RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Krzysztof Karnkowski: Ameryka się sypie?

Już 23 lata temu Kazik w piosence „12 groszy” śpiewał: „Ameryka też się sypie, to osobny rozdział…”(fot. PAP/Adrian Starus)
Już 23 lata temu Kazik w piosence „12 groszy” śpiewał: „Ameryka też się sypie, to osobny rozdział…”(fot. PAP/Adrian Starus)

W 1997 roku, a więc już 23 lata temu, przez polskie listy przebojów przemknął chyba największy przebój Kazika „12 groszy”, zapowiadający płytę pod tym samym tytułem, która zapewniła artyście finansową stabilizację i wiarygodność kredytową. Utwór „12 groszy” stanowił dość swobodny przegląd zarówno rozmaitych wątków obyczajowych, jak i obraz ówczesnej sceny politycznej. Kazik nie oszczędzał nikogo z wielkich, dziś jednak przywołuję ten kultowy, choć nie przez Kult nagrany, numer, z powodu jednej tylko frazy – „Ameryka też się sypie, to osobny rozdział…”

Wściekłość, ambicje i podziały

Wreszcie wielkie społeczne przebudzenie, potężny zryw, który za chwilę skoryguje wyniki kilku kolejnych wyborów! Przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego...

zobacz więcej

„…Bill Clinton palił trawę, ale się nie zaciągał” – dośpiewał sobie zapewne niejeden z czytelników, popatrzmy jednak, jak wiele zmieniło się od tamtej pory, a zarazem, jak prorocza okazała się pierwsza połowa cytowanej linijki. Clintona nie zmiotła ze sceny politycznej ani jego młodość, ani używanie życia w gabinecie owalnym. Pomimo procedury impeachmentu, dotrwał do końca kadencji, później zaś jego miejsce w polityce zajęła jego żona i choć nie udało jej się wygrać nawet prawyborów w Partii Demokratycznej, przez kolejne lata była kluczową figurą amerykańskiej polityki, pełniąc w trakcie pierwszej kadencji Baracka Obamy funkcję sekretarza stanu USA. Jednak przez dwie kadencje Stanami rządził George W. Bush i właśnie w chwili, gdy okazało się, że to właśnie ten kandydat Republikanów zastąpi w Białym Domu Clintona, chyba po raz pierwszy ujawniła się choroba, która dziś trawi Stany na dobre.

Po raz pierwszy bowiem tak mocno i wyraźnie część elit zakwestionowała specyficzny dla dwupartyjnego systemu płodozmian na szczytach władzy, nie potrafiąc przyjąć do wiadomości, że po Demokracie władzę obejmuje Republikanin. W sferze praktycznej objawiło się to zwyczajnym i bardzo uciążliwym dla nowej ekipy chuligaństwem – gdy ludzie Busha przejmowali administracje, odkryli, że w bardzo wielu klawiaturach służbowych komputerów ich poprzednicy na odchodnym uszkodzili klawisz z literą „W”. A ta, będąc inicjałem, odróżniającym Busha juniora od ojca, będącego prezydentem USA przez jedną tylko kadencję, w latach 1989–1993, była dla pracy urzędników juniora kluczowa.

Krzysztof Karnkowski: Spóźniony ruch

Rafał Trzaskowski wydaje się być największym pechowcem polskiej polityki. Start swojego ruchu przekładał kilkukrotnie, a gdy w końcu ogłosił czas i...

zobacz więcej

Ten drobiazg wielu publicystów słusznie potraktowało jako zapowiedź szerszego zjawiska odmawiania konserwatystom prawa do przejmowania rządów z rąk liberałów i socjaldemokratów, tak, jak działo się to dotąd latami we wszystkich demokracjach, gdzie w kolejnych kadencjach partie prawicowe i lewicowe zamieniały się miejscami. W Polsce z całą mocą doświadczyliśmy tego w 2007, a następnie 2015 roku. Kiedy w Stanach Zjednoczonych po ośmiu latach prezydentury Obamy wybory wygrał Donald Trump, histeria amerykańskich liberałów wybuchła z całą mocą, podsycana jeszcze przez całą specyfikę postaci nowego republikańskiego prezydenta, jego nonszalancki sposób bycia i takie też uprawianie polityki.

