RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Cylicyjscy Ormianie w Libanie

Obecna populacja ormiańska w Libanie to przede wszystkim potomkowie uciekinierów przed zaplanowanym przez Turków ludobójstwem ale większość z nich mieszkała niedaleko, w Cylicji (fot.Witold Repetowicz)

Choć wydawałoby się że Liban i Armenia leżą daleko od siebie to Ormianie mieszkają w tym lewantyńskim kraju cedrów już od wczesnego średniowiecza. Uznani są również za rdzennych mieszkańców tego państwa, a co za tym idzie posiadają udział we władzach. Obecna populacja ormiańska w Libanie to wprawdzie przede wszystkim potomkowie uciekinierów przed zaplanowanym przez Turków ludobójstwem ale większość z nich mieszkała niedaleko, w Cylicji.

Armenia – życie na linii frontu

Pełna serpentyn droga pnie się ostro w górę od zakrętu w miejscowości Kayan, gdzie niegdyś można było wjechać z Armenii do Azerbejdżanem. By...

zobacz więcej

Mała Armenia

W końcowej scenie filmu „Przyrzeczenie” z 2016 r. tysiące ormiańskich uciekinierów bronią się na skalistej górze przed nacierającą na nich armią osmańską. Jedni chcą tylko przeżyć, drudzy zaś po prostu zabić. W krytycznym momencie pojawiają się francuskie okręty wojenne, które przystępują do ewakuacji Ormian. Turcy w tym czasie nie rezygnują i dalej ostrzeliwują płynących w szalupach ratunkowych cywilów.

Przytoczona scena oparta jest na autentycznym zdarzeniu, które po latach miało swój finał w libańskim miasteczku Andżar, słynącym dziś przede wszystkim z wpisanych na listę UNESCO ruin omajadzkiego miasta. Nazywane ono jest „Małą Armenią” bo wszyscy jego mieszkańcy to Ormianie. Miejscowi przyznają nawet, że słabo mówią po arabsku bo na co dzień jest im ten język zupełnie niepotrzebny. „Rozmawiamy tu po ormiańsku, a ściślej w naszym musalerskim dialekcie. Tylko niektóre lekcje w szkołach są po arabsku, choć są też takie, które prowadzone są po angielsku” – mówi jedna z lokalnych nauczycielek w biurze mera.

Obok libańskiej flagi powiewa tu też trójkolorowa armeńska oraz sztandar partii Tashnag czyli Armeńskiej Federacji Rewolucyjnej, najstarszej ormiańskiej organizacji niepodległościowej, założonej w 1890 r., a dziś największej z trzech ormiańskich partii w Libanie. „Symbolami Tashnagu jest pióro, łopata oraz miecz. To symbolizuje trzy podstawy naszego społeczeństwa: naukę, pracę i walkę” – tłumaczy nauczycielka. Tasznag w libańskim parlamencie dysponuje trzema mandatami spośród 6 przyznanych Ormianom w tym 128-osobowym ciele ustawodawczym.

Smok, który przyniósł szczęście

Wietnam to kraj niezwykłych ludzi, wspaniałych krajobrazów i przepysznej kuchni. Aż trudno uwierzyć, że na powierzchni niewiele większej od Polski...

zobacz więcej

Chrześcijanie w potrzebie, proszę ratujcie

Ormianie mieszkający w Andżarze osiedlili się tam nie zaraz po ludobójstwie Ormian jakie miało miejsce w 1915 r. ale dopiero 24 lata później. Niewiele bowiem brakowało a mogliby dalej mieszkać w swoim rodzinnym Musalerze. W biurze mera Andżaru Vartkesa Choszjana wisi obraz przedstawiający samotną skałę z powiewającą na jej szczycie białą flagą z wielkim czerwonym krzyżem w środku. W końcu lipca 1915 r. 5 tysięcy Ormian z sześciu wiosek znajdujących się u podnóża góry Musaler schroniło się na niej przed oddziałem 20 tys. żołnierzy tureckich, która pod pretekstem „ewakuacji” chciała ich wymordować. Ormianie postanowili, że nie pójdą jak barany na rzeź i przystąpili do obrony choć wiedzieli, że około 250 uzbrojonych tylko w strzelby wieśniaków nie ma szans z regularną armią. W tym czasie kobiety uszyły dwie flagi tj. właśnie tę z czerwonym krzyżem oraz drugą z napisanym po angielsku zdaniem „Chrześcijanie w potrzebie, proszę ratujcie”. Zostały one wywieszone na szczycie w nadziei, że zobaczy je jakiś okręt brytyjski lub francuski. W toczącej się wówczas I wojnie światowej kraje te były po przeciwnej stronie niż Turcja.

W Andżarze, w pobliżu miejscowego kościoła, wznosi się potężny pomnik upamiętniający bitwę o Musaler. Corocznie, w pierwszą sobotę po 14 września (dzień ewakuacji na francuskich okrętach), odbywają się tam uroczystości upamiętniające zwycięstwo. Tak bowiem traktują wynik tego starcia Ormianie. Choć bowiem Turcy zajęli ostatecznie górę i wioski to przecież nie to było ich celem, lecz wymordowanie mieszkańców. „Naszych zginęło tylko osiemnastu, uznajemy ich za męczenników, a od kilku lat w naszym kościele apostolskim znajdują się ich szczątki jako relikwie.” – mówi mi opiekunka miejscowego muzeum, w którym zebrano pamiątki z Musaleru.

Najważniejszą jest owa biała flaga z czerwonym krzyżem, którą udało im się zachować do dziś, mimo że ewakuacja dokonana przez flotyllę admirała Louisa Dartige du Fournet była dopiero początkiem wielkiej tułaczki. Francuski dowódca jest również upamiętniony tablicą wmurowaną obok pomnika i do dziś wspominany przez mieszkańców Andżaru jako wielki bohater. Decyzję o ewakuacji miał bowiem podjąć wbrew zaleceniom władz francuskich. Ponadto w wyniku ostrzału z krążowników zginęło kilka tysięcy żądnych ormiańskiej krwi Turków.

Agnieszka Wasztyl: Rany goją się do dziś

Kraj w kształcie serca – tak w folderach biur podróży opisywana jest Bośnia i Hercegowina. Ale to serce wielokrotnie było rozrywane - ostatni raz...

zobacz więcej



Ormianie z Musaleru nie trafili jednak od razu do Libanu, lecz najpierw do egipskiego Portu Said. Po zakończeniu I wojny światowej wrócili natomiast do swoich wiosek bo znalazły się one w obrębie francuskiego terytorium mandatowego Syrii. W 1939 r. Francja zgodziła się jednak na aneksję przez Turcję Sandżaku Aleksandretty, który obejmuje również teren Musaleru. „Relacje z sąsiadującymi wioskami tureckimi i kurdyjskimi nie były zbyt dobre ale nie były tez złe. Ludzie jakoś żyli obok siebie. Problemem była władza Turcji. Pamięć o tym, że chciała ich wszystkich wymordować była zbyt świeża.” – wyjaśniono mi w andżarskim muzeum.

To dopiero wtedy Francuzi przesiedlili Ormian z Musaleru do Libanu. Trafili oni na opuszczone, bagniste tereny przy granicy z Syrią. „Nikt tu nie mieszkał bo to były tereny malaryczne. W czasie obrony Musaleru Turcy zabili 18 naszych, a tu choroba w ciągu pierwszego roku zabrała aż tysiąc” – mówi mer Andżaru. Francuzi zaprojektowali tę osadę w kształcie orła dlatego Andżar nie ma tego chaotycznego charakteru typowego dla bliskowschodnich miast. Ulice przecinają się prostopadle i jest dużo zieleni. Główna aleja tworzy kręgosłup orła i prowadzi do jego głowy czyli głównego kościoła (apostolskiego).

Z głównego skrzyżowania rozpościerają się natomiast skrzydła, na których końcu są dwa pozostałe kościoły: katolicki i protestancki. Przy każdym kościele jest też szkoła. „Dawna struktura została zachowana, mieliśmy 6 wiosek więc teraz jest tu 6 głównych ulic, wokół których skoncentrowało się osadnictwo z każdej z nich” – mówi mer.

„Mieszka we mnie Polak i Tatar”

Na Podlasiu mieszkają od ponad 300 lat. I choć dziś jest ich niespełna 3 tysiące, to robią wszystko, żeby ich tradycja i obyczaje przetrwały....

zobacz więcej

Omajadzkie miasto na liście UNESCO

Lewe skrzydło andżarskiego orła jest jednak „nadgryzione”. „Ruiny średniowiecznego Andżaru były wówczas zasypane i wystawały tylko niewielkie elementy. Gdy zaczęła się budowa odsłonięto kolejne struktury więc szybko przerwano prace i sprowadzono archeologów” – opowiada Choszjan. Miasto to zostało zbudowane na pocz. VIII w. przez kalifa Walida I, który rezydował w oddalonym stąd o 40 km Damaszku.

Znaczenie Andżaru wynikało z jego położenia w żyznej Dolinie Bekaa, w połowie drogi między syryjską stolicą a wybrzeżem Morza Śródziemnego. Miasto było wielokrotnie zdobywane, natomiast podupadło w XVI w. gdy weszli do niego Turcy. Dziś słynie w Libanie również z owoców. „Mamy własne źródło wody, co powoduje, że uprawy nawadniane są czystą wodą, a w innych częściach Libanu mają duże problemy ze ściekami. Dlatego logo Andżaru na produktach działa jak certyfikat jakości i to nie tylko w Libanie” – tłumaczy mer.

Andżar ma też swoją „krzywą wieżę” czyli wieżę zegarową wyrastającą przy centralnym skrzyżowaniu. Jej krzywizna jest w istocie złudzeniem optycznym, gdyż główna ulica pnie się ostro pod górę. „Gdy Andżar powstawał nikt tu nie miał zegarków, więc siostra Hedwig z wspierającej nas tu wówczas szwajcarskiej misji postanowiła zbudować ten zegar by dzieci wiedziały kiedy iść do szkoły” - mówi opiekunka miejscowego muzeum.

Stambuł – Turcja w miniaturze

Orientalny, wielokulturowy, pachnący przyprawami, niezwykle barwny i pełen kontrastów. Położony na dwóch kontynentach Stambuł oszołamia wielkością,...

zobacz więcej

Wizyta na ziemi ojców

Potomków uchodźców z Musaleru (oraz wciąż żyjących byłych mieszkańców tamtejszych wiosek) jest obecnie na świecie około 12 tys., a w Andżarze na stałe mieszka 5 tys. „Teraz jest więcej, jakieś 7 tys., bo po wybuchu, który dotknął również ormiańską dzielnicę Bejrutu czyli Burdź Hamud, wiele osób pracujących tam, wróciło do swych domów tutaj” – tłumaczy mer. Wśród około 190 ofiar śmiertelnych bejruckiej eksplozji było 14 Ormian.

Nie wszyscy Ormianie z Musaleru zdecydowali się jednak na opuszczenie tamtejszych wiosek. Mer Choszjan przyznaje, że garstka postanowiła pozostać. „W 2009 r. pojawiła się możliwość odwiedzenia Musaleru, z której skorzystało aż 150 osób. Pojechaliśmy przez Syrię autobusami.” – mówi Choszjan. „Po powrocie z Egiptu nasi rodzice i dziadkowie postawili w Musalerze pomnik w kształcie łodzi by upamiętnić ewakuację z 1915 r. ale Turcy go oczywiście zniszczyli” – dodaje.

Głównym źródłem dochodów Andżaru, zwłaszcza w lecie, jest turystyka ale pandemia koronawirusa, kryzys finansowy oraz tragiczna sytuacja humanitarna po eksplozji w bejruckim porcie, spowodowały, że tego lata turystów było bardzo mało. „Zwykle w lecie na wczasy przyjeżdża do nas 6 tys. rodzin tygodniowo” – mówi mer.

Powroty do starej ojczyzny

Do Andżaru przyjeżdżają wówczas również dzieci z z Burdź Hamud. „Organizujemy szkołę letnią dla dzieci z biedniejszych rodzin” – wyjaśnia Nelly Vekilian z Armeńskiego Krzyża Miłosierdzia (ARC), międzynarodowej organizacji charytatywnej finansowanej głównie przez ormiańską diasporę. W tym roku ten wakacyjny wyjazd został odwołany ze względu na koronawirusa. ARC ma jednak pełne ręce roboty bo tragiczna sytuacja ekonomiczna w jakiej znalazł się Liban i fakt, że większość mieszkańców Burdź Hamud w mniejszym lub większym stopniu ucierpiała w wyniku eksplozji w bejruckim porcie powoduje, że liczba ludzi potrzebujących pomocy gwałtownie wzrosła. Coraz więcej Ormian chce też wyjeżdżać z Libanu, co jest częścią większego zjawiska exodusu chrześcijan z Libanu i ogólnie Bliskiego Wschodu.

Libańscy Ormianie kierują się jednak nie na tylko na Zachód, lecz także do swej starej ojczyzny – Armenii. Trudno zresztą w Libanie spotkać Ormianina, który byłby obojętny wobec tego co się dzieje w Armenii. Nawet w tak ciężkich czasach w jakich obecnie znalazł się Liban. „Gdy 12 lipca usłyszałem o azerskim ataku na Tawusz to pierwszą moją myślą było jechać tam i bronić Armenii” – mówi jeden z wolontariuszy ARC o starciach jakie w lipcu wybuchły na granicy azersko-armeńskiej. Ormianie przyznają zresztą, że gdy w 1991 r. wybuchła wojna o Górski Karabach, armeńskie terytorium przyłączone w 1920 r. przez Stalina do Azerbejdżanu, to z Libanu, w którym dopiero co zakończyła się wojna domowa, wyjechali ochotnicy pragnący bronić Karabachu z bronią w ręku. Trzech poległo w walkach z Azerami.

Polska kraina orientu i kolorowe wioski

Są takie miejsca, w których czas się zatrzymał. Życie toczy się niespiesznie, a często jedynym hałasem są odgłosy dzikich zwierząt lub koncerty...

zobacz więcej

Ojcowie na wojnie, dzieci w chórze

Zainteresowanie działa zresztą również w drugą stronę i choć Armenia oraz Górski Karabach nie są zbyt bogate (delikatnie mówiąc) to po eksplozji w bejruckim porcie do Burdź Hamud zaczęły napływać stamtąd paczki z pomocą. Do Armenii wyjechała też znaczna część armeńskich uchodźców z Syrii, którzy początkowo pojawili się w Andżarze.

„Przed 1939 to byli nasi sąsiedzi, miasto Kassab, skąd uciekali w 2013 r. przed wspieranymi przez Turcję dżihadystami, położone jest raptem 30 km od Musaleru” – opowiada mer Chosjan.

„To dobrze, że Ormianie wracają do swej ojczyzny” – komentuje te wyjazdy Zakar Kesziszian, wybitny muzyk ormiański pochodzący z Andżaru. W 1988 r. wyjechał na studia muzyczne do Erewania, a w 1992 r., po wkroczeniu Ormian do miasta Szuszi w Górskim Karabachu, zorganizował tam istniejący do dziś chór. „Wojna ciągle się tam toczyła, bracia i ojcowie tych dzieci walczyli na froncie, a one chciały śpiewać” – opowiada Kesziszian. „W rocznicę wyzwolenia Szuszi koncertowaliśmy w Erewaniu. Gdy wracaliśmy spodziewałem się gorącego powitania, a tymczasem wszyscy rodzice czekali na nas w milczeniu. Jeden z nich podszedł do mnie i powiedział, że dokładnie w tym samym czasie gdy oklaskiwano nas w armeńskiej stolicy, zginął ojciec jednego z naszych chórzystów.” – wspomina Kesziszian, który zdecydował wówczas, że odwołuje kolejny występ, mający mieć miejsce dwa dni później. „Ten chłopak się wtedy sprzeciwił i powiedział, że chce śpiewać. Więc koncert się jednak odbył” – dodał muzyk.

Trzy kościoły

Ormiański deputowany do libańskiego parlamentu Hagop Pakradunian ocenia, że Ormian w Libanie jest obecnie około 130-140 tys. Podzieleni są oni przy tym na trzy kościoły. Najstarszym i największym jest Ormiański Kościół Apostolski, który założyć mieli apostołowie św. Bartłomiej i św. Juda Tadeusz. W XI w. po tym jak upadło królestwo Armenii Ormianie założyli królestwo Cylicji we wschodniej części anatolijskiego wybrzeża Morza Śródziemnego, które obejmowało również późniejszy Sandżak Aleksandretty, w tym Musaler. W Sis, czyli stolicy tego istniejącego do 1375 r. państwa, powstał autokefaliczny katolikosat (tytuł katolikosa przysługuje głowie apostolskiego kościoła ormiańskiego). W 1915 r. ówczesny katolikos Cylicji Sahak II cudem uniknął śmierci i zdołał przenieść siedzibę tego kościoła do miejscowości Antelias, 5 km na północ od Bejrutu. Dziś jest to zatem drugie najważniejsze na świecie miejsce dla tego kościoła. Znajduje się tam również muzeum, w którym można m.in. zobaczyć niewielką część księgozbioru katolikosów Cylicji. Resztę w 1915 r. spalili Turcy.

W 1740 r. powstał natomiast libański patriarchat Ormiańskiego Kościoła Katolicki, liczący dziś około 10-12 tysięcy wiernych. Z kolei w 1846 w Konstantynopolu zrodził się Ormiański Kościół Ewangelicki, który również po ludobójstwie przeniósł się do Libanu i liczy tu teraz około 5 tys. wiernych. Choć libańscy chrześcijanie są bardzo podzieleni to relacje miedzy wszystkimi trzema ormiańskimi kościołami są bardzo dobre. „Są nawet wspólne instytucje powołane na przykład przez nas ewangelików i kościół apostolski” – mówi pastor Paul Haidostian, który jednocześnie jest rektorem renomowanego ormiańskiego Uniwersytetu Haigazian w Bejrucie. Jednym z jego wykładowców jest Zakar Kesziszian, który należy do kościoła apostolskiego.

Perły Macedonii Północnej

Antyczne miasta, gościnni ludzie, przepyszna kuchnia i wielokulturowa tradycja. Macedonia Północna dla wielu jest kwintesencją Bałkanów. To tu...

zobacz więcej

Potomek królów, syn pucybuta

Początki ormiańskich uchodźców w Libanie były ciężkie. Deputowany Pakradunian, dziś najważniejszy ormiański polityk w Libanie, pochodzi prawdopodobnie z królewskiego rodu Bagratydów, panujących w Armenii od IX w. „Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia bo mój ojciec był pucybutem” – deklaruje. Dziadek Pakraduniana został zabity w czasie ludobójstwa, gdy ojciec deputowanego miał 2 lata. „Wtedy wszystkie pamiątki rodzinne i dokumenty rodzinne przepadły, a na moje pytania o dziadka i przeszłość ojciec wybuchał płaczem. Babcia natomiast do końca życia chodziła ubrana na czarno i milczała” – wspomina.

Osierocony ojciec Hagopa Pakraduniana jako dziecko zmuszony został podjąć pracę jako pucybut. Pewnego razu gdy szorował buty jakiemuś Libańczykowi ten kopnął jego skrzynkę i zaczął go wyzywać od brudnych ormiańskich uchodźców. „Jego ojciec był dyrektorem szkoły, więc tak to go wzburzyło, że postanowił założyć własny sklep by nikt nim już nie pogardzał. I dopiął swego” – opowiada Pakradunian. „Wtedy nazywaliśmy się Pakradun ale ojciec specjalnie dodał charakterystyczną końcówkę -ian, by podkreślić dumę z ormiańskiego pochodzenia” – dodał deputowany.

Libańscy Ormianie zachowali neutralność w czasie libańskiej wojny domowej. W Andżarze stacjonowała później armia syryjska, z którą mieli dobre relacje. Mogli też bez problemu przekraczać wszystkie linie frontu i podróżować między strefami wpływów. Dziś jednak coraz bardziej obawiają się działań ze strony Turcji zmierzających do zwiększenia jej wpływów w Libanie. „W trakcie ostatniej wizyty prezydenta Francji w Libanie jako jedyny przestrzegałem przed tym i Macron przyznał mi rację” – podkreśla Pakradounian.

źródło:
Zobacz więcej