RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Orzeł z Zębu” znów odfrunął. Jak Stoch (prze)gonił mistrza

Kamil Stoch od lat dominuje na skoczniach narciarskich całego świata (fot. Getty Images)
Kamil Stoch od lat dominuje na skoczniach narciarskich całego świata (fot. Getty Images)

Mamy, jako kibice, wielkie szczęście. Po Małyszu nie zdążyliśmy nawet westchnąć, że „kiedyś to było”, a na horyzoncie pojawił się kolejny mistrz. „Orzeł z Zębu” od lat szybuje skrzydło w skrzydło z „Orłem z Wisły”, a – według wielu – starego mistrza już przegonił. Jak do tego doszło?

Wzór, idol, fenomen społeczny. 20 lat od wybuchu „Małyszomanii”

Odcisnął piętno nie tylko na polskim sporcie, ale i całej naszej kulturze. Skromny, prosty chłopak z Wisły na szczyt wdrapał się szybko i...

zobacz więcej

To historia zupełnie inna niż ta, którą przeżywaliśmy nieco ponad dwadzieścia lat temu. Przede wszystkim: inny jest bohater. Adam Małysz był swojski, prosty, „nasz”. Kolczyk w uchu, nieco koślawy wąsik, duży nos, „poszłem”, „weszłem”, bułka, banan, szeroki uśmiech i szeroko otwarte drzwi. Gdy pierwszy raz triumfował w Turnieju Czterech Skoczni, w jego domu było kilka ekip telewizyjnych. Nie odmawiał dziennikarzom, nic nie było „tylko jego sprawą”, stał się ambasadorem dyscypliny i znosił to z całym dobrodziejstwem inwentarza, w sobie tylko znany sposób nie tracąc przy tym ani krzty uroku.

Taki jest zresztą do dziś. Zdecydowanie bardziej ułożony, elokwentny czy fachowy, ale wciąż niezwykle otwarty i pomocny. Mógłby ramię w ramię z prezydentem oglądać zawody w Wiśle czy Zakopanem, a potem wręczać najlepszym puchary. Mógłby zajmować miejsca w lożach honorowych, pić drogie wino i kazać kolejnym pokoleniom skoczków całować się po stopach. Robili to niemal wszyscy przed nim, będą robić kolejni. Zamiast tego jednak podpowiada, marznie, składa narty, wiąże buty i na wszelkie sposoby dba o to, by wszyscy zawodnicy czuli się komfortowo. Jest przy nich, choć gdyby tylko chciał, mógłby być nad nimi.

Wszystko było trochę „na wariata”


Czasy też były inne. Z polskiej perspektywy: na pewno biedniejsze. Przywilej wyjazdu na Puchar Świata spotykał nielicznych, a jak już ktoś gdzieś leciał, to trzeba było z kolegą dzielić nie tylko pokój, ale czasem i łóżko. Szaleństwa z kombinezonami, „czekoladki”, hojni sponsorzy, milionowa oglądalność i gratulacje od premiera? Tylko w snach. Gdy Małysz zaczynał, wszystko było trochę „na wariata”. Nawet... same skoki. Janne Ahonen, do bólu szczery w biografii „Królewski Orzeł”, przyznał, że zdarzało mu się startować w zawodach pod wpływem alkoholu. „Kiedy służby do mnie podbiegły, próbowałem ich odpędzić od siebie. Odmówiłem też odwiezienia do szpitala, bo obawiałem się badania krwi. Nie chciałem, żeby ktoś się dowiedział, ile mam promili” – pisał o słynnym locie i upadku w Planicy.

Małysz otworzył drzwi. A właściwie – żeby oddać proporcje – rozkuł wąską mysią norę, wstawiając w jej miejsce wielką złotą bramę. Można się zżymać, że te szaleństwa na nartach uprawia się na poważnie tylko w kilku w krajach, ale… co z tego? Brytyjczycy kochają rugby, w Bhutanie ekscytują się łucznictwem, a w Bangladeszu grają w kabaddi. My, w dużej mierze dzięki „Orłowi z Wisły”, mamy skoki.

***

Kamil Stoch zwycięzcą 69. turnieju Czterech Skoczni w Bischofshofen [RELACJA]

To był nokaut! Kamil Stoch w piorunującym stylu wygrał wieńczący Turniej Czterech Skoczni konkurs w Bischofshofen.

zobacz więcej

„Najwyżej położona wieś w Polsce” – władze Zębu, kwadrans jazdy od Zakopanego, w poszukiwaniu chwytów marketingowych nie musiały nigdy stawać na rzęsach. A przecież „przydarzyli” im się jeszcze Józef Łuszczek, Stanisław Ustupski, Stanisław Bobak…

W maju 1987 roku zdarzył im się też Kamil Stoch. Syn Bronisława i Krystyny, brat Anny i Natalii, wnuk Franciszka – weterana II wojny światowej, więzionego w niemieckim obozie Plaszow.

Ledwo zaczął chodzić, a już szusował po okolicznych stokach. Zanim nauczył się płynnie czytać, dostał od wujka pierwsze narty skokowe. Lubił adrenalinę, a przygód szukał wszędzie: na dachu, łące, na krześle, stole...

Wyrastał trochę w cieniu. Adama Małysza – bo wtedy wszyscy byli w jego cieniu, ale też… Mateusza Rutkowskiego czy Stefana Huli. Ten pierwszy, rok od Stocha starszy, mistrz świata juniorów, miał być „złotym dzieckiem”, które lada moment nawiąże do sukcesów „Orła z Wisły”. Co najmniej. Przyszłość Huli nie rysowała się tak kolorowo, ale ze Stochem przez długi czas częściej wygrywał niż nie.

