RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Nowy Wspaniały Faszyzm

Mark Zuckerberg i Jack Dorsey (fot. Chip Somodevilla/Getty Images; David Paul Morris/Bloomberg via Getty Images)
Mark Zuckerberg i Jack Dorsey (fot. Chip Somodevilla/Getty Images; David Paul Morris/Bloomberg via Getty Images)

Gdy przy skocznych dźwiękach Sylwestra Marzeń witaliśmy nowy rok, mało kto spodziewał się, że zamiast wejść w rok 2021, wejdziemy w 1984. Okazało się, że świat, w którym za nieodpowiednie poglądy można „ukarać” samego prezydenta USA, już nadszedł. Poprzedni rok był rokiem pandemii i wszystko wskazuje na to, że 2021 będzie rokiem cenzury. Musimy sobie uzmysłowić, że funkcjonująca struktura dzisiejszych mediów społecznościowych, a więc rdzenia internetu, pozwala dwóm młodym miliarderom zrobić z nami prawie wszystko. Jak powiedział niegdyś Ronald Reagan: „Jeżeli faszyzm kiedykolwiek dotrze do Ameryki, to w imię liberalizmu”.

„Niedopuszczalny akt cenzury”. Nawalny skomentował zablokowanie Trumpa na Twitterze

„Uważam, że zakaz Donalda Trumpa na Twitterze to niedopuszczalny akt cenzury” – napisał w tym portalu społecznościowym rosyjski opozycjonista...

zobacz więcej

Niezależnie od tego, co sądzimy o Donaldzie Trumpie, to zablokowanie przez prywatną korporację konta urzędującego prezydenta USA, którego śledziło 88 milionów ludzi, jest zwykłym zamachem na zagwarantowaną Amerykanom – w świętej dla nich konstytucji – wolność słowa. Do tego dochodzi zignorowanie wyborczych preferencji i poglądów 74 milionów wyborców, którzy dwa miesiące temu oddali swój głos na Donalda Trumpa. Jeśli dwóch miliarderów chce nam pokazać, że czasy „We, the people” się skończyły, bo teraz to oni są demokracją, to ja się pytam: ile głosów i w których wyborach otrzymali Jack Dorsey i Mark Zuckerberg?

Dolewanie cenzury do ognia


Zacznijmy od tego, że media społecznościowe powstawały, jako miejsce nieskrępowanej wymiany poglądów, a politycy, osoby publiczne, instytucje państwowe zachęcane były do tego, żeby właśnie nie przez media, ale w bezpośrednim kontakcie komunikować się z obywatelami. Szczególnie dla polityków takim miejscem miał być Twitter. Dziś okazuje się, że w tym miejscu polityk ma prawo wyrażać swoje opinie, pod warunkiem, że są zgodne z poglądami prezesa tej platformy.

„Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć.” – pogląd ten przypisywany francuskiemu pisarzowi epoki oświecenia, filozofowi i publicyście Voltairowi, dziś wydaje się totalnie abstrakcyjny. Dzięki dwóm młodym miliarderom dowiedzieliśmy się, że jak się nie zgadzam z twoimi poglądami, to zabiorę ci konto, żebyś ograniczyć ci prawo ich wypowiadania.

I nie dajmy się oszukać twierdzeniom, że przyczyną zablokowania Trumpa było nakręcanie przez niego nastrojów społecznych, bo gdy opublikował wideo z pokojowym przekazem, w którym wzywał swoich zwolenników, żeby wrócili do domu – Twitter odgórnie zablokował rozpowszechnianie (retweet) i polubianie (like) tego wpisu.


Kolejne pokojowe przesłania Trumpa nie wpisywały się w kreowany przez Demokratów i zaprzyjaźnione media wizerunek, dlatego przyszła „kara” ostateczna, czyli zamknięcie obserwowanego przez 88 milionów użytkowników konta.

Zobacz także: Apel Trumpa: wracajcie do domu. Nie bądźcie wodą na młyn tamtych - TVP INFO

Wtargnięcia do Kapitolu Kali nie lubić, zamieszek BLM i Antify bronić


Widać wyraźnie, że ktoś chce koniecznie podkręcić nastroje w USA przed zaprzysiężeniem Joe Bidena i nie jest to Donald Trump, ani Republikanie. Zwróćmy uwagę na woltę prezydenta-elekta, który przed zamieszkami deklarował chęć pogodzenia Amerykanów, po zamieszkach zaostrzył kurs, a przeciwników nazwał motłochem. Jest to o tyle poważny błąd, o ile na nowym prezydencie ciąży największa odpowiedzialność za „sklejenie” społeczeństwa.

