RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Hodowcy polityków, czyli o co futrzarze walczą z Kaczyńskim

Projekt posłów PiS zakazuje m.in. hodowli zwierząt futerkowych w celu pozyskania z nich futer (fot. Shutterstock/Lynsey Grosfield)

Złożony w Sejmie projekt zwany „piątką dla zwierząt” jest dowodem nie tylko na empatię Jarosława Kaczyńskiego, ale także na konsekwencję. Prezes PiS po raz kolejny udowadnia, że przez lata może czekać, aż pojawi się odpowiedni moment na realizację jego politycznych planów. Czy ten moment właśnie nadszedł? Cóż, lepszego nie będzie.

„Decyzja rządzącej partii o zakazie hodowli zwierząt futerkowych pożądana i zasadna”

We wtorek prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział wprowadzenie pod obrady Sejmu projektu ustawy o ochronie zwierząt, który zakłada likwidację...

zobacz więcej

Wczoraj na sejmowych stronach pojawił się projekt ustawy zwanej „piątką dla zwierząt”. Ustawy, którą w ubiegły wtorek osobiście zapowiedział Jarosław Kaczyński, a która przewiduje m.in. zakaz hodowli zwierząt na futra, wzmocnienie społecznej kontroli warunków, w jakich zwierzęta są przetrzymywane, zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach, a także zakaz stałego trzymania ich na uwięzi, określenie minimalnych wymiarów kojców oraz ograniczenie możliwości uboju rytualnego.

Od poniedziałku przyglądam się dyskusji w tej sprawie. Dyskusji, która zgodnie z przewidywaniami została sprowadzona głównie do kwestii likwidacji ferm zwierząt futerkowych. Przyglądam się bez emocji. I to pomimo tego, że od trzech lat wspólnie z Jackiem Liziniewiczem zajmujemy się tym tematem jako nieliczni dziennikarze w Polsce.

Bez emocji, bo w tej sprawie powiedziano już wszystko i tylko od determinacji Kaczyńskiego zależy, czy „piątka dla zwierząt” zostanie wprowadzona w życie. Piątka, która raz na zawsze skończy z tym okrutnym, szkodliwym środowiskowo, niszowym przemysłem, jakim jest hodowla zwierząt futerkowych. Przemysłem, którego trwanie jego przedstawiciele i obrońcy przedstawiają jako polską rację stanu.

Z perspektywy kilku lat, wiem doskonale, że Kaczyński naprawdę chce doprowadzić do zamknięcia ferm i poprawy losu zwierząt. Nie mam jednak złudzeń, że obecny bój będzie równie trudny, co poprzednie podejścia. Jak to z 2017 r. - projekt analogiczny „piątki” składał w imieniu PiS poseł tej partii Krzysztof Czabański. Dlaczego?

Prezes Fundacji Viva: popieramy projekt PiS dot. ochrony zwierząt

Popieramy projekt PiS dotyczący ochrony zwierząt; deklarujemy pomoc w jego procedowaniu, dlatego że fundacje takie jak nasza w codziennej pracy...

zobacz więcej

Cóż, gdy w 2017 r. po raz pierwszy zacząłem badać środowisko hodowców zwierząt futerkowych, odkryłem ze zdumieniem, że ci sprawni biznesmeni doskonale odnajdują się nie tylko na pokrytych blachą i otoczonych wysokimi murami fermach, ale także w świecie polityki, wielkiego biznesu, lobbingu i mediów. Czyli w świecie, który śmierdzi równie mocno, jak ferma norek.

Od Tuska, przez PiS, do Konfederacji

Szczegółowe opisywanie tego lobby to materiał na książkę. Dość jednak powiedzieć, że o ile PiS sam go – nomen omen – nie wyhodował, to pozwolił mu wejść w buciorach może nie do siedziby na Nowogrodzką, ale na pewno do obejścia.

