RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Fabryka obłudy

Film „Mulan” powstał z myślą o chińskim odbiorcy (fot. Disney/mat.pras.)

Coś dziwnego dzieje się w Hollywood. Gdy w Fabryce Marzeń ogłoszono, że Oscary mogą zdobywać jedynie filmy, w których w odpowiednim świetle przedstawiane są osoby czarnoskóre bądź należące do mniejszości seksualnych, wielu pukało się w głowę. Nie jest to jednak odosobniony przypadek. Amerykański mainstreamowy przemysł filmowy od dawna zmierza ku odwróconemu makkartyzmowi, w którym ważniejsze od walorów artystycznych jest promowanie liberalnych poglądów politycznych bądź podlizywanie się Chinom.

Oscary tylko dla filmów z LGBT i mniejszościami rasowymi

Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej uznała, że zbyt wielu białych i heteroseksualnych zostaje wyróżnionych Oscarami. Teraz, by mieć poważne szanse na...

zobacz więcej

Hollywood od zawsze było miejscem, gdzie ścierały się poglądy polityczne. Zwykle były one odzwierciedleniem poglądów szefów wytwórni bądź reżyserów. Zdarzało się, że toczyły się wręcz dyskusje na srebrnym ekranie.

W wybitnym westernie „W samo południe” Freda Zinnemanna z 1952 r. Gary Cooper nie mógł liczyć na pomoc mieszkańców miasteczka Hadleyville, w którym był szeryfem, w walce z bandą rewolwerowców. Wymawiali się na różne sposoby, a byli po prostu zwykłymi tchórzami. Cooper, jak pamiętamy, po pokonaniu w pojedynkę wszystkich łajdaków rzucił na ziemię odznakę szeryfa i odjechał w siną dal.

Zostawmy analizy, że była to alegoria ówczesnej sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych, w których komisja senatora Josepha McCarthy’ego namiętnie tropiła rzeczywistych i wyimaginowanych zwolenników komunizmu. W tym przypadku ważniejsze było, że szeryf Will Kane uniósł się dumą, nie odpuścił, ale na koniec pokazał, że gardzi odznaką, którą dali mu tacy tchórze.

W kontrze

W odpowiedzi powstał inny wspaniały western, „Rio Bravo” Howarda Hawksa z 1959 r., z urzekającą rolą Johna Wayne'a jako szeryfa Johna T. Chance'a, również walczącego z bandą zbirów. Dla głównego bohatera odznaka szeryfa i przestrzeganie prawa są największymi świętościami. Przez moment nie wątpi o słuszności swojego zadania, jest gotowy walczyć ze złem choćby w pojedynkę.

John Wayne, zwolennik Partii Konserwatywnej, zawsze prezentował antykomunistyczne poglądy, popierał senatora McCarthy’ego i interwencję amerykańską w Wietnamie. Wyraz temu ostatniemu dał produkując i współreżyserując film „Zielone Berety” z 1968 r. Wayne grający pułkownika Mike'a Kirby'ego jedzie do Wietnamu z dziennikarzem George’em Beckworthem, zdeklarowanym przeciwnikiem wojny. Beckworth, widząc okrucieństwa Wietkongu, zmienia jednak poglądy.

Transpłciowy superbohater od Marvela? Nie tak szybko

Prezes Marvel Studios Kevin Feige podczas sesji pytań w New York Film Academy stwierdził, że już niedługo w jednym z powstających w jego studio...

zobacz więcej

Film okazał się sukcesem kasowym, ale nie zdołał przekonać Amerykanów do słuszności wojny w Wietnamie. W odpowiedzi na ten obraz powstała seria wspaniałych filmów, które pokazywały bezsens wojny z punktu widzenia prostych żołnierzy, jak „Czas Apokalipsy”, „Łowca Jeleni” czy „Pluton”.

Ścieranie poglądów politycznych zaowocowało wieloma wybitnymi filmami. Ostatnio jednak Hollywood zmierza w kierunku spłaszczonego, jednokierunkowego wymiaru. Poprawność polityczna już od dawna razi część odbiorców tamtejszych produkcji. Jednym z niewielu, który nie kłania się trendowi, jest Clint Eastwood, były członek Partii Republikańskiej.

