RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Polak o wybuchu w Bejrucie: Szklane drzwi leciały jak gilotyna

4 sierpnia w bejruckim porcie doszło do potężnej eksplozji saletry amonowej (fot. Haytham Al Achkar/Getty Images)

„Gdy usłyszałem drugi świst krzyknąłem, żeby się chować i wepchnąłem moją dziewczynę do komórki na zapleczu. Wtedy tuż przed moją twarzą przeleciały szklano-metalowe drzwi naszej restauracji. To było jak gilotyna, kilka centymetrów i ścięło by mi głowę” – tak wspomina moment eksplozji w Bejrucie Jerzy Wasio, który pracuje tam jako kucharz. Dzisiaj pomoc dla poszkodowanych w wyniku eksplozji niosą polskie organizacje, w tym Polska Akcja Humanitarna.

Ksiądz Waldemar Cisło: „Wspólnota międzynarodowa musi pomóc Libanowi!”

12 ton środków chemicznych, a także leki oraz upominki dla dzieci przywiózł w piątek polski samolot wojskowy do Bejrutu. To pomoc zebrana przez...

zobacz więcej

Nie wyjeżdżam. Zostaję

Jerzy Wasio pracuje w japońskiej restauracji na Mar Michael czyli dzielnicy położonej w najbliższym sąsiedztwie portu, w którym 4 sierpnia doszło do potężnej eksplozji saletry amonowej. Jego miejsce pracy zostało całkowicie zniszczone, jednak Wasio postanowił zostać w Bejrucie, choć po tym dramatycznym wydarzeniu nastąpił istny exodus nie tylko cudzoziemców, ale i samych Libańczyków, przerażonych sytuacją, w jakiej znalazł się ich kraj. – Z pięcioosobowego personelu zostałem tylko ja – mówi Wasio, który przyznaje, że coraz częściej tęskni za Polską. – Niemal wszyscy moi znajomi wyjechali. Ale ja nie lubię podejmować nagłych decyzji, więc postanowiłem zostać – kwituje i dodaje, że jego szef energicznie zabrał się do pracy nad ponownym otwarciem biznesu.

Trzydziestokilkuletni Wasio jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji UMCS, ale los chciał, że jego życiowa ścieżka poprowadziła go w inną stronę. W październiku 2018 r. znajomy zaproponował mu wyjazd do Bejrutu i pracę w nowo otwieranej japońskiej restauracji. – Zgodziłem się bez wahania, bo lubię wyzwania, a w Polsce nie miałem żadnych zobowiązań – wspomina. Rok później w Libanie doszło do krachu finansowego, wartość libańskiego funta spadła na łeb na szyję i zaczęły się burzliwe protesty nazwane „saurą” czyli rewolucją. Wiele osób straciło oszczędności całego życia, a kurs dolara skoczył z 1500 funtów libańskich do ponad 7000, przy czym osoby mające dolary na koncie w banku mogą je wyciągać po kursie dwa razy niższym, który i tak jest ponad dwukrotnie wyższy niż oficjalny, czyli wciąż 1500 dinarów. Ponadto miesięcznie można wypłacić tylko niewielką część swoich dolarowych oszczędności.

Kryzys nie dla bogaczy

– W naszej restauracji tylko przez chwilę dało się odczuć, że jest kryzys. Po kilku tygodniach lokal znów był pełny, bo to bardzo drogie miejsce i nasi klienci są w stanie jednorazowo wydać kilkaset dolarów, a nawet więcej – przyznaje Wasio. Liban to kraj zjadany przez wszechobecną korupcję, a to powoduje, że gdy sytuacja znacznej części tutejszego społeczeństwa stała się dramatyczna, to elity wciąż się bawiły. Polski kucharz wspomina, że gdy kiedyś w towarzystwie swoich rówieśników z bogatych libańskich rodzin powiedział, że pracuje po 10-12 godzin, sześć dni w tygodniu, to zapanowała konsternacja, bo większość towarzystwa znała pojęcie „praca” tylko ze słownika.

Liban po eksplozji: zmiana systemu?