Ludzie zajmujący się hodowlą norek to niewielkie środowisko, którego twarzą i mózgiem jest Szczepan Wójcik. Hodowcy przez lata rządów koalicji PO-PSL zblatowani byli z politykami tych partii, czego dowodem nie tylko zdjęcia, na których braci Wójcików widać podczas konwencji programowych Platformy Obywatelskiej.

To właśnie w czasach „rządów miłości” nie zrobiono nic, by krwawy biznes ukrócić. Przeciwnie – kwitł w najlepsze. W 2010 r. ówczesny senator PO Piotr Gruszczyński skutecznie przyczynił się do wykreślenia norki amerykańskiej z listy gatunków inwazyjnych. Tylko, według słów samego Gruszczyńskiego, dostał on za to od lokalnego bonzy z branży futrzarskiej – Rajmunda Gąsiorka – 10 tys. zł na kampanię wyborczą.

Co zmieni się w ustawie o ochronie zwierząt? PiS ogłasza szczegóły

– Humanitarne traktowanie zwierząt, zakaz hodowli zwierząt futerkowych, ubój rytualny tylko na potrzeby krajowych związków wyznaniowych, kontrola...

zobacz więcej

Zostawmy jednak Tuska i ludzi poprzedniej władzy. Dziś hodowcy są widziani w towarzystwie polityków partii rządzącej. Przez długi czas parasol ochronny w postaci blokowania każdej wrogiej im decyzji zapewniał im m.in. minister rolnictwa, Jan Krzysztof Ardanowski, o którym dziś mówi się, że ma odejść z rządu właśnie ze względu na „piątkę zwierzęcą” i zapisy likwidujące fermy futerkowe.

Ale futrzarze są jednocześnie widywani na imprezach z politykami bliskimi wszystkim frakcjom Zjednoczonej Prawicy. Wiele mówi się o ich udziale w kampanii wyborczej, choćby w Toruniu gdzie profutrzarski Jan Krzysztof Ardanowski konkurował na jednej liście z autorem poprzedniego projektu „ustawy dla zwierząt” Krzysztofem Czabańskim, który zresztą w 2019 r. do Sejmu się nie dostał.

Ale to nie koniec. Bo futrzarze widziani są także na opozycji – skrajnie prawicowej Konfederacji. Te ostatnie relacje są o tyle ważne, że mają na celu „dyscyplinowanie” PiS-u i samego Kaczyńskiego. Robi się to argumentami o „zdradzie polskich ideałów”, „zagładzie rolnictwa” czy „uleganiu lewactwu”. Ta dywersyfikacja kontaktów politycznych pokazuje, jak sprawnymi „graczami” są hodowcy. Wiedzą, że PiS niczego tak się nie boi jak tego, że wyrośnie im konkurencja z prawej strony sceny politycznej.

Nie ma więc przypadku w tym, że prezes fasadowego „Związku Polski Przemysł Futrzarski”, Marek Miśko był widziany na weselu Krzysztofa Bosaka, a Robert Winnicki był gościem efemerycznego protestu pod Sejmem, gdy „branża” protestowała przeciwko poprzedniemu projektowi ustawy. Konfederacja mocno krytykuje każdy prozwierzęcy projekt, powtarzając jak mantrę futrzarskie zaklęcia. Czy za darmo? Nie wiemy. Wiemy za to, że oprawę medialną zapewniają futrzarzom najdroższe agencje PR w Warszawie (jak choćby ta, której właścicielem jest b. poseł Przemysław Wipler).

Nie będzie spotkania z grupami krytykującymi projekt ws. ochrony zwierząt

Nie planujemy spotkania z ugrupowaniami krytykującymi projekt ustawy dot. ochrony zwierząt; dyskusja będzie się toczyć w Sejmie – powiedział...

zobacz więcej

Medialna oprawa futer

Ale Szczepan Wójcik ma po swojej stronie także publicystów i dziennikarzy. Czołowi publicyści prawicy współpracowali lub współpracują z mediami założonymi przez hodowców – portalami wsensie.pl i swiatrolnika.pl. Te głosy także nie są bez znaczenia. Bo choć nie wiadomo, czy robią to za pieniądze, czy z przekonania, to ich głos jest słyszalny lepiej niż pisk kilku milionów norek.

