RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Media społecznościowe chcą wyznaczać granice wolności. Na cenzurowaniu Trumpa się nie skończy

Lewica dąży do wyeliminowania przekonań niezgodnych z jej wizją (fot.  Chip Somodevilla/Getty Images; Shutterstock/Twin Design)
Lewica dąży do wyeliminowania przekonań niezgodnych z jej wizją (fot. Chip Somodevilla/Getty Images; Shutterstock/Twin Design)

Po wtargnięciu części uczestników manifestacji zwolenników Trumpa do Kongresu, lewica zwietrzyła szansę, by dobić znienawidzonego przeciwnika i przesunąć kolejną granicę wolności. Cenzura amerykańskiego prezydenta w mediach społecznościowych nie będzie jednorazowym wybrykiem. Granica została przekroczona i będzie przekraczana za każdym razem, gdy ktoś będzie stanowił przeszkodę dla progresistów w realizowaniu przez nich wizji Nowego Wspaniałego Świata.

Nowy Wspaniały Faszyzm

Gdy przy skocznych dźwiękach Sylwestra Marzeń witaliśmy nowy rok, mało kto spodziewał się, że zamiast wejść w rok 2021, wejdziemy w 1984. Okazało...

zobacz więcej

Jednego można być pewnym – zamieszki na Kapitolu będą jeszcze wielokrotnie przywoływane przez amerykańską, ale i światową, w tym polską, lewicę, jako przykład, do czego prowadzi tolerowanie takich ludzi jak Donald Trump.

Jakich ludzi? No, tych, faszystów. Są nimi i w każdym momencie mogą stać się wszyscy, którzy podważają światowy ład stworzony przez zachodnią lewicę, której ofensywa ideologiczna przynosi kolejne przemiany społeczne, centralizację władzy, ograniczanie suwerenności państwowej i praw obywatelskich, w szczególności wolność słowa. Jak bowiem można mówić o wolności, gdy stawiany jest przed nami wybór: albo jesteś w mainstreamie, albo poza nim?

Prawica zyskała głos


Donald Trump od początku zapowiedział, że w mainstreamie nie będzie. Nie będzie respektował zasad narzuconych przez światowe środowiska postępowe i wszędzie, gdzie będzie uważał za stosowne, będzie się im przeciwstawiał. Cała jego polityka – i zewnętrzna i wewnętrzna i dotycząca kwestii światopoglądowych – to jeden wielki sprzeciw.

Tym zyskał sobie sympatię przeciwników kulturowej lewicy, która dziś kształtuje mainstream i zdominowała nie tylko Partię Demokratyczną, ale i większość najbardziej liczących się ugrupowań zachodnioeuropejskich. To Trump – jako amerykański lider – potrafił powiedzieć to, co wielu uważało za słuszne, a rzadko kiedy mogli to usłyszeć w mediach, a już szczególnie rzadko od polityków dzierżących rzeczywistą władzę.

Piętnowanie hipokryzji


A tu nagle prezydent najpotężniejszego kraju na świecie zganił Niemcy za nierealizowanie zobowiązań wobec NATO, czy za budowę wraz z Rosją Nord Stream 2. Czy też, wbrew innym przedstawicielom Zachodu, których postawę można scharakteryzować jako „business as usual”, potrafił ostro krytykować i karać sankcjami reżimy w Moskwie, Pekinie, Teheranie i Hawanie.

Czy PiS zgarnie inwestycyjną premię?

W poprzednim felietonie pisałem o nadziei pojawiającej się przed mniejszymi ośrodkami miejskimi, które wraz z pandemią koronawirusa i rozwojem...

zobacz więcej

To za jego rządów USA – a nie Niemcy czy Francja – dostarczały Ukrainie nowoczesne uzbrojenie i najgłośniej, obok Polski, mówiły o suwerenności tego państwa. To Trump potrafił zadać Chinom pytania o koronawirusa, co chciało zrobić wielu, a jakoś tego na arenie międzynarodowej nie uczynili. I nie czynią tego, nawet wtedy, gdy tak sprzyjająca Chinom WHO nie może doprosić się, by władze wpuściły do Wuhanu jej ekspertów.

To amerykański prezydent odważył się powiedzieć, że jest coś nie tak w tym, że granice Stanów Zjednoczonych są tak nieszczelne. To on także, jak nikt do tej pory, zredukował dochody aborcyjnych providerów z Planned Parenthood na czele. To on wziął udział, jako pierwszy amerykański prezydent, w proliferskim Marszu dla Życia w Waszyngtonie.

To właśnie Trump miał odwagę stanąć naprzeciw medialnemu establishmentowi i określić go jako „fake news media”. Czy miał ku temu prawo? Cztery lata kłamstw na jego temat, naśmiewania się z niego, szydzenia, szczucia, określania go jako faszysty, rasisty, mizogina to dowód, że ludzie ci zrezygnowali z jakichkolwiek pozorów obiektywności i stanęli w pierwszej linii anty-Trumpowego ruchu.

Nigdy nie uznali zwycięstwa Trumpa


Od pierwszego dnia jego prezydentury zdominowany przez lewicę establishment nie mógł się bowiem pogodzić, że będzie on sprawował władzę. Stąd kampania oszczerstw zarzucająca mu bycie rosyjską marionetką i ciągłe mówienie o potrzebie impeachmentu. Gdy próba pozbawienia go władzy okazała się farsą, nie pozostało im nic innego, jak całym sercem wspierać Joe Bidena i wykorzystywać pandemię czy ruch Black Lives Matter do walki ze znienawidzonym wrogiem.

Niekończąca się choroba

Dla wielu COVID-19 się nie kończy. Mijają tygodnie i miesiące, wirusa już dawno nie ma w ich organizmie, a czują się tak, jakby go mieli. Są...

zobacz więcej

Trump jednak się nie poddał. Po ogłoszeniu wyników wyborczych, rozpoczął się proces odwoływania się od wyników w kolejnych stanach. Tak, Trump mówił o kradzieżach, oszustwach, o tym, że zwyciężył. Nie on pierwszy i nie ostatni w historii. Zważywszy na to, co o jego zwycięstwie przed czterema laty wciąż mówią jego polityczni przeciwnicy, ciężko go nawet za to winić. Co nie oznacza, że ma rację. Ostatnie wybory będą na pewno tematem jeszcze wielu skandali i niejedna sprawa wyjdzie na jaw. Podobnie będzie z wyjaśnianiem przebiegu zamieszek na Kapitolu i odpowiedzialności za dopuszczenie do takiej erupcji przemocy.

Winnego, oczywiście, już zna światowa lewica. Według niej tak właśnie kończy faszysta-dyktator, nie mogący pogodzić się z klęską i opierający się – w jej obliczu – na najwierniejszych zwolennikach. Ta wersja będzie podnoszona przeciwko każdemu konserwatyście bez względu na miejsce, gdzie toczyć się będzie polityczny spór.

Oczywiście, jego postawa na pewno nie przyczyniła się do „pojednania” społeczeństwa, o którym ciągle mówią mainstreamowe amerykańskie media. Tyle, że w ich agendzie pierwsze miejsca okupuje codzienne jego dzielenie – na wykształconych, z dużych ośrodków i hamujących postęp i dobrobyt rednecków.

Pojednanie, czyli uległość


O jakim więc „pojednaniu” chcemy mówić? Dawno już Gertrude Himmelfarb w „Jeden naród, dwie kultury” pokazała, jak bardzo Amerykanie są podzielonym społeczeństwem. Od czasu opublikowania tej książki – punktów spornych jedynie przybyło. Mówienie, że to Trump zwodzi Amerykanów, dzieli kraj, jest bzdurą, kolejnym atakiem politycznym mającym na celu zdehumanizowanie przeciwnika. To właśnie dzięki Republikaninowi – prawa część Ameryki mogła w końcu wypowiedzieć swój sprzeciw wobec lewicowej wizji kraju i świata.