Niemal cała prezydentura Trumpa to czas odmawiania mu mandatu i działań opozycji, czasem do złudzenia przypominających działania naszego rodzimego Komitetu Obrony Demokracji. Wiele razy publicyści śledzący wydarzenia w obu krajach mówili wręcz, że w niektórych sytuacjach odnieść można wrażenie, że Polska była poligonem doświadczalnym dla kreowania polityki na amerykańskich ulicach. Ameryka wyprzedziła nas jednak ponownie, gdy po śmierci George’a Floyda rozpoczęły się gwałtowne zamieszki pod hasłem „Black Life Matters”. Do takiego stopnia agresji na ulicach nie doszliśmy, choć – to już zupełnie inna sprawa – ostatnio niebezpiecznie się do niego zbliżamy. Gdy jednak wybuchły protesty na ulicach USA, kraj, jak cały świat, mierzył się już z COVID-19 i reelekcja Trumpa, jeszcze kilka miesięcy wcześniej raczej pewna, przestawała być tak oczywista.

Między zdrowiem a gospodarką. Premier Morawiecki podejmuje kolejne wyzwanie

Nowa strategia, ogłoszona przez premiera Morawieckiego, wydaje się być kompromisem między potrzebą zaostrzenia reżimu sanitarnego w obliczu...

zobacz więcej

Od kilkudziesięciu godzin obserwujemy żenujący spektakl, który zmusza do zadania pytania, czy Stany Zjednoczone wciąż pozostają starą, stabilną i wzorcowa demokracją. Wiele metod działania politycznego udało się nam ze Stanów przenieść, jednak nikt z tamtejszej prawicy nie wpadł najwyraźniej na to, że przydałby się na amerykańskim gruncie odpowiednik naszego Ruchu Kontroli Wyborów. Być może konserwatywny RKW, by się narodzić, potrzebuje własnej wersji naszego roku 2014, którego pamięć żywa pozostaje do dziś do tego stopnia, że gdy tylko dotarły do nas pierwsze wieści o kontrowersjach przy liczeniu głosów, dziwnym trafem myśli twórców memów powędrowały ku PSL z czasów Janusza Piechocińskiego. W kolejnych głosowaniach pojawił się nad Wisłą dość silny element kontroli społecznej i cuda nad urną wyraźnie ograniczyły swój zasięg. A może tylko skorzystały ze zniesienia wiz, na zgubę lub co najmniej utrapienie tego z amerykańskich prezydentów, za kadencji którego się to udało?

Nie wiem, na jakim etapie liczenia będziemy, gdy niniejszy tekst dotrze do czytelników. W momencie, w którym piszę te słowa, wciąż trwa liczenie głosów w kilku stanach, pewne jest jednak, że na tym sprawa wcale się nie skończy, a Donald Trump, jeśli przegra, walczyć będzie dalej w sądach i Sądzie Najwyższym. Mogliśmy już przeczytać o nagle rosnącej ponad liczbę uprawnionych liczbie głosów, gwałtownym napływie kart z głosami na jednego kandydata (którym przypadkiem Trump nigdy nie był) w okręgach, gdzie najbliżej było do remisu ze wskazaniem na urzędującego prezydenta.

Krzysztof Karnkowski: Po dwóch stronach historii

Znaleźliśmy się nagle bardzo blisko historii, może nawet Historii, pisanej wielką literą. I to nie tylko dlatego, że dość szybko, gwałtownie i w...

zobacz więcej

O banałach w postaci głosów osób, będących w wieku, w którym jedynym przejawem życia jest odzyskiwanie „na kuratora” warszawskich kamienic, nawet nie wspomnę. Strona konserwatywna w Stanach, a za nią sympatyzujący z Trumpem Polacy (a zapewne na Polakach się nie kończy) widzi więc w amerykańskim liczeniu głosów przekręty. W tym samym czasie zwolennicy Joe Bidena, który zdążył już w czwartek ogłosić się zwycięzcą tych wyborów, zapełniają Twittera… magicznymi klątwami, mającymi przegranego w ich oczach Trumpa dobić, patrząc na treść zaklęcia jak najbardziej dosłownie.