Tragiczny wybuch jaki miał miejsce w Bejrucie 4 sierpnia to kolejny kamyczek nie tyle do ogródka co potężnego sadu problemów zżerających piękny...

zobacz więcej

Liban to jednak kraj sąsiadujących ze sobą odrębnych światów i w tym samym czasie, gdy bogate rodziny żyły sobie dalej w bańce beztroski coraz więcej osób pogrążało się w poczuciu beznadziei i ubóstwa. Obecnie ponad połowa Libańczyków żyje poniżej granicy ubóstwa, a na koniec 2020 r. bezrobocie może objąć nawet 2/3 populacji. Przyczyniła się do tego oczywiście pandemia koronawirusa, która na całym świecie poczyniła szkody gospodarcze, ale w Libanie była już drugim po krachu finansowym ciosem. W sierpniu nastąpił trzeci – eksplozja w bejruckim porcie.

Eksplozja

„O 15.30 była przerwa obiadowa, więc pojechaliśmy trochę poćwiczyć, a potem wróciliśmy i zjedliśmy pracowniczy lunch na miejscu. Była dokładnie 18.08 gdy usłyszałem świst i głuche uderzenie. Kolega powiedział, że to pewnie jakiś helikopter, ale wyszliśmy na zewnątrz i zobaczyliśmy fajerwerki, więc uznaliśmy, że nic się nie dzieje i wróciliśmy do środka. I wtedy rozległ się drugi świst i huk, znacznie głośniejszy i bliżej nas. Wtedy już wiedziałem, że coś jest nie tak i krzyknąłem, by się chować” – wspomina Wasio.

Restauracja, w której pracował Wasio znajdowała się zaledwie 800 metrów od miejsca eksplozji, tymczasem podmuch odczuwalny był nawet poza Bejrutem, a odgłos doszedł aż na Cypr. Zniszczonych zostało wiele dzielnic libańskiej stolicy, a mieszkania aż 300 tys. osób zmieniły się w ruiny. Dotyczyło to też miejsca, w którym mieszkał Wasio oraz jego libańska dziewczyna.

Pucz w Mali, powtórka z 2012 r.?

Powody puczu w Mali, który miał miejsce 18 sierpnia, można zrozumieć, niemniej niesie on duże ryzyko dla dalszej destabilizacji i to nie tylko...

zobacz więcej

Co się stało?

– Początkowo wszyscy myśleli, że to Izrael zaczął bombardować miasto, więc był strach, że będą następne eksplozje. Ale z drugiej strony wiele osób błyskawicznie przystąpiło do sprzątania po wybuchu – wspomina Wasio, który z restauracji, razem ze swoją dziewczyną, pojechał najpierw do jej mieszkania. – Dom był cały zniszczony, jakaś kobieta krzyczała na górze wołając o pomoc, więc pobiegłem tam i pomogłem opatrzyć złamaną rękę. Wtedy moja dziewczyna zawołała mnie, bo chłopak jej siostry był ciężko ranny, jego noga była przebita kilkoma prętami na wylot. Jemu też pomogłem, a następnie zniosłem do samochodu. Co chwila jak automat pytał, co się stało, był w szoku i potem przyznał, że niczego nie pamięta z tego zdarzenia. Zawieźliśmy go do szpitala poza Bejrut, bo wiedzieliśmy, że w mieście pewnie już nie ma nigdzie miejsc – opowiada Polak. Potem dowiedział się, że lekarz wysoko ocenił pierwszą pomoc, jakiej udzielił i gdyby nie to, rannemu groziłaby co najmniej amputacja, a może nawet śmierć.

Zniszczeniu uległo też mieszkanie, które wynajmował Wasio. Razem z dziewczyną przeniósł się więc do domu jej rodziców, który znajduje się w górach na północ od Bejrutu. – Największe zniszczenia dotknęły oczywiście dzielnice bezpośrednio sąsiadujące z portem, takie jak np. Gemmayzeh, ale często bardziej potrzebującymi natychmiastowej pomocy były osoby mieszkające w dzielnicach dalej położonych – mówi Rafał Grzelewski, rzecznik Polskiej Akcji Humanitarnej, który od kilku dni przebywa w Bejrucie. PAH przygotowywał się akurat do uruchomienia nowego projektu w Libanie, związanego z pandemią koronawirusa i finansowanego ze środków MSZ, gdy doszło do eksplozji. – Mamy rezerwę finansową przeznaczoną na natychmiastowe reagowanie właśnie w przypadku takich sytuacji – tłumaczy Grzelewski.