Arabski Schindler. Tunezyjczyk, który ratował Żydów

Amerykański pisarz i historyk Robert Satloff od lat zabiega, aby Khaled Abdul-Wahab – właściciel ziemski, który podczas wojny udzielił schronienia...

zobacz więcej

Czy Trump miał prawo, na drodze prawnej – jak cały czas powtarzał, doszukiwać się oszustw czy błędów wyborczych? Tak, miał, gdyż sporo ich zostało udowodnionych. Na chwilę obecną nie zmieniły one jednak wyborczego wyniku.

Czy podejrzenia o „kradzież wyborów” mają jedynie jego hardcorowi zwolennicy – których od teraz będzie się utożsamiać z człowiekiem-bizonem i atakiem na Kapitol? Nie. Nie jest to jedynie mała grupka ślepo zapatrzonych w Trumpa ludzi.

Warto, byśmy zdali sobie sprawę, że uzasadnione podejrzenia co do przebiegu wyborów ma wielu Amerykanów, a także członków Partii Republikańskiej. Także tych, którzy, jak zdecydowana większość mieszkańców USA, potępiają wdarcie się do Kongresu.

To zaś pozwala również Trumpowi mówić o kłamstwach, a przy tym krytykować przemoc.

Dlatego nie można inaczej, niż za kolejny przejaw przekraczania granic wolności uznać zablokowanie przez Twittera , Facebooka i Youtube kont Trumpa, w tym prezydenckich. Już wcześniej te potężne, wpływowe firmy jednoznacznie opowiedziały się po stronie Demokratów, dodając w okresie kampanii do prezydenckich postów specjalne adnotacje, sugerujące dezinformację.

Nie tylko Trump będzie cenzurowany


Przełomem było już przerwanie konferencji amerykańskiego prezydenta przez mainstreamowe media, gdy widzowie MSNBC nie mogli zobaczyć i usłyszeć Trumpa, a zamiast niego jeden z dziennikarzy zabrał się za zapewnianie ich, że to wszystko kłamstwa i że nie było żadnych wyborczych fałszerstw.

Wybranowski: Demokraci z Mysiej

Niecałe 31 lat od rozwiązania Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, w środowiskach lewicowo-liberalnych, niestety także i w...

zobacz więcej

Działanie to należy potraktować jako przełom w wykorzystywaniu social mediów do walki z poglądami sprzecznymi z agendą progresistów.

Zamieszki na Kapitolu były tragedią, jednak nie oznaczają – jak chciałaby tego światowa, także polska, lewica i dyktatury pokroju Rosji i Chin – że USA przemieniły się w „bananową republikę”. Motłoch nie tylko nie osiągnął swych celów, ale został przez wszystkich potępiony i nie zmienił procesu politycznego.

Jednak postawa social mediów wobec urzędującego prezydenta USA – cenzurowanie go – to hańba i przełom, który wymaga natychmiastowej reakcji. Zamiast bowiem naśmiewać się z kolejnych memów z człowiekiem-bizonem, warto zadać sobie pytanie, kto dał social mediom prawo do narzucania nam tego, co jest prawdą, a co fałszem?

Możesz mówić tylko to, z czym się zgadzam


Profesor Zbigniew Lewicki ocenił w Polskim Radiu 24, że koniec demokracji w Stanach Zjednoczonych następuje w momencie ograniczenia swobody wypowiedzi.

– To jest takie rozumienie demokracji pod hasłem „Wolno ci mówić co chcesz, jeżeli to, co mówisz, zgadza się z tym, co ja myślę” – powiedział profesor Zbigniew Lewicki.

Karnkowski: Czekając na Joe Bidena

Wszystko, co już wydarzyło się wokół amerykańskich wyborów prezydenckich, a zapewne i to, co jeszcze się wydarzy, jest nieprzewidywalne jak cały...

zobacz więcej

To ograniczanie wolności trwa. Wiedzą o tym także konserwatyści w Polsce. Wiedzą katolicy i działacze pro-life.

