RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Górski Karabach w ogniu. „Nie ma gwarancji, że za miesiąc znów nie dojdzie do eskalacji”

Konflikt karabaski trwa już od ponad 30 lat (fot. esul Rehimov/Anadolu Agency via Getty Images)

Konflikt między Armenią a Azerbejdżanem o Górski Karabach przypomian sinusoidę. Ostatnio znów mieliśmy wzrost napięcia i doszło do eskalacji, z pewnością nie ostatniej. – Dopóki nie pojawi się czynnik, wewnętrzny bądź zewnętrzny, który zmieni obecny układ sił, status quo także nie ulegnie zmianie – ocenił w rozmowie portalem tvp.info Wojciech Górecki, reportażysta, były sekretarz i radca Ambasady RP w Baku i analityk Ośrodka Studiów Wschodnich.

Armenia – życie na linii frontu

Pełna serpentyn droga pnie się ostro w górę od zakrętu w miejscowości Kayan, gdzie niegdyś można było wjechać z Armenii do Azerbejdżanem. By...

zobacz więcej

Dlaczego w Azerbejdżanie nie chcą przyjąć, że Górski Karabach był przez wieki ziemią Ormian i dopiero Józef Stalin przypisał go azerbejdżańskiej republice sowieckiej, żeby podzielić region i wzmocnić pozycję Moskwy?

Oni uważają, że to ich odwieczna ziemia. Według obowiązującej w Azerbejdżanie wykładni korzenie narodu azerbejdżańskiego sięgają Albanii Kaukaskiej – państwa, które istniało w tym regionie w ostatnich wiekach przed naszą erą i pierwszych naszej ery. Państwo to wcześnie przyjęło chrzest i miało swój własny Kościół, który zachował formalną niezależność aż do mniej więcej połowy XIX wieku, kiedy został decyzją carską włączony do Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego.

Według tejże wykładni historycznie nie było w Karabachu Ormian, tylko Albanowie Kaukascy, którzy z czasem ulegli armenizacji, ponieważ ich Kościół był pod silnym wpływem Kościoła Ormian. Baku przyjmuje, że zmasowane osadnictwo ormiańskie na terenach Karabachu zaczęło się właśnie dopiero w połowie XIX wieku, kiedy po serii wojen rosyjsko-tureckich i rosyjsko-perskich na nowo zdobyte ziemie imperium rosyjskiego napłynęła ludność ormiańska i szybko stała się większością, dominując nad tamtejszą ludnością albańską – uważaną za przodków Azerbejdżan.

Niezależnie od przytoczonej wykładni – rzecz jasna, całkowicie odrzucanej przez Ormian – musimy pamiętać, że Górski Karabach, o który toczy się konflikt, stanowi tylko część historycznego Karabachu. Jest jeszcze Karabach Nizinny, a w nim przewagę mieli zawsze muzułmańscy Azerbejdżanie i obecnie Baku chętnie odwołuje się do tych właśnie danych.

Francuskie przysłowie mówi, że statystyka to taka nauka, w której każdy znajdzie to, co chce znaleźć.

Tak właśnie jest. Ormianie zamiast do danych dotyczących całego Karabachu, odwołują się z kolei do statystyk odnoszących się tylko jego górskiej części. Tam przewagę – odkąd się takie badania i spisy robi – miała ludność ormiańska. Wracając do pierwszego pytania, Baku uważa, że to, co się stało za Stalina, czyli włączenie Karabachu do Azerbejdżańskiej SRR w ramach Związku Radzieckiego było, po prostu historyczną sprawiedliwością, ponieważ ten teren zawsze się Azerbejdżanowi należał. Trzeba jeszcze pamiętać, że zanim Stalin przyłączył Karabach – zgodnie ze swoją ulubioną metodą „dziel i rządź” – odbyła się kończąca I wojnę światową konferencja pokojowa w Paryżu, która też przyznała Karabach Azerbejdżanowi.

Zawieszenie broni w Donbasie złamane. Ostrzelana piechota morska

Od północy w Donbasie obowiązuje zawieszenie broni pomiędzy wojskami ukraińskimi a prorosyjskimi separatystami. Już po kilku godzinach doszło do...

zobacz więcej

Dlaczego przez 30 lat Armenia i Azerbejdżan nie mogą dogadać się w sprawie Górskiego Karabachu? Kaukaska krew nie pozwala na kompromis?

To jest konflikt zero-jedynkowy: aby ktoś wygrał, ktoś musi stracić. Największy współczesny znawca Azerbejdżanu, nieżyjący już prof. Tadeusz Świętochowski, nazwał go konfliktem geografii z demografią. Są dwie zasady, które porządkują stosunki międzynarodowe – zasada nienaruszalności granic, czyli integralności terytorialnej, oraz zasada mówiąca o prawie narodów do samostanowienia. Obie strony uznają te zasady, natomiast rozumieją je w zasadniczo odmienny sposób.

Zasada, która jest dla danego państwa korzystna, rozumiana jest maksymalnie wąsko, zaś ta, która jest niekorzystna – maksymalnie szeroko. Dla Azerbejdżanu korzystniejsza jest zasada integralności terytorialnej i nienaruszalności granic, więc Baku rozumie ją literalnie: granica państwa nie może zostać zmieniona i już. Ormianie dowodzą, że zasada ta dotyczy krajów niepodległych, natomiast konflikt rozpoczął się jeszcze w czasach radzieckich, gdy granica ta miała charakter administracyjny.

Według Erywania kluczowe znaczenie ma fakt, że „naród Karabachu” wyraził wolę odłączenia się od Azerbejdżanu w referendum jeszcze przed rozpadem Związku Radzieckiego, zatem azerbejdżańska integralność terytorialna tego obszaru nie obejmuje. Rzecz jasna, Baku nie uznaje tamtego referendum, w którym zresztą lokalna ludność azerbejdżańska nie brała udziału, bo wcześniej została stamtąd wyrzucona.

A kwestia prawa narodów do samostanowienia?

Ta zasada jest ważniejsza dla Ormian i z kolei ją Ormianie rozumieją wąsko – „naród Karabachu” ma prawo ogłosić niepodległość albo połączyć się z Armenią. Natomiast Baku przekonuje, że Ormianie na Kaukazie już z prawa do samostanowienia skorzystali – powołując armeńskie państwo. Natomiast ci, którzy mieszkają w Azerbejdżanie, mogą to uczynić w ramach państwa wielonarodowego, w postaci autonomii kulturalnej, republiki autonomicznej i tak dalej.

Tych punktów widzenia nie da się pogodzić, a na ustępstwa nie ma społecznego przyzwolenia. Dwóch pierwszych prezydentów niepodległych Azerbejdżanu i Armenii – Ajaz Mutalibow i Lewon Ter-Petrosjan – straciło władzę, bo zdaniem ich politycznych oponentów byli albo zbyt skłonni do kompromisu w sprawie karabaskiej, albo nieudolni na froncie. Następcy jednego i drugiego przywódcy wolą zatem nie podejmować ryzyka.

Rozwiązanie jest?

Od ponad 10 lat leżą na stole tzw. zasady madryckie, które precyzują, co należy zrobić. Jeden z sześciu punktów mówi na przykład o konieczności umożliwienia powrotu osobom wypędzonym, inny – o korytarzu lądowym, łączącym Górski Karabach z Armenią. Oba państwa się z tym co do zasady zgadzają, ale różnią się w dziesiątkach technicznych szczegółów, w których, jak wiadomo, ukryty jest diabeł. Poza tym żadne z nich nie chce rozpocząć działań jako pierwsze, żeby nie zostać oszukanym przez drugą stronę oraz żeby nie narazić się na gniew własnego społeczeństwa.

Armenia i Azerbejdżan rywalizują o Górski Karabach (fot. Wiki 4.0/Սամվել Սարգսյան)

Znów starcia na granicy Armenii z Azerbejdżanem

Na granicy Armenii z Azerbejdżanem doszło w nocy do starć. Według oświadczeń Erywania i Baku walki nadal trwają. Od niedzieli nasilił się konflikt...

zobacz więcej

Z jednej strony kwestia społeczna, a z drugiej dla elit w obu krajach możliwość stosowania politycznego bata.

Z sytuacji, która jest niekomfortowa dla obu stron, jedni i drudzy próbują oczywiście czerpać jakieś korzyści, czemu trudno się dziwić. W przypadku problemów wewnętrznych – trudności gospodarczych czy niepokojów społecznych – jedne i drugie władze zwykle odwołują się do zagrożenia zewnętrznego, aby zmobilizować społeczeństwo. W przypadku Armenii niepowodzenia gospodarcze tłumaczone bywają blokadą – nie możemy się rozwijać, bo mamy zamknięte granice z Azerbejdżanem i Turcją, co jest oczywiście prawdą. W Azerbejdżanie zarzuca się opozycji, że przez swoje działania osłabia zdolności obronne kraju, czyli działa na rzecz wroga.

Klasyczny schemat polityczny „oblężona twierdza”.

Tak. I czający się u granic wróg. Przy czym wróg skądinąd wcale niewyimaginowany.

Konflikt karabaski był przez lata uważany za zamrożony, słusznie – czy raczej charakteryzował się niską intensywnością? Od 2003 r. regularnie dochodziło do wymian ognia, zaś w 2016 r. miała miejsce wojna czterodniowa. I dlaczego obecne starcia trwają tak długo?

Ostatnie starcia nie były tak intensywne jak wojna czterodniowa. Wtedy mieliśmy po około stu zabitych po obu stronach, teraz ofiar śmiertelnych było kilka, kilkanaście, a to znacząca różnica. Eskalacja rozpoczęła się 12 lipca, a walki trwały około tygodnia, miały one jednak charakter intensywnej wymiany ognia, a nie – jak poprzednio – bezpośrednich starć. Moim zdaniem ten wzrost napięcia mamy już za sobą, choć oczywiście nie ma żadnej gwarancji, że za miesiąc czy rok nie dojdzie do kolejnej eskalacji.

Można nie dopuszczać do doraźnych wzrostów napięcia?

Dochodzi do nich między innymi dlatego, że tam nie ma żadnych sił rozjemczych. