RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Znikający tekst, czyli kto rządzi w „Gazecie Wyborczej”

Piotr Głuchowski w swoim tekście, jak na „GW”, rzeczywiście pojechał dość brawurowo (fot. Shutterstock/Anna Gawlik)

Piątkowy tekst Piotra Głuchowskiego pt. „Idźmy dalej: Piotrków wolny od Żydów, a skatepark od niepełnosprawnych” wywołał wściekłość w środowiskach lewicowych, zaskoczył ludzi o konserwatywnych poglądach i najwyraźniej wywołał popłoch w redakcji, która go wydała. Tyle różnorodnych emocji naraz można by uznać za sukces autora i wydawnictwa. Tyle, że redakcja wolałaby o tym sukcesie szybko zapomnieć. Dlaczego? Bo artykuł był skierowany przeciwko tym, którzy w rzeczywistości trzęsą „Wyborczą”.

„GW” przyznaje: Stref wolnych od LGBT w Polsce nie ma

„W Polsce nie ma »stref wolnych od LGBT«, tzn. obszarów, na których nie mogliby mieszkać albo przebywać geje i inne osoby nieheteronormatywne. Są...

zobacz więcej

Trzeba przyznać, że Piotr Głuchowski w swoim tekście, jak na „GW”, rzeczywiście pojechał dość brawurowo. Cała „postępowa Europa”, ba, kandydat Demokratów na prezydenta USA, potępił rzekome „strefy wolne od LGBT”, co na lewicy i w kręgach liberalnych uznano za triumf w walce z polską zaściankowością i wstecznictwem. Mało tego, tekst w „Wyborczej” ukazał się w dniu, kiedy przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała, że UE uzależni wypłaty z funduszów pomocowych od poszanowania praw osób LGBT, nawiązując m.in. do wspomnianych stref i całych unijnych debat im poświęconych.

No, głupio wyszło, bo nagle po tym całym zadęciu na świecie, w „Gazecie Wyborczej”, której przecież „nie jest wszystko jedno”, ukazuje się tekst, gdzie autor czarno na białym trzeźwo ogłasza, że nie ma w Polsce czegoś takiego jak „strefy wolne od LGBT”. Co więcej – przyznaje, że Samorządowa Karta Praw Rodzin zawiera „oczywiste oczywistości” i jest w tym wręcz „nudna”. Autor w dalszej części tekstu krytykuje wprawdzie poglądy radnych, którzy za nią głosowali, ale zauważa też, że SKPR nie ma przełożenia na prawne realia w Polsce. Tłumaczy nonsens wynikający z pomysłu umieszczania fałszywych, czy – jak kto woli – happeningowych tabliczek wskazujących na realne granice wytyczone dla wydumanych stref wolnych od LGBT. Logicznie uznaje więc akcje aktywisty tego ruchu, Barta Staszewskiego, za szkodliwe dla Polski.

Ciężko teraz dojść, jak to się stało, że ten tekst się pojawił w tym miejscu. Nie przedyskutowano go na kolegium, czy co gorsza komuś przyszło do głowy, że w dzienniku jest jeszcze miejsce na polemikę? W każdym razie na reakcję najbardziej zainteresowanego nie trzeba było długo czekać. „Obrzydliwy, pełen manipulacji tekst @gazeta_wyborcza. Widzę się dzisiaj z prawnikami aby rozważyć kroki prawne. To jest dołączenie do nagonki prawicowej szczujni w nagonce na aktywistów” – napisał w mediach społecznościowych Bart Staszewski.

To był jasny sygnał wysłany wydawcom „Gazety”. Sygnał został zresztą odebrany, bo tekstu nie można już było znaleźć pod wcześniejszym adresem w sieci. Aktywista najwyraźniej dał się udobruchać, bo wysłał następny komunikat: „No i @gazeta_wyborcza usunęła tekst. Bardzo dobrze tylko smród i spazmy prawicy pozostały. Może jakaś rzeczowa analiza na jego miejsce?”.

Niepokój w Agorze. Szef „S” ostrzega przed „największymi zwolnieniami w historii”

Przewodniczący Solidarności w Agorze Wojciech Orliński ocenia, że jesienią spółka przeprowadzi największe w historii zwolnienia grupowe. Jego...

zobacz więcej

Mylił się, bo internauci szybko podrzucili mu kolejny adres internetowy, pod którym można było znaleźć wspomniany „obrzydliwy tekst”. Ta publikacja może była tylko niedociągnięciem w wydawnictwie, może ktoś zapomniał zdjąć artykuł z każdego miejsca w sieci lub niechcący powtórnie opublikował. Ale może była to próba sił w redakcji. To tylko przypuszczenia. Wiadomo jednak, czyje polecenie zostało ostatecznie wykonane. Artykuł zniknął ze strony na dobre. Ciężko stwierdzić, czy czasowo, czy na stałe.

Pojawiła się za to „rzeczowa analiza”, której zażyczył sobie Bart Staszewski, pt. „Jesteśmy rekordzistami Polski w manifestowaniu homofobii. "Taki mamy klimat" na Lubelszczyźnie”

Uff, sytuacja w „Gazecie Wyborczej” powoli wraca chyba do normy. Niebezpieczeństwo związane z procesem zostało zażegnane. Wprawdzie nie można być skazanym za opinię czy polemikę, ale zdecydowani i odważni prawnicy Agory, ścierający się na co dzień z prawicowymi pomówieniami, woleli tym razem nie ryzykować. Po pierwsze wyglądałoby to dość dziwacznie, gdyby „Gazeta” zasiadła na jednej ławce z „wieśniakami” z Podkarpacia.

A po drugie wszyscy mają w tyle głowy stary kawał: Do pokoju, gdzie rozmawia dwóch adwokatów, wpada facet i mówi do jednego z nich: – Pies pana żony pogryzł mojego psa. Żądam 10 tysięcy złotych odszkodowania. Adwokat bez namysłu wypisuje czek na wskazaną kwotę. Intruz bierze czek i znika. Drugi adwokat pyta zaskoczony: – Dlaczego to zrobiłeś? Przecież nie masz ani żony, ani psa. W odpowiedzi słyszy: – No wiesz, facet wytoczy sprawę, a w sądzie różnie może być...

Nieodpowiedzialne czynniki w „GW”, odpowiadające za wybryk z wrażym artykułem, będą teraz musiały się wytłumaczyć ze swojego postępku i złożyć samokrytykę. Kto wie, może Bart Staszewski im wybaczy. W końcu kogoś realnie rządzącego redakcją stać na taki gest.

źródło:
Zobacz więcej