Dlatego też przekonywanie Twittera, że stosuje cenzurę, by nie dopuścić do kolejnych przypadków przemocy, jest działaniem politycznym. Trump nie tylko skrytykował zamieszki na Kapitolu, ale także zapewnił, że 20 stycznia przekaże władzę.

Skomentował to następująco: „Tak jak wszyscy Amerykanie jestem oburzony przemocą, bezprawiem i chaosem. Natychmiastowo wysłałem Gwardię Narodową i federalne służby bezpieczeństwa, by zabezpieczyły budynek i wypędziły intruzów. Ameryka jest i musi zawsze być krajem prawa i porządku”. Dodał również, że „demonstranci, którzy dostali się na Kapitol, zhańbili siedzibę amerykańskiej demokracji. Do tych, którzy byli zaangażowani w przemoc i niszczenie: nie reprezentujecie naszego państwa; a do tych którzy złamali prawo: zapłacicie”. W jaki jeszcze mocniejszy sposób mógłby ocenić te wydarzenia?

To, że Trump wciąż utrzymuje, że doszło do oszustw i że komplementuje swoich wyborców, nie jest żadnym powodem, by go uciszać.

Wymagają tego bowiem od niego ludzie, którzy przez cztery lata podważali jego wybór na prezydenta i wspierali ruch Black Lives Matter, którego uczestnicy dopuszczali się przemocy, wandalizmu i domagali się m.in. delegalizacji policji.

Walka się nie skończyła


Lewica wyciągnęła jednak lekcję z Trumpa. Zrozumiała, że medialne uderzanie w przeciwnika, w „ciemnogród”, nie wystarczy. Trzeba odebrać mu głos. Zrobiono to w starych mediach, teraz przyszedł czas na nowe. Kolejnym etapem będzie zastosowanie takich zapisów prawa, by „inaczej myślący” nie odważyli się głośno powiedzieć, że „myślą inaczej”.

Potężna wpadka Platformy. Sprawa szczepionek ich pogrążyła

„Elity” związane z opozycją, kojarzone z KOD-em i anty-PiS-em wkurzyły Polaków jak nigdy wcześniej. Komentarze w sieci są dla celebrytów miażdżące,...

zobacz więcej

Dlatego też, pomimo tego, że 20 stycznia Joe Biden przejmie stery nad państwem, ataki na Trumpa i Partię Republikańska i ich wyborców nie skończą się. Już słyszymy, że także ten dzień jest zagrożony, że może dojść do ataków, zamachów.

Czy za to też będzie odpowiedzialny Trump? Dla lewicy odpowiedź na to pytanie nie wymaga przedstawienia żadnych argumentów. Czy jej celem jest teraz uspokajanie sytuacji? Oczywiście, że nie.

Walka się nie skończyła. Demokraci w Izbie Reprezentantów planują w poniedziałek przedstawić w Kongresie artykuł impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Chcą też w ekspresowym tempie głosować nad nim w przyszłym tygodniu. We wstępnym projekcie aktu oskarżają go o „podżeganie do powstania”.

Oczywiście, pomysł ten nie przyniesie żadnych efektów, gdyż żeby usunąć Trumpa z urzędu potrzeba większości dwóch trzecich w Senacie, gdzie większość wciąż mają Republikanie.

Celem jest jednak obrzydzanie tej postaci do granic możliwości, tak żeby karykaturę jego postaci wbić do głów jak największego grona ludzi. To w przyszłości ma zaś pomóc w dalszej walce z prawicą.

W tym czasie wielu z nas wciąż będzie śmiać się z kolejnych memów o człowieku-bizonie, do czasu aż na własnej skórze przekonamy się, jak w rzeczywistości lewica definiuje wolność.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

źródło:
Zobacz więcej