RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Karnkowski: Czekając na Joe Bidena

Wszystko co jeszcze się wydarzy wokół amerykańskich wyborów prezydenckich jest nieprzewidywalne (fot. PAP/EPA/SHAWN THEW)
Wszystko co jeszcze się wydarzy wokół amerykańskich wyborów prezydenckich jest nieprzewidywalne (fot. PAP/EPA/SHAWN THEW)

Wszystko, co już wydarzyło się wokół amerykańskich wyborów prezydenckich, a zapewne i to, co jeszcze się wydarzy, jest nieprzewidywalne jak cały rok 2020, który najwyraźniej w światowej polityce – pomimo kalendarza – trwa w najlepsze. Zarówno sama procedura głosowania i liczenia głosów, jak i dramatyczny przebieg obrad Kongresu USA, mających zatwierdzić wybór Joe Bidena pełne są znaków zapytania. Jedyne, co było w tym wszystkim przewidywalne, to reakcje naszego własnego politycznego świata.

Karnkowski: „Koszmar” minionych świąt

Czasem odnieść można wrażenie, że najczęściej w tych dniach powtarzane słowa „święta, święta i po świętach” pracownicy kilku redakcji chcieliby...

zobacz więcej

Wybory w USA prawdopodobnie na długo pozostaną wielką zagadką, a ich wynik będzie kwestionowany przez lata. Lewica nie dostrzega żadnego związanego z nimi problemu, sympatycy Trumpa (i sam Trump) wierzą wciąż, że zostały „ukradzione”. Niezapomniana również dla nas noc, podczas której spływały kolejne wyniki stanowe, faktycznie pełna była zaskakujących zwrotów akcji. Nie tylko Donald Trump, lecz i wielu jego, również polskich, zwolenników bardzo szybko zaczęło świętować. Okazało się to jednak przedwczesne, a kolejne kursy wahadła podważały wiarę we wzorcową amerykańską demokrację.

Można odnieść wrażenie, że w ostatnich dniach przy Trumpie zostali tylko najwierniejsi współpracownicy. Opuszczony przez świat polityki cieszył się jednak poparciem wielu, nieraz bardzo barwnych grup sympatyków. Gdy ci ostatni przypuścili szturm na Kapitol, prawdopodobnie domknęli proces rozchodzenia się dróg Donalda Trumpa i republikańskiego establishmentu. Tak skutecznie, że pytania o prowokację, jakie szybko pojawiły się w internecie, nie muszą być całkowicie bezzasadne.

Państwo po 11 września


Tak samo, jak zdziwienie, że państwo, które po 11 września procedury bezpieczeństwa doprowadziło do poziomu mocno ingerującego w prywatność obywateli, nagle okazało się całkowicie bezbronne i nacierającej na samo jego centrum hordzie nie postawiło nikogo na drodze. Pytania mnożą się niczym głosy na Joe Bidena w głosowaniu korespondencyjnym, odpowiedzi na razie brak. Krajobraz polityczny po 6 stycznia jest dla amerykańskiej prawicy mało korzystny – Demokraci zdobyli wszystko, co było do zdobycia w polityce, a po drugiej stronie pewne nie jest nawet zachowanie jedności obozu republikańskiego.

Soros na ukojenie nerwów

Można wynik czwartkowego szczytu unijnego uznać za wielki sukces polskiego rządu. Wraz z Orbanem, a – jak się okazało, przy wsparciu nie tylko...

zobacz więcej

Każda strona zna już swoich winnych, a że amerykański spór polityczny znajduje odbicie w tym polskim, odwzorowały się u nas tamtejsze podziały. Zwłaszcza po stronie liberalnej, która wygraną Bidena traktuje terapeutycznie, wynagradzając nią sobie swoje własne przegrane z Prawem i Sprawiedliwością. Jednak do wyborów w USA emocjonalnie podchodzimy prawie wszyscy, choć trudno jednoznacznie ocenić, czy amerykańscy przywódcy zasługują na tak wielkie zaangażowanie naszych obserwatorów.

Na pewno Trump zjednał sobie dużą sympatię swoimi wypowiedziami o Polsce, a jego prezydentura stała się czasem dalszego wzmocnienia polsko-amerykańskich relacji w dziedzinie rozumianego na wiele sposobów bezpieczeństwa. Czy Joe Biden nie planuje po cichu kolejnego „resetu” w stylu Obamy to pytanie, które na pewno spędza sen z powiem naszym rządzącym. Bezpieczeństwo Polski od kilku lat opiera się na USA (i NATO, które jednak silne jest głównie siłą Amerykanów) niemal bezalternatywnie, bo i trudno w naszej sytuacji o alternatywę. Dlatego też nie ma co spodziewać się, by władze w Warszawie zdecydowały się psuć jako pierwsze krytyką wydarzeń z ostatnich dni wzajemne dobre relacje.

Zagadka polityki amerykańskiej


Przyszłość polityki amerykańskiej jest dla nas zagadką i można założyć się, że nawet najpewniejsi siebie i znający zawsze odpowiedzi na wszystkie pytania eksperci, wiedzą dziś tyle samo, co przeciętni zjadacze newsów. Uspokajać nas może przede wszystkim deklarowana dotąd stałość nastawienia USA wobec Rosji czy Chin, choć już niekoniecznie – Unii Europejskiej i Niemiec. Jeśli działania Joe Bidena na arenie międzynarodowej będą racjonalne, nasza pozycja jako sojusznika nie powinna być zagrożona nawet pomimo tego, że demokratom bliżej do polskiej opozycji, niż władz.

Karnkowski: Sondaże pod choinkę i stare kłopoty

Przez ostatnie dni przed Bożym Narodzeniem politycy koalicji rządzącej mogą w swoją przyszłość patrzeć z pewnym optymizmem. Z wyjątkiem bardzo...

zobacz więcej

Nie wiemy jednak, czy i jak długo realną władzę sprawować będzie mocno leciwy już Biden, a jak silne będą wpływy jego o wiele radykalniejszej zastępczyni, Kamali Harris. Do pewnego momentu zresztą można było spodziewać się, że to właśnie obawa przed Harris (tak, jak obawa „zwykłej Ameryki” przed radykalizmem ruchu BLM), a nie samym Bidenem ostatecznie przechyli szalę na korzyść Trumpa. Ostatecznie jednak, co eksperci najczęściej tłumaczą brakiem zaufania do polityki władz USA wobec Covid-19, żadna z tych spraw nie okazała się przesądzająca, choć być może to tu szukać należy przyczyn pyrrusowego zwycięstwa Trumpa – zdobycia 11 milionów głosów więcej, niż cztery lata temu.

Pytanie, czy dojdzie do zmiany przywództwa w trakcie kadencji jest jednak wciąż aktualne. Historia zna takie przypadki. W 1981 roku szefem Great London Council został na przykład zachowawczy kandydat Partii Pracy, prof. Andrew McIntosh, który jednak już po 16 godzinach zastąpiony został przez zwolennika radykalnych reform społecznych Kena Livingstone’a, zwanego „Czerwonym Kenem”, co później przypomniał i uczynił punktem wyjścia pomysłu na książkę Frederick Forsyth w sławnym „Czwartym protokole”. Tu nie ma nawet elementu zaskoczenia, zmiana i radykalizacja są niemal oficjalnie wpisane w „mapę drogową” tej kadencji, nie znamy tylko dokładnych terminów.

Relacje Donalda Trumpa z Polską


Prawo i Sprawiedliwość od początku opierało swoją politykę zagraniczną na bliskiej relacji z Donaldem Trumpem. Apogeum tego zjawiska widzieliśmy przed polskimi wyborami prezydenckimi, gdy chcący umniejszyć wagę spotkania Duda – Trump komentatorzy sprowadzali je, w zależności od postawienia akcentów, do przedwyborczej pomocy prezydenta USA dla polskiego kolegi, lub odwrotnie – wsparcia polskiego przywódcy dla słabnącego w sondażach sojusznika. Opozycja z niechęcią do Trumpa nie kryła się w ogóle, ośmielał ją w tym Donald Tusk ze swoimi przedszkolnymi zaczepkami („Jeden Donald w polityce wystarczy”) i od początku kampanii wyborczej nie ukrywała, jak wielkie nadzieje wiąże z możliwą zmianą w Białym Domu. Gdy tłum atakował Kongres, pojawiły się na polskim Twitterze komentarze o zagrożeniu dla demokracji i krytyka niepogodzenia się przegranych z werdyktem wyborców. Formułowane przez ekspertów od tych zjawisk.

Krzysztof Karnkowski: Praworządność, traktaty i weto

Doczekaliśmy prawdziwego cudu – opozycja chce pomóc rządowi, zgłaszając w tym celu projekt uchwały sejmowej. Tyle można by zrozumieć ze słów Borysa...

zobacz więcej

„Dramatyczne emocje w USA wywołane przez #Trumpa.a pokazują, do czego prowadzi nienawiść w polityce oraz niepohamowana żądza władzy. Trzymam kciuki za powrót rozsądku. Od tego zależy również nasze bezpieczeństwo. God bless America...” – pisał 6 grudnia na swoim twitterze Borys Budka , po czym, najwyraźniej nie onieśmielony chłodnym przyjęciem swojej „polityki zagranicznej”, dzień później kontynuował swoją myśl, tym razem w odniesieniu do punktujących jego hipokryzję polemistów: „Gdy w Waszyngtonie polała się krew i doszło niemal do próby zamachu stanu, politycy PiS przypuścili atak na...opozycję w Polsce. To pokazuje, że prócz populistycznych haseł, skrajnej nienawiści i podziałów nie mają niczego do zaproponowania Polakom.”

Wiernopoddańczy list


I tego jednak było mało, Budka napisał więc wiernopoddańczy list do Bidena, zgodny z linią dyplomacji, kiedyś brutalnie charakteryzowaną na taśmach przez R. Sikorskiego. „(…) wydarzenia ostatnich czterech lat i ich środowa kulminacja pokazują, że niekiedy agresywna, podburzana przez cynicznych polityków mniejszość może rzucić wyzwanie demokracji – pisze Borys Budka. „Współczesny świat gwałtownie się zmienia”.

Wielu naszych obywateli czuje, że system polityczny nie działa tak, jak powinien. Populiści rozumieją te obawy, lecz lekarstwo, które proponują, jest gorsze od choroby. Agresja, przemoc i deptanie praw własnego kraju nie jest rozwiązaniem. Nie jest podstawą, na której można budować wspólnotę narodową i liberalną demokrację. Ochrona instytucji demokratycznych: parlamentu, niezależnych sądów, wolnych mediów jest dziś szczególnie ważnym obowiązkiem wszystkich demokratów. Wolność mediów widzimy w Stanach szczególnie wyraźnie, gdy Trumpowi odbierane są kolejne kanały informacji. Zapewne Budce chodzi jednak o to, by Joe Biden w wolnej chwili zrobił to, czego on sam zrobić nie potrafi – wygrał w Polsce z PiS i przywrócił standardy liberalnej demokracji. Może będzie miał na to chwilę, gdy na miejscu sprawy ogarnie za niego wiceprezydent Harris.

źródło:
Zobacz więcej