Nie bez znaczenia jest także to, że Szczepan Wójcik poprzez swoje kontakty bardzo mocno zbliżył się do samego o. Tadeusza Rydzyka. Toruński duchowny – znów nie wiadomo z jakiego powodu – stał się zagorzałym przeciwnikiem pomysłów poprawienia losu zwierząt. To jego media najradykalniej atakują kolejne projekty.

Czynią to z pozycji quasichrześcijańskich, niekiedy w wulgarny sposób nazywając tych, którym los zwierząt leży na sercu. Słyszymy więc fałszywe dychotomie, mówiące o tym, że jeśli ktoś jest przeciwnikiem bezsensownego mordowania zwierząt, to na pewno jest także za mordowaniem nienarodzonych.

Interpretuje się nawet Pismo Święte tak, by przedstawić je jako argument za trwaniem brutalnej hodowli. Taka narracja słyszalna z Radia Maryja i Telewizji Trwam, trafia w przeważającej mierze do elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Czyli tam, gdzie ma trafiać. Szczepan Wójcik wyprodukował dla Telewizji Trwam dwa filmy paradokumentalne: „Zmierzch. Ofensywa ideologii gender” i „Gender. Tęczowa rewolucja”, a toruński redemptorysta odznaczył go medalem „Pro Ecclesia et Patria”. Rydzyk zachwalał filmy Wójcika i dziękował mu, że ten „hoduje te futrzaki”.

Prezes PiS w TikTok: Każdy dobry człowiek powinien poprzeć tę ustawę

Prezes PiS Jarosław Kaczyński namawia w mediach społecznościowych do poparcia projektu ustawy w sprawie zakazu hodowli zwierząt na futra. – Każdy...

zobacz więcej

Nie może więc być przypadku, że media o. Tadeusza Rydzyka stoją otworem dla Wójcika i jego propagandy. Swoistym case study może być „wywiad” na temat najnowszej ustawy, jakiego przed kilkoma dniami udzieliła Radiu Maryja Monika Przeworska, dyrektor tzw. Instytutu Gospodarki Rolnej.

Przeworska pomiędzy troską o „kilkanaście tysięcy pracowników ferm, a więc kilkanaście tysięcy rodzin” przekonuje, że wraz z likwidacją „branży” polska gospodarka otrzyma potężne ciosy. Pisze o rzekomych „750 tys. ton odpadów po produkcji mięsnej i rybnej, które zjadają norki” i o „niemieckich utylizatorniach”, które już czekają, by przejąć (odpłatnie) rynek tych odpadów. To wszystko słyszymy od lat i są to kłamstwa i manipulacje.

Prawda jest bowiem taka, że w 2016 r. w podklasie obejmującej hodowlę futerkowych zatrudniono nie więcej niż... 933 osoby. Odpady? W 2016 r. w żywieniu zwierząt futerkowych zostało wykorzystanych 393 tys. ton ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego (UPPZ), co stanowi 26 proc. ogólnej produkcji UPPZ. To dane z ZUS-u i Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Trudno więc sobie wyobrazić, by dziś, kiedy ferm norek jest mniej o 1/3 niż w 2016 r. jadły one dwa razy więcej odpadów i by pracowało przy nich piętnaście razy więcej osób. Pokuszę się więc o stwierdzenie, że więcej niż pracowników ferm jest protestujących przeciwko nim mieszkańców miejscowości, gdzie te są zlokalizowane.

Zresztą, warto by Państwo wiedzieli-tzw. Instytut Gospodarki Rolnej to de facto fundacja, którą założył… Szczepan Wójcik. Rzekomi eksperci jak Pani Przeworska są jego głosem w mediach, podobnie jak publicyści raz po raz ciskający gromy w Jarosława Kaczyńskiego, PiS i obrońców zwierząt.

