RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Los Angeles Lakers mistrzami NBA! „Zrobiliśmy to dla Kobego”

Los Angeles Lakers na mistrzostwo czekali dziesięć lat (fot. Getty Images)

Kilka miesięcy po tragicznej śmierci Kobe'ego Bryanta, przez całą zawodową karierę związanego z Los Angeles Lakers, jego ukochany klub sięgnął po mistrzostwo NBA. "Jeziorowców" do 17. w historii tytułu poprowadził bliski przyjaciel Bryanta - LeBron James.

Żegnaj, Kobe. Dlaczego tak krótko?

W niedzielę zmarł Kobe Bryant. Mąż, ojciec czterech córek, wspaniały koszykarz, legenda sportu. Miał 41 lat.

zobacz więcej

Po wyeliminowaniu Portland Trail Blazers, Houston Rockets i Denver Nuggets (każda z tych serii zakończyła się wynikiem 4:1), w finale Los Angeles Lakers mierzyli się z sensacyjnym mistrzem konferencji Wschodniej - Miami Heat.

Koszykarze Erika Spoelstry długo stawiali opór faworyzowanym rywalom, ale poza odrobiną szczęścia i umiejętności, brakowało im też... zdrowia. Już w pierwszym meczu finałów kontuzji doznało dwóch z trzech najlepszych graczy zespołu z Florydy - Bam Adebayo i Goran Dragić. Ten pierwszy wrócił w na czwarty mecz serii, ale kontuzja ramienia sprawiła, że był - szczególnie w ofensywie - cieniem samego siebie. Słoweniec zagrał z kolei w szóstym, ostatnim starciu, gdy wyczerpani koledzy nie byli w stanie skorzystać na jego obecności.

To, że Miami miało w ogóle okazję rozgrywać szósty mecz finałów, to zasługa przede wszystkim niezwykłych, nieludzkich wręcz wysiłków Jimmy'ego Butlera. Ich niekwestionowany lider, najlepszy strzelec, asystujący, zbierający i przechwytujący, właściwie nie schodził z parkietu, dając z siebie więcej niż wszystko w każdym kolejnym meczu. Po starciu piątym, wygranym przez Heat po emocjonującej końcówce, po sieci krążyło wideo, na którym sfatygowany Butler z trudem wstaje z krzesła. Wąska rotacja i potężne obciążenia dla liderów musiały kiedyś odbić się czkawką. Stało się tak w najgorszym możliwym momencie. Tuż przed metą...

Problemy Miami to jedno, ale Lakers w szóstym meczu finałów byli po prostu za dobrzy. Do LeBrona Jamesa i Anthony'ego Davisa, którzy świetnie grają niemal zawsze, dołączyli wreszcie koledzy: wybitnie prezentował się doświadczony Rajon Rondo, kilka cennych rzutów oddał Kentavius Caldwell-Pope, a Danny Green czy Alex Caruso po raz kolejny okazali się niezbędni w defensywie. W skrócie: wszystko zagrało.


Zmobilizowani, zdeterminowani, wygrali 106:93, 4:2 w serii, sięgając po 17. w historii klubu i pierwsze od dziesięciu lat mistrzostwo NBA. Było dla kogo się starać: po styczniowej katastrofie helikoptera, w której zginął m.in. Kobe Bryant, legenda klubu, całą mistrzowską kampanię podporządkowano właśnie jego pamięci.

- Od czasu tragedii, wszystko, czego pragnęliśmy, to zdobyć ten tytuł dla niego - wyznał wzruszony Davis. - Był dla nas jak starszy brat. Wiem, że patrzy na nas z góry i jest dumny. Zrobiliśmy to dla niego.

Najbardziej wartościowym zawodnikiem finałów wybrano LeBrona Jamesa, dla którego to czwarty mistrzowski tytuł (i czwarta nagroda MVP) w karierze.

Ostatnie, decydujące mecze sezonu zasadniczego, a także wszystkie spotkania w fazie play-off rozgrywano w specjalnej "bańce" w Orlando: ulokowani w trzech hotelach, na terenie ośrodka Disneya, z powodu pandemii koronawirusa zawodnicy nie mogli liczyć na wsparcie fanów i swobodny kontakt ze światem zewnętrznym. Wreszcie, po kilku miesiącach w izolacji, mogą wrócić do domów.

Nie wiadomo, kiedy rozpocznie się kolejny sezon. Adam Silver, komisarz NBA, przekonuje, że pragnie inauguracji z kibicami w halach i normalnej liczby meczów (po 82 na drużynę). Najbardziej prawdopodobny termin to początek stycznia 2021 roku (zwykle jest to końcówka października).

źródło:
Zobacz więcej