Autocenzura

Dzięki swojej mocnej pozycji w branży Eastwood może sobie pozwolić na określanie Latynosów mianem „fasolarzy”, jak w filmie „Przemytnik” z 2018 r. Żaden inny reżyser nie ma odwagi na użycie tego typu środków wyrazu. Działa autocenzura, nikt nie chce się spalić, wyjść na rasistę, Bóg wie kogo jeszcze.

Teraz wyszła kwestia, którą trudno nazwać inaczej niż osobliwą. Najważniejszym kryterium przy przyznawaniu Oscarów nie będzie już to, czy film ma jakieś wybitne walory artystyczne, czy poraża wizją reżysera, aktorstwem czy efektami specjalnymi. Kluczem będzie większa obecność kobiet oraz osób LGBT, reprezentujących mniejszości rasowe lub niepełnosprawnych.

Trzeba przyznać, że już od jakiegoś czasu zdarzało się, że Oscary trafiały do twórców, którzy może i owszem, wyróżnili się kunsztem, ale decydowały również konkretne horyzonty polityczne, a pomijano przy tym tych, którzy nie podpierali się modną ideologią. Jako przykład wystarczy podać nagrodę dla Seana Penna za film „Obywatel Milk” kosztem Mickeya Rourke'a, który olśnił w „Zapaśniku”.

Oczywiście rola roli nierówna, można spekulować, który aktor lepiej wcielił się w graną postać. Trudno natomiast polemizować z faktem, że atutem Penna było zagranie pierwszego amerykańskiego polityka, który przyznał się do swojego homoseksualizmu i działacza społecznego na rzecz równouprawnienia gejów i lesbijek Harveya Milka.

W Hollywood od zawsze ścierały się poglądy (fot. kadr z filmu „Rio Bravo”/Warner Bros./mat.pras.)

Dwukrotny laureat Oscara znów pozwany. Zarzuty o napaść seksualną

Dwóch mężczyzn złożyło właśnie pozew cywilny przeciw aktorowi Kevinowi Spaceyowi w sprawie napaści na tle seksualnym. Jednym z powodów w procesie...

zobacz więcej

Jak unijne okólniki

Ostatnio Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej uznała i tak już zbyt wielu białych i heteroseksualnych mężczyzn zostaje wyróżnionych Oscarami. Teraz, by mieć poważne szanse na zdobycie tej prestiżowej nagrody, film będzie musiał spełnić konkretne wymagania. Wprowadzono w regulaminie konkretne kryteria ilościowe, niczym w unijnych okólnikach dotyczących kształtu bananów. Zasady będą obowiązywać od 2024 r.

Absurd? Bez wątpienia. Przyjrzyjmy się, co wymyślili filmowcy, dla których ważniejsze od walorów artystycznych jest promowanie konkretnej linii politycznej i ideologii. Otóż filmy chcące ubiegać się o Oscara będą musiały spełniać co najmniej dwa z czterech nowych standardów. Zostały one bardzo precyzyjnie podzielone, co przywodzi na myśl raczej urzędy produkujące sterty makulatury w systemie komunistycznym niż XXI-wieczną kapitalistyczną Amerykę.

Zatem standard A dotyczy „reprezentacji na ekranie tematów i motywów narracyjnych”. Został on skrupulatnie podzielony na trzy kryteria, które musi spełniać film liczący na Oscara. Kryterium A1 dotyczy aktorów w rolach głównych i dużych rolach drugoplanowych. Przynajmniej jeden z takich aktorów musi przynależeć do mniejszości etnicznych, czyli między innymi Azjatów, Latynosów, Czarnoskórych czy Indian. To oznacza, że film „Spotlight”, który wygrał Oscara w 2016 r. już by się nie kwalifikował.

Dalej, kryterium A2 dotyczy obsady filmu. Przyjęto, że 30 proc. wszystkich aktorów w rolach drugoplanowych i na dalszych planach musi reprezentować konkretne grupy, czyli kobiety, mniejszości rasowe, etniczne i seksualne oraz ludzi z niepełnosprawnością fizyczną. Z kolei kryterium A3 określa główny wątek fabularny, w tym przypadku przynajmniej jeden z wątków musi dotyczyć grup mniejszościowych.

Kryterium B dotyczy ekipy filmowej i również zostało zostało podzielone na trzy podpunkty. B1 precyzuje, że co najmniej dwa z głównych działów produkcji filmu muszą być reprezentowane przez kobiety, przedstawicieli mniejszości rasowych seksualnych oraz ludzi z niepełnosprawnością fizyczną, choć o niepełnosprawności umysłowej w tym przypadku zapomniano.