Będzie przełomowa zmiana ustawy o ochronie zwierząt. „Poprą ją wszyscy dobrzy ludzie”

Zakaz hodowli zwierząt futerkowych, ograniczenie uboju rytualnego, koniec z psami na łańcuchach – to najważniejsze propozycje ogłoszone we wtorkowe...

zobacz więcej

Bitwa dopiero przed nami

Projekt ustawy, która likwiduje fermy, zakłada ich zamknięcie w ciągu roku od momentu wejścia w życie przepisów. To dość szybko, biorąc pod uwagę, że w krajach Europy Zachodniej ten okres wynosi średnio pięć lat. Jest to jednak zapewne strategia, by zamiast o samym zakazie, dyskutować o tym, kiedy ma on zostać wprowadzony.

Jaki będzie finał tej batalii? Cóż. Hodowcy mają wiele sposobów, by „wysadzić” ustawę w powietrze. Jednym z nich jest plan, by przekierować ciężar dyskusji na to, by w pierwszej kolejności „oddać do wygaszenia” fermy lisów. Tych jest w Polsce niewiele i stanowią ułamek futrzarskiej produkcji. Miałoby to jednak pokazać „dobrą wolę” i odwlec ostateczną likwidację „branży”, w której każdego roku zrywa się skórę z kilku milionów norek.

Jeśli się to nie uda, futrzarzom pozostaje działanie polityczne. Mają w Sejmie zaprzyjaźnionych posłów (w Zjednoczonej Prawicy, Konfederacji, PSL, a nawet PO). Proces legislacyjny w Polsce jest długi, można zgłaszać poprawki, kierować do komisji i analiz (te dla Sejmu pisze m.in. Marian Szołucha, ekonomista i stronnik Wójcika). Można walczyć w Senacie, naciskać na Prezydenta, by kierował przepisy do trybunału. To wszystko przed nami.

W klubie KO najprawdopodobniej brak dyscypliny ws. ochrony zwierząt

W klubie Koalicji Obywatelskiej nie będzie najprawdopodobniej dyscypliny w głosowaniu nad PiS-owskim projektem dotyczącym ochrony zwierząt. Szefowa...

zobacz więcej

Wreszcie można protestować – w mediach, przed Sejmem, w internecie. To nic nowego. Dość powiedzieć, że przy poprzedniej ustawie specjalnie dedykowana futrzarzom farma internetowych trolli przez wiele miesięcy ustawiała w mediach społecznościowych dyskusję na temat zakazu, dyscyplinując polityków i dziennikarzy. Zatrudnieni przez hodowców specjaliści od PR i lobbingu nadawali ton tekstom w ogólnopolskiej prasie, angażując dziennikarzy i publicystów i prześladując tych, którzy nie ulegali ich propagandzie.

Z fermy na salony

Ale koniec końców, można skapitulować. I na to najwyraźniej futrzarze mają pomysł. Jak zauważyli politycy Konfederacji (znów nie ma tu przypadku) przepisy nie mówią nic o ewentualnych odszkodowaniach dla hodowców. Sam Krzysztof Bosak wzywa do protestu i pisze: „Jeśli nie uda się wygrać to niech chociaż ta zdrada kosztuje ich jak najwięcej”. Jak najwięcej.

Może być więc tak, jak niesie wieść gminna przez Warszawę. Hodowcy zwierząt futerkowych wiedzą, że Kaczyński jest zdeterminowany jak nigdy. W ostateczności będą więc naciskać na jak najdłuższy okres „wygaszenia” krwawych hodowli i gigantyczne, niewspółmierne do skali „branży” odszkodowania.

W przypadku Szczepana Wójcika może to być kapitał zarówno zakładowy, jak i polityczny. Już dawno spodobała mu się rola jaką pełni. Z hodowcy stał się polityczno-medialnym graczem. Przez lata zawiązał wiele układów i widział kulisy polityki na najwyższym szczeblu, a jego pieniądze trafiały do wielu środowisk. Obecna walka z Jarosławem Kaczyńskim jest więc dla niego nie tylko walką o fermy, ale także o pozycję wyjściową do kolejnych działań. Sojuszników już sobie wyhodował.

źródło:
Zobacz więcej