Olimpijskie marzenie


Po latach wspomina się pewne wydarzenie z 1999 roku. Można stwierdzić górnolotnie, że wtedy „świat o nim usłyszał”, ale faktem jest, że na żywo popis małego Kamila widziało co najwyżej kilkadziesiąt osób. Puchar Świata w kombinacji norweskiej w Zakopanem nigdy nie przyciągał tłumów. Nikt też nie koncentrował się na występach przedskoczków – nawet gdy na belce usiadł 12-letni chłopiec, który masę sprawdzał pewnie jeszcze na wadze kuchennej.

Poleciał 128 metrów. Choć trudno w to uwierzyć, żaden ze startujących później profesjonalistów (belka była ciut niżej) nie powtórzył tego osiągnięcia. Sprawa zainteresowała dziennikarzy Telewizji Polskiej, którzy niedługo później sprawdzili w Zakopanem, jak trenują młodzi skoczkowie.

– Pierwszy raz zacząłem skakać na nartach cztery lata temu. Do treningu namówiła mnie pani Jadzia z Zębu, która założyła klub LKS Ząb – opowiadał 12-letni Kamil. Nieco zawstydzony, zdecydował się też zdradzić swoje największe marzenie. – Chciałbym wystartować na olimpiadzie, zdobyć złoty medal. Jak na razie to ja mam jeszcze czas. Może za jakieś 5-6 lat wystartuję, jak będę dobrze skakał – wyznał.



Nie było wybuchu. Nie było Oberstdorfu, Martina Schmitta, nie było najwyższej w historii przewagi nad drugim miejscem w Turnieju Czterech Skoczni. Porównując Małysza ze Stochem, Mateusz Leleń z TVP Sport trafnie zestawił dwie epoki literackie: szalony romantyzm Małysza, który zachwycał, porywał, ale miał odrobinę pecha (brak złotego medalu olimpijskiego) i pozytywizm Stocha, który sukcesy osiągał w czasach bardziej pragmatycznych (przeliczniki, zabawy ze sprzętem), samemu stawiając przede wszystkim na nieustanny rozwój.

Jego „Oberstdorfem 2001” jest właściwie cała kariera. Wszystko, co oglądamy przez ostatnich kilkanaście lat.

A było co oglądać. Punktowanie sukcesów „Orła z Zębu” to wyzwanie tyleż fascynujące, co wręcz karkołomne. Medal przywoził bowiem zewsząd, w kolekcji ma złoto prawie każdej imprezy (wyłączając nieszczęsne mistrzostwa świata w lotach), wygrywał na igrzyskach częściej niż Małysz wygrywał Turniej Czterech Skoczni i prawie tyle samo razy triumfował w konkursach Pucharu Świata (zaraz go przegoni). Pasjonaci ze skijumping.pl wyliczyli też, że – z dużą przewagą – został skoczkiem dekady (ta pierwsza w XXI wieku, lata 2001-2010, należała oczywiście do Małysza).

Nudny bohater


Zachodzi obawa, że próżno będzie w biografii Stocha szukać skoków na kacu. Będzie za to sporo pracy, pracy i jeszcze odrobina naprawdę ciężkiej pracy. Nad własnym ciałem (Stefan Horngacher nauczył polskich skoczków, że latem warto na chwilę odłożyć narty i skupić się na sztandze), ale i nad głową. Bo to właśnie przygotowanie mentalne stało się największą bronią naszego mistrza, który — to nie przypadek — szczyt formy i koncentracji osiąga akurat wtedy, gdy stawka jest największa.

Stoch jest… nudny. Rozmowy z nim nie przynoszą zbyt wielu fajerwerków. Sensacji. Kontrowersyjnych tez. Zaczerpnął trochę od Małysza („dwa równe skoki”), trochę od piłkarzy, którzy za każdym razem przekonują, że „rywal postawił trudne warunki” i „trzeba patrzeć wyłącznie na siebie”. Kompilacja najciekawszych wypowiedzi mogłaby się ograniczyć do szpilek, które raz na jakiś czas wbija dziennikarzom po – jego zdaniem – pytaniach głupich, infantylnych, niefortunnych. Prowokowany do oceniania rywali, krytyki trenerów czy panujących warunków, bywa dyplomatyczny wręcz do bólu.

„Nudne” ma też życie prywatne. Pochodzi z dobrego domu, ślub wziął wcześnie, a żona – Ewa – nie czerpie wyłącznie z bycia „panią Stoch”, lecz sumiennie, od lat, pracuje na własne nazwisko. Poznali się zresztą dzięki… skokom. Kojarzył ją, ciut starszą, jeszcze z korytarzy zakopiańskiego SMS-u. Zaczepił w Planicy, po zawodach, na których była fotoreporterką, zachęcając do wspólnego spaceru. Oświadczył się trzy lata później, też w ukochanej Słowenii. Niedługo po dwudziestych trzecich urodzinach.
Kamil Stoch i Ewa Bilan-Stoch są niemal nierozłączni (fot. Getty Images)
Kamil Stoch i Ewa Bilan-Stoch są niemal nierozłączni (fot. Getty Images)

– Wziąłem ślub dość wcześnie, ale chciałem wracać do kogoś, kto będzie czekał na mnie w domu. Nie rodzice, ale ktoś, z kim mogę pogadać o wszystkim, przytulić się czy wyjść na kolację. Takim jestem typem człowieka i cieszę się, że znalazłem najbardziej odpowiednią osobę – tłumaczył potem.

Wszystko trochę jak u... Roberta Lewandowskiego, rok od Stocha młodszego. To nie przypadek, że obaj są dziś na szczycie. I – wszystko na to wskazuje – jeszcze przez jakiś czas na nim pozostaną. Ku naszej, kibiców, wielkiej radości.

źródło:
Zobacz więcej