło przypominać brontozaura, dostarczali mu m.in. badacz Joseph Menges oraz myśliwy i poszukiwacz przygód Hans Schomburgk. To właśnie ostatni z nich miał informować, że afrykańskie monstrum jest w stanie zabijać hipopotamy. Jednocześnie zwracał on uwagę, że opowieści tubylców bywają ubarwiane, a niekiedy wręcz przesadnie wyolbrzymiane.

Już po śmierci Hagenbecka, w 1913 r., wzdłuż rzek Likouala i Kongo wyruszyła ekspedycja badawcza pod przewodnictwem niemieckiego kapitana Ludwiga Freiherra von Steina zu Lausnitza. To za jego sprawą do zachodniej cywilizacji miały dotrzeć informacje, że tubylcy z różnych plemion opowiadają niezależnie od siebie o tajemniczej istocie, którą nazywają mokele-mbembe.

Według relacji Lausnitza zwierzę miało posiadać gładką skórę koloru brązowoszarego oraz być rozmiarów „mniej więcej słonia, a przynajmniej hipopotama”.

„Ma długą i bardzo elastyczną szyję oraz jeden ząb, za to bardzo długi, określany niekiedy jako róg. Tubylcy rzadziej wspominali o długim umięśnionym ogonie jak u aligatora (…). Stwór ma podobno zamieszkiwać jaskinie, wydrążone przez rzekę na zakolach” – pisał. Wspominał też, że mokele-mbembe atakuje łódki, ale nie zjada ludzi.

Czytaj także: Wkradł się do muzeum i robił selfie z dinozaurami

Ryk bestii


Doniesienia ludzi, którzy widzieli ponoć w Afryce zwierzę podobne o dinozaura lub słyszeli o nim od miejscowych, pojawiały się co jakiś czas przez cały wiek XX. Na uwagę zasługują tu również relacje, w których jest mowa o nieznanych gadach innych niż mokele-mbembe.

W 1911 r. niemiecki porucznik Paul Gratz pisał o tajemniczym zwierzęciu nazywanym nsanga, które przypominało krokodyla, ale jego skóra nie była pokryta łuskami. Na końcu palców tego stworzenia miały występować ostre, długie szpony. Handlujący kością słoniową Alfred Horn wspominał natomiast w 1927 r. o bestii nazywanej jago-nini, która „wyłania się z wody i pożera ludzi”.

Zainteresowanie legendą mokele-mbembe nie malało również w drugiej połowie ubiegłego stulecia. W latach 50. wspomniany już misjonarz Eugene Thomas wspominał, że pewnego dnia zwierzę przedostało się przez ogrodzenie. Twierdził, że widział, jak tubylcy zabili je za pomocą włóczni, a natępnie upiekli i zjedli.

W 1981 r. do Konga wyruszyła z kolei ekspedycja amerykańska, na czele której stanął znany z zamiłowania do kryptozoologii Roy Mackal, biolog z Uniwersytetu Chicagowskiego. Nie udało mu się znaleźć żadnych dowodów na istnienie mokele-mbembe, ale on sam twierdził, że w trakcie wyprawy jego zespół zdołał nagrać na taśmie głos tego zwierzęcia. 

„Atak” dinozaura w brytyjskim mieście. Ludzie uciekali w popłochu [WIDEO]

Goubran Bahou – mieszkający w Londynie youtuber pochodzenia kuwejckiego – opublikował na Twitterze wideo, które w ciągu kilku dni zostało...

zobacz więcej

Afrykańska wersja potwora z Loch Ness?


Chęć znalezienia żywego dinozaura, która popychała (i wciąż popycha) ludzkość do prowadzenia ekspedycji w sercu Czarnego Lądu, wynikała w pewnym stopniu z nimbu tajemniczości, który otacza te zwierzęta właściwie po dziś dzień. Wyprawy z początku XX w. były też niewątpliwie efektem silnej w tamtym czasie dinomanii, podsycanej przez coraz to nowsze odkrycia paleontologiczne.

Pytanie, które wciąż pojawia się przy okazji ekspedycji prowadzonych w celu natrafienia na mokele-mbembe, brzmi: czy to w ogóle możliwe, aby zwierzę o tak kolosalnych rozmiarach zdołało pozostać niezauważone przez człowieka? Należy pamiętać, że aby populacja danego gatunku mogła się prawidłowo rozwijać w długim okresie – a mówimy tutaj o hipotetycznej sytuacji, w której stworzenia uznawane dotąd za wymarłe przetrwałyby miliony lat – musi być odpowiednio duża. Tym bardziej wydaje się mało prawdopodobne, aby zauropody, które były największymi zwierzętami lądowymi, jakie kiedykolwiek stąpały po Ziemi, ukrywały się do dziś w gęstwinach afrykańskich dżungli.

Jeśli jakieś gatunki dinozaurów rzeczywiście zdołałyby uchować się do naszych czasów, to byłyby to prędzej niewielkie teropody lub ornitopody. Wśród antropologów nie brakuje przy tym opinii, że historia o prehistorycznym gadzie, atakującym afrykańskie wioski mogła tak naprawdę zostać zmyślona przez tubylców, którzy chcieli w ten sposób spłoszyć i przepędzać potencjalnych intruzów – przybywających z dalekich stron białych ludzi.

Równocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że mokele-mbembe to właściwie afrykańska wersja potwora z Loch Ness, będąca wypadkową ludzkiej skłonności do poszukiwania tego, co nieznane oraz pewnej fascynacji niewyjaśnionymi zjawiskami, opowieściami i śmiałymi teoriami. Właśnie takie powody zorganizowania wyprawy do Konga wskazywał zresztą wspomniany już Christoffer Knuth, który powiedział, że „być może wydaje się to szalone, ale jest coś ekscytującego i kuszącego w szukaniu czegoś, czego istnienia nie można być pewnym”.

Czytaj także: Dlaczego neandertalczyk wymarł, a my żyjemy?

Kosztowne przedsięwzięcie Duńczyka – Knuth twierdził, że wkład finansowy podzielono pomiędzy wszystkich członków ekspedycji, przy czym on sam przeznaczył największą sumę o równowartości „nie mniejszej” niż 61 tys. zł – było dokumentowane przez operatorów krajowego nadawcy publicznego. Materiał filmowy z wyprawy został zrealizowany na potrzeby składającego się z trzech odcinków programu „Polowanie na ostatniego dinozaura”, stąd można przypuszczać, że chodziło tutaj bardziej o zrobienie medialnego show, aniżeli same poszukiwania ogromnego gada.

Przed emisją cyklu Knuth prognozował, że spotka się on z dużym zainteresowaniem widzów, ponieważ żadnej ekipie telewizyjnej nie udało się dotąd wejść na specjalny, bagienny obszar Konga. Ostatecznie – co nie powinno być raczej dużym zaskoczeniem – Duńczyk podzielił los swoich poprzedników i nie znalazł legendarnego mokele-mbembe.

źródło:
Zobacz więcej