Podzielona wyspa i jej gaz

W tegorocznym szczycie sezonu Cypr świeci pustkami, a znaczna część turystycznej infrastruktury pozostaje zamknięta w celu uniknięcia kosztów....

zobacz więcej

Pomoc PAH dla szyickiej dzielnicy

PAH postanowiła skierować swoją pomoc do nieco dalej położonej, szyickiej dzielnicy Basta. – Zniszczenia nie są tam tak bardzo widoczne jak w niektórych innych dzielnicach, więc mogłoby się wydawać, że ci ludzie nie są najbardziej potrzebujący. Tyle, że to uboga dzielnica i tam ludzi po prostu nie stać na jakiekolwiek remonty, nie mają też żadnej świadomości gdzie szukać pomocy – tłumaczy Grzelewski, który dodaje, że o ile w takich dzielnicach jak Mar Michael, Kubajat, Dżejtawi czy wspomniana Gemmayzeh pojawiło się wiele organizacji pomocowych i wolontariuszy, to szyicka Basta została zostawiona sama sobie. Tymczasem w tamtejszych mieszkaniach wybuch powybijał okna, powyważał drzwi i uszkodził sufity. Zimą nadchodzą ulewne deszcze i brak napraw grozi tym, że mieszkania te zostaną po prostu zalane i nie da się w nich mieszkać.

– Niektórzy z tych, co mieszkali w bardziej zniszczonych, ale bogatszych dzielnicach mieli, gdzie się przeprowadzić, bo mają drugi dom za miastem albo mogą zamieszkać u rodziny, a biedota z takich dzielnic jak Basta zostanie u siebie bez względu na to, w jakim stanie są ich mieszkania” – tłumaczy Grzelewski. PAH na podstawie ankiet przesłanych przez aplikację whatsup wytypował dotąd 65 rodzin, które obejmie pierwsza pomoc. – Selekcja oparta była o system punktowy, w którym ocenialiśmy zarówno stan zniszczeń jak i sytuację materialną poszkodowanych – mówi Paula Gierak z PAH.

Mimowolny sukces Izraela

Nawiązanie oficjalnych stosunków przez Zjednoczone Emiraty Arabskie z Izraelem, do którego doszło na podstawie porozumienia zawartego 13 sierpnia,...

zobacz więcej

PAH planuje rozszerzenie pomocy dla ofiar eksplozji uzyskując na to środki w drodze trwającej od 5 sierpnia zbiórki publicznej „SOS Bejrut”. – Chcemy zarówno zwiększyć liczbę rodzin uzyskujących pomoc, jak i uruchomić program pomocy psychologicznej – tłumaczy Grzelewski. – Tysiące osób, które straciły swoje mieszkania, dobytek albo widziały koszmarne sceny, porozrywane ciała na ulicach, są wciąż w szoku. Niektórzy nie są w stanie wejść do swoich mieszkań, wybuchają płaczem, wpadają w histerię. To klasyczne objawy zespołu stresu pourazowego czyli PTSD” – dodaje.

Nie zapominajmy o uchodźcach – polska pomoc na miejscu

Poza działaniami związanymi z eksplozją PAH od 1 września uruchamia również w Libanie projekt podnoszenia kwalifikacji zawodowych dla uchodźców syryjskich i palestyńskich oraz ubogiej ludności libańskiej w Burj Barajneh na przedmieściach Bejrutu. Środki w wysokości nieco ponad pół miliona złotych pochodzą z funduszy Polskiej Pomocy Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

– Stworzymy coś w rodzaju ośrodka kultury, w którym będzie biblioteka, sale szkoleniowe oraz przestrzeń przyjazna dzieciom, bo program ten adresujemy też do kobiet, więc będą mogły przychodzić i zostawiać dzieci na miejscu na czas nauki – wyjaśnia Paula Gierak. Szkolenia będą się odbywać z takiego zakresu jak robotyka, drukowanie 3D, programowanie. Organizowane będą też warsztaty dla młodzieży, jak radzić sobie w życiu. – Częścią tego programu będzie też konkurs na projekty aktywności zawodowej, które na koniec szkoleń przedstawią sami uczestnicy, a 20 najlepszych uzyska dofinansowanie z naszych środków – dodaje Gierak.

Armenia – życie na linii frontu

Pełna serpentyn droga pnie się ostro w górę od zakrętu w miejscowości Kayan, gdzie niegdyś można było wjechać z Armenii do Azerbejdżanem. By...

zobacz więcej

Krajobraz jak po wojnie

Bardzo istotnym elementem projektu jest to, że częściowo jest on adresowany do ludności miejscowej. Grzelewski tłumaczy, że normą jest to, że w programach pomocowych dla uchodźców 30 proc. beneficjentów to uboga ludność miejscowa, gdyż w ten sposób unika się konfliktów. W Libanie jest to szczególnie ważne, bo syryjscy uchodźcy początkowo zostali przyjęci przez Libańczyków z otwartymi rękami i nawet nie musieli im płacić za dach nad głową. Ale gdy okazało się, że ich pobyt potrwa znacznie dłużej niż początkowo zakładano, to sytuacja uległa zmianie, a w miarę upływu lat i pogarszania się sytuacji w samym Libanie zaczęły narastać napięcia. Obecnie, gdy sytuacja wielu Libańczyków stała się katastrofalna, groźba konfliktów jest znacznie większa, zwłaszcza, jeśli dzięki pomocy humanitarnej sytuacja Syryjczyków stałaby się lepsza od położenia ubogich Libańczyków.

Wiele dzielnic Bejrutu wygląda dziś jakby dopiero co skończył się tu konflikt zbrojny. Jest to o tyle znamienne, że w centrum miasta wciąż jest wiele budynków zrujnowanych i nieodbudowanych po wojnie domowej trwającej od 1975 r. do 1990 r. Dotyczy to zwłaszcza historycznego centrum zwanego „downtown”, którego podniesienie z ruin sfinansowała Arabia Saudyjska. Teraz wiele zabytkowych budynków w Downtown Bejrut oraz Gemmayzeh jest znów w mniejszym lub większym stopniu zniszczonych. Widać tam jednak intensywne prace remontowe, a tysiące wolontariuszy błyskawicznie ruszyło na pomoc. Straty są jednak tak duże, że wciąż panuje obawa, że tysiące mieszkańców Bejrutu może mieć bardzo ciężką zimę.

Ruchy militarne na Morzu Śródziemnym: odstraszanie czy przygotowania do wojny?

Po zapowiedzi Turcji dotyczącej rozpoczęcia odwiertów na cypryjskich i greckich wodach oraz przeprowadzenia manewrów floty wojennej u wybrzeży...

zobacz więcej

Obawa przed zimą

– Trudno powiedzieć, czy ludzie przetrwają, różnie może być jeśli pomoc nie nadejdzie na czas – przyznaje George Krikorian, odpowiedzialny za kwestie odbudowy i pomocy humanitarnej w Burdź Hamoud, ormiańskiej dzielnicy Bejrutu. Chwali on przy tym współpracę z inną polską organizacją tj. Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), która już wcześniej realizowała w Burdź Hamoud projekty pomocowe, a po eksplozji błyskawicznie zaoferowała dodatkowe wsparcie. – Dzięki współpracy w 4 dni dokonaliśmy przeglądu zniszczeń oceniając, które budynki grożą zawaleniem – dodał.

Krikorian ostrzega przy tym przed groźbą chaosu w polityce pomocowej, który może spowodować nakładanie się wsparcia w wielu przypadkach, a w innych nie udzielenie go w ogóle. – Pomoc humanitarna to dla niektórych kwestia prestiżu, a dla innych również biznes i dlatego niektóre kraje i organizacje wolą eksponować swoje działania zamiast kooperować z innymi. Taka pomoc jest wówczas bardziej efektowna, ale mniej efektywna – podkreśla i dodaje, że wartość szkód mieszkań uboższych mieszkańców jest mniejsza ale to nie oznacza, że ci ludzie są przez to mniej potrzebujący. „Dla wielu rodzin koszt wstawienia nowych drzwi i okien czyli jakieś 300 dolarów to ogromna kwota bo to dla nich równowartość wynagrodzenia za 4 miesięcy pracy – wyjaśnia. Innym problemem jest też to, że niektórzy zadłużają się u lichwiarzy w celu odbudowy swoich domów, nie czekając na wsparcie z zewnątrz. – Później organizacje humanitarne uznają, że tym ludziom nie potrzeba już pomocy, bo przecież wszystko jest naprawione, a to nie do końca tak – twierdzi Krikorian.

źródło:
Zobacz więcej