Czy szlak przetarły polskie zafascynowane magią użytkowniczki tego serwisu, które w tarocie nie tak dawno szukały potwierdzenia wygranej Rafała Trzaskowskiego i swoje karty (do wróżenia, bo na te wyborcze z reguły były jeszcze za młode) przedstawiały jako dowód wyborczego fałszerstwa? Tymczasem administracja Twittera od dnia wyborów cenzuruje wpisy samego Trumpa i jego rodziny, tym samym pokazując, że korporacja może dziś do pewnego stopnia skutecznie próbować kneblować nawet najpotężniejszego, w teorii, człowieka na świecie. Już po wyborach w tę cenzurę włączają się telewizje, przerywając transmisje konferencji Donalda Trumpa, gdy ten zaczyna mówić rzeczy z punktu widzenia establishmentu niewygodne. Dziennikarze, również w Polsce, biją brawo i mówią o wielkim dniu swojego zawodu.

Kontrolowany kryzys w ZP? Pora na wyraźny komunikat dla wyborców

Trzeba przyznać, że jak na zapowiedziane trzy lata spokoju (w które, co łatwo sprawdzić, niespecjalnie wierzyłem), politycy Zjednoczonej Prawicy...

zobacz więcej

Nim poznamy ostatecznego zwycięzcę, który zresztą i tak będzie miał na koncie zwycięstwo pyrrusowe, na starcie mierząc się z zakwestionowaniem własnej legitymacji, nakładające się na potężny kryzys społeczny całego kraju, spójrzmy jeszcze na paradoksy, jakie mają miejsce na styku polityk Stanów i Polski. Jeśli Joe Biden ostatecznie wygra batalię z Trumpem, jego wyborcami i prawnikami, popierać będzie w Polsce siły zaprzyjaźnione ze swoją Partią Demokratyczną, czyli nasza opozycję totalną.

Wrogości do obecnego rządu w Warszawie dał już wyraz w ostatnich tygodniach, stawiając nas w jednym szeregu z kilkoma autorytarnymi reżimami świata. Te same siły, na które postawi Biden, w przypadku przejęcia władzy w Polsce, prawdopodobnie osłabią nasze więzi z Ameryką i zmienią wektor polskiej polityki zagranicznej na proniemiecki, a zapewne mniej lub bardziej antyamerykański. Najpełniej symbolizuje to witający już nowego prezydenta wulgarnym wobec PiS tweedem Radosław Sikorski, który, jak wiemy z taśm, nie był tak wielkim entuzjastą bliskich relacji z Ameryką, jak komuś mniej w polityce zorientowanemu mogło się wydawać.

Biznes ponad wszystko. Sympatycy Rosji nie trzeźwieją

Kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, można było zaobserwować proces szybkiego trzeźwienia z prorosyjskich sympatii polityków Platformy Obywatelskiej....

zobacz więcej

Dla Bidena długofalowo racjonalne byłoby więc zachowanie obecnej polityki wobec Polski i dobrych relacji z dzisiejszą władzą, tyle że amerykańska polityka już racjonalna nie jest. Trudno się też spodziewać, że do takich refleksji dojdą jego doradcy, których doradcą będzie zapewne sam Sikorski, lub, co jeszcze bardziej prawdopodobne, jego ceniona w środowiskach demokratycznych żona. Paradoksem drugim jest sam fakt, że w Polsce opozycja niemal w całości kocha już Joe Bidena, choć Trump ze swoim biznesowym podejściem do polityki w wielu sprawach powinien być jej bliższy niż katolik z coraz bardziej lewicowej również gospodarczo Partii Demokratycznej. I tu jednak rozsadek wygrywa z uprzedzeniami, kompleksami i najważniejszym – chęcią odróżnienia się za wszelką cenę od PiS.

Jak się to wszystko nie skończy, zarówno prezydenta USA jak i Polskę tak mocno z Ameryką związaną, równocześnie jednak silnie zorientowaną wyłącznie na Republikanów i Trumpa, czeka kilka trudnych miesięcy, może lat. W dzisiejszym świecie, poza jego nieprzewidywalnością nie ma niczego pewnego i wstrząsy targające starą amerykańską demokracją znakomicie się w ten niedobry trend wpisują.

źródło:
Zobacz więcej