W 2020 r. zabrakło Bidenowi odwagi potępić zamieszki BLM i Antify, teraz brakuje mądrości i rozwagi do zrozumienia czy wyrażenia szacunku wobec swojego adwersarza i jego 74 milionów wyborców. Jeśli spojrzeć z punktu widzenia głównych przeciwników USA, czyli Rosji i Chin, to sytuacja jest idealna, bo mogą pokazywać światu, że USA to zadyma na Kapitolu i chamska cenzura. Czym te dwie sprawy się różnią: za pierwszą stoi niewielka grupa emocjonalnie nabuzowanych obywateli, a za zaostrzaniem nastrojów i cenzurą stoją poważni wydawać by się mogło politycy, dziennikarze i biznesmeni.

W czym oni są lepsi, skoro tak ostro potępiając dziś „gości” Kapitolu, ale nie byli w stanie potępić zamieszek w całych Stanach Zjednoczonych, które skończyły się podpalaniem sklepów zwykłych Amerykanów, plądrowaniem i zabójstwami. Co więcej – usprawiedliwiali je, a dziś mówią, że „tego nie można porównywać”.

Zobacz także: „Trump nie stracił prawa, stracił przywilej”. Posłanka Lewicy tak widzi wolność słowa

Dziennikarz CNN krytykuje zamieszki na Kapitolu. Protestów BLM bronił

Zbyt wielu postrzega te protesty jako problem. Nie, problemem jest to, co zmusiło waszych współobywateli do wyjścia na ulice: uporczywe i trujące...

zobacz więcej

Wielu badaczy historii Europy początków faszyzmu upatruje w układzie, jaki zapanował po zakończeniu I wojny światowej. Z kolei przez cały okres po zakończeniu II wojny światowej w polityce ten faszyzm przedstawiany był jako uśpiony potwór, który cały czas może zagrozić naszej cywilizacji i naszej wolności. Okazało się jednak, że w cieniu tej walki z faszyzmem, krok po kroku i dzień po dniu zaczął rosnąć inny faszyzm, lewicowy, który nie znosi innych poglądów niż własne, którego marzeniem jest narzucenie całemu światu swojej ideologii, a każdego kto się z nią nie zgadza – zamknąć w więzieniu, ukarać, zniszczyć, zablokować, słowem zlikwidować z przestrzeni publicznej.

Po co nam demokracja, skoro konserwatysta ma prawo głosu?


Nieprzypadkowo to właśnie gazeta „Washington Post” zdjęła maskę obiektywizmu i wezwała do natychmiastowego usunięcia Donalda Trumpa z urzędu. „Każda sekunda, przez którą zachowuje swe szerokie uprawnienia, jest zagrożeniem dla porządku publicznego i bezpieczeństwa narodowego” – czytamy w komentarzu redakcji „WP”.

Mówię nieprzypadkowo, bo właśnie w tej gazecie możemy zobaczyć nieraz wzmożone ideologicznie teksty Anne Applebaum. W swojej ostatniej książce publicystka otwarcie podważa sens demokracji, gdzie wygrywają politycy, których ona i jej mąż, Radosław Sikorski nie lubią.

„Jeśli ludzie są w stanie oddać głos na kogoś takiego jak Trump, ewidentnego debila, który nic nie rozumie, mówi sloganami na zmianę z hasłami rasistowskimi, lub Duda, który bredzi o Unii Europejskiej, wtedy trzeba zapytać po pierwsze, czy demokracja jest możliwa i po drugie, czy jest potrzebna” – pyta Applebaum.

Tak proszę państwa w praktyce wygląda „Nowy Wspaniały Świat”, tak naprawdę, bez maski. Tolerancja tak, ale tylko dla poglądów mniejszości, większość można zwalczać, niezależnie czy są to katolicy, biali, heteroseksualiści, czy konserwatyści. Miłość tak, ale nie wobec bliźniego, tylko wobec nas samych i naszych kolegów. Szacunek, pod warunkiem, że mamy takie same poglądy, bo jeśli uważasz inaczej, to my cię zakrzyczymy, zablokujemy, a jak trzeba - zniszczymy.

źródło:
Zobacz więcej