Szef FBI: Chiny największym zagrożeniem

Ponad 2 tys. śledztw dotyczących działań wymierzonych w bezpieczeństwo USA prowadzi do Chin – ujawnił dyrektor FBI Christopher Wray. W wywiadzie...

zobacz więcej

Precyzyjny wykaz

Działy, na które zwrócono uwagę to: reżyseria, scenografia, scenariusz, zdjęcia, montaż, casting, muzyka, kostiumy, fryzury, charakteryzacja, produkcja, dźwięk oraz efekty specjalne. Wskazano, że co najmniej jeden z tych działów musi być kierowany przez osoby reprezentujące mniejszości rasowe bądź etniczne.

Im dalej, tym bliżej Orwella. Kryterium B2 precyzuje, że przynajmniej sześć osób niższego szczebla ekipy filmowej powinno być reprezentacją mniejszości rasowych i etnicznych. Natomiast kryterium B3 wymusza na twórcach, by co najmniej 30 proc. ekipy stanowiły kobiety, osoby reprezentujące mniejszości rasowe i etniczne, osoby LGBTQ+ oraz ludzie z niepełnosprawnością fizyczną. Kto nie ma takich osób, może sobie stworzyć arcydzieło, ale o statuetce może zapomnieć.

Kryterium C skupia się na „dostępie do przemysłu oraz szansach rozwoju”. W tym przypadku nie ma już możliwości częściowego zadowolenia Akademii – oba warunki muszą zostać spełnione. C1 dotyczy więc płatnych praktyk i stażów. Wymaga od dużych studiów filmowych i dystrybutorów, by kobiety, osoby z mniejszości rasowych i etnicznych, osoby LGBTQ+ oraz ludzie z niepełnosprawnością fizyczną mieli stały dostęp do organizowanych przez takie studia płatnych stażów w różnych działach.

Mniejsze studia i niezależni dystrybutorzy muszą mieć na płatnych stażach co najmniej dwie osoby z wyżej wymienionej grupy, inaczej – nici z Oscarów. Kryterium C2 dotyczy z kolei możliwości szkoleniowej i rozwoju umiejętności pracowników ekipy filmowej, co oznacza, że grupy mniejszościowe muszą je mieć zagwarantowane.

Ostatnie kryterium – D – skupia się na „komunikacji z widownią”. W zespołach zajmujących się szeroko pojętym marketingiem i promocją muszą znajdować się kobiety, mniejszości rasowe i etniczne, osoby LGBTQ+ oraz ludzie z niepełnosprawnością fizyczną. Nie mogą jednak tylko siedzieć na krzesłach, tylko muszą również zajmować kierownicze stanowiska.

Katalizator

„Zmiany mają na celu poszerzenie dotychczasowych zasad, aby odzwierciedlić różnorodną globalną populację zarówno w procesie tworzenia filmów, jak i wśród widzów, do których te filmy docierają. Akademia jest zaangażowana do tego, by pełnić ważną rolę w wcielaniu w życie tej rzeczywistości. Wierzymy, że zaproponowane przez nas zmiany będą katalizatorem długotrwałej i ważnej zmiany w naszym przemyśle” – napisali w oświadczeniu prezydent Akademii David Rubin i dyrektor wykonawcza Dawn Hudson.

Hollywood schodzi na psy (fot. Pixabay)

Strategia salami

Dżammu i Kaszmir to ponury górzysty region w Azji, do którego prawa roszczą sobie aż trzy państwa dysponujące bronią jądrową. Regularnie staje się...

zobacz więcej

To nie koniec osobliwości, jakimi ostatnio raczy nas Fabryka Snów. Coraz wyraźniejsza jest jeszcze jedna okoliczność – orientacja na komunistyczne Chiny i tamtejszy rynek. Przejawia się to takimi zjawiskami jak autocenzura, presja, by zadowalać konkretne grupy odbiorców oraz unikanie konkretnych tematów.

W tym przypadku raczej trudno podejrzewać studia filmowe o chęć przenoszenia komunistycznej ideologii na rynek amerykański. W Hollywood ważniejszy od koloru czerwonego jest oczywiście zielony. Chiny to już drugi pod względem wielkości rynek filmowy na świecie, więc zyski tam zdobyte często stanowią o kasowym powodzeniu filmu.

Dowodem na to jest „Mulan” wyprodukowany przez Disneya, remake animowanego filmu z 1998 r. Fabuła to adaptacja opowieści z chińskiego folkloru o dziewczynie chcącej dostać się do wojska, co udaje jej się dzięki przebraniu. Naturalnie film powstał z myślą o rynku chińskim, co samo w sobie jeszcze nie jest naganne,; problem leży gdzie indziej.

Symbol zbrodni

Film powstawał między innymi w samych Chinach, chińska propaganda oraz biuro bezpieczeństwa publicznego prowincji Sinciang dokładnie nawet precyzują, gdzie. Część scen kręcono w Sinciangu; nazwa ta stała się symbolem nieludzkiego traktowania swoich obywateli przez ChRL.

W regionie tym na masową skalę łamane są prawa człowieka, szczególnie dotyczy to mniejszości muzułmańskich Ujgurów, którzy są trzymani w tzw. obozach reedukacyjnych. Znajduje się tam – według szacunków organizacji humanitarnych – około miliona osób. Rząd w Pekinie naturalnie utrzymuje, że obozy to element pokojowych starań władz o poprawę bezpieczeństwa regionu i wsparcie jego ekonomicznego rozwoju.

Twerkująca 11-latka i seksualizacja dzieci. Netflix przeprasza

Głęboka krytyka i słowa oburzenia dotarły do uszu władz popularnej platformy streamingowej. Kilkadziesiąt godzin od ogłoszenia premiery nowego...

zobacz więcej

Oczywiście dla goniącego za poprawnością polityczną Disneya wspieranie reżimu nieludzko traktującego mniejszość etniczną, nie jest niczym niestosownym. Czarnoskórzy, homoseksualiści – tak, Ujgurowie – nie. Wytwórnia może przełknąć nawet najbardziej gorzką pigułkę, byle tylko zadowolić chińskie władze – przepustkę do gigantycznych pieniędzy.

Nie należy jednak wieszać psów wyłącznie na Disneyu. Od niemal ćwierć wieku czołowe amerykańskie wytwórnie filmowe nie wypuściły filmu, który stawiałby komunistyczny reżim w Pekinie w niekorzystnym świetle. W 1997 r. wyszły dwa wspaniały filmy – „Kundun – życie Dalaj Lamy” Martina Scorsese oraz „Siedem lat w Tybecie” Jeana-Jacquesa Annaud z Bradem Pittem w roli głównej. Oba pokazywały piekło, które komuniści zgotowali Tybetańczykom.

Zwrot nastąpił bardzo szybko. Wkrótce po premierze filmu „Kundun” ówczesny prezes Disneya Michael Eisner już kajał się przed ówczesnym chińskim premierem Zhu Rongjim.

– Popełniliśmy głupi błąd, wypuszczając „Kunduna”. Chcę za to przeprosić. W przyszłości powinniśmy zapobiegać sytuacjom, które obrażają naszych przyjaciół – przekonywał. Najwyraźniej miernikiem przyjaźni są wpływy z biletów, sprzedaży nośników z filmem oraz gadżetów.

Pod Chiny

Żenujące zachowanie i słowa Eisnera są teraz traktowane jako wskazówka dla amerykańskich filmowców. Kilka tygodni temu PEN America, organizacja walcząca między innymi o wolność wypowiedzi, opublikowała raport, w którym wykazała stopień podporządkowania amerykańskiego przemysłu filmowego Chinom.

W pierwszej kolejności wykazano istnienie siły rynkowej, która reguluje mechanizmy przypodobania się chińskiemu odbiorcy. Najważniejsze są pieniądze, choćby były to pieniądze z kraju, o którym można bez cienia przesady powiedzieć, że jest wrogi Stanom Zjednoczonym.

Twórcy filmu „Top Gun: Maverick” dokonali autocenzury z myślą o chińskim rynku (fot. Paramount/mat.pras.)

Harry Potter i Hermiona kontra Rowling. Poszło o transeksualistów

Autorka popularnych książek o przygodach Harry'ego Pottera podpadła zwolennikom politycznej poprawności. J.K. Rowling została oskarżona o...

zobacz więcej

Do tego dochodzi kwestia cenzury działającej w Chinach, która w znacznym stopniu dotyczy filmów zagranicznych. Kto chce zdobyć prawo dostępu do setek milionów chińskich widzów, musi się podporządkować. Zwykle wytwórcy tak robią, ale są tacy, którzy stają okoniem. Tak postąpił Quentin Tarantino.

Gdy władze uznały, że w filmie „Dawno temu w Hollywood” przedstawiono Bruce’a Lee w niekorzystnym świetle, postawiły warunek – scenę należy wyciąć, inaczej premiera nie dojdzie do skutku. Tarantino nie zgodził się na ingerencję w swoje dzieło, w efekcie partia komunistyczna nie zezwoliła na premierę.

Inwazja

Zwykle jednak studia filmowe idą na rękę Pekinowi. Przed wprowadzeniem do chińskich kin wycinano sceny między innymi z „Mission Impossible 3”, zaś w chałowym i bez tego filmie „Czerwony Świt” z 2012 r. przerobiono chińskich spadochroniarzy dokonujących inwazji na północnokoreańskich.

W raporcie PEN America zwrócono uwagę, że chińskie władze mogą opóźnić datę premiery filmu lub zażądać ponownego nakręcenia niektórych scen, a tego nikt w Hollywood nie chce. Stracić miliony dolarów przez jakąś drobnostkę? Nie ma głupich.

W związku z tym powszechne jest zjawisko autocenzury, żeby cenzorzy z Państwa Środka nie mieli się do czego przyczepić. – Mają ogromną władzę, więc chcesz mieć pewność, że wszystko od razu jest, jak trzeba – przyznaje producent David Franzoni, odpowiedzialny między innymi za „Gladiatora”.

„NYT”: Ujgurowie są wykorzystywani do pracy wbrew ich woli

Chińskie firmy wykorzystują pracę Ujgurów do szycia maseczek ochronnych – wynika ze śledztwa dziennika „New York Times”. Odbywać się to ma w ramach...

zobacz więcej

Tak postąpiła wytwórnia Paramount, która wyprodukowała sequel „Top Gun” z 1986 r. W mającym mieć premierę w przyszłym roku filmie z kurtki Toma Cruise'a już po publikacji zwiastuna usunięto naszywki z flagami Japonii i Tajwanu. Wszystko po to, żeby zadowolić chińskiego cenzora.

Indeks zakazanych nazwisk

Do tego w Hollywood zdaje się obowiązywać indeks zakazanych nazwisk. Trafił nań Richard Gere, bożyszcze kobiet z lat 90., który wspiera Tybetańczyków i przyjaźni się z Dalajlamą XIV. Annaud, reżyser „Siedmiu lat w Tybecie”, robi wszystko, żeby się na niej nie znaleźć i nie stracić szansy na intratne przedsięwzięcia. Opublikował list wyrażający skruchę. „Uroczyście oświadczył”, że nigdy nie popierał niepodległości Tybetu i nigdy nie miał kontaktu z Dalajlamą. „Co więcej – korzył się – nie ma mowy o zaprzyjaźnieniu się z nim” – obiecał.

Judd Apatow, reżyser między innymi niezbyt ambitnych komedyjek „40-letni prawiczek” czy „Wpadka”, ocenił, że problem jest poważny. Dowodzi, że wytwórnie filmowe celowo pomijają niewygodne tematy, byle móc liczyć na zysk na takich rynkach jak chiński czy arabski. – Kupili nasze milczenie – podkreślił.

– Wiele z tych dużych hollywoodzkich korporacji prowadzi interesy na całym świecie. Mają swoje biznesy z Arabią Saudyjską czy Chinami. Dlatego nie będą ich krytykować. Nie pozwolą, by taka krytyka znalazła się w ich produkcjach. Nie stworzą wnikliwych dokumentów podejmujących drażliwą tematykę, bo na takiej współpracy zarabiają duże pieniądze – powiedział Apatow telewizji MSNBC.

Apatow przyznał, że pewne tematy, które mogą być uznane w wymienionych krajach za niewygodne, są wycinane albo w ogóle się ich nie podejmuje.

– My się zastanawiamy, czy można opowiedzieć jakiś dowcip, a jakiego dowcipu lepiej nie opowiadać; tymczasem na dużo wyższym poziomie całkowicie wyeliminowano krytykę łamania praw człowieka w Chinach. I to moim zdaniem jest o wiele bardziej przerażające – podkreślił.

Oscary psieją, a Hollywood z Fabryki Marzeń staje się Fabryką Ideologicznej Propagandy, Obłudy i Hipokryzji.

źródło:
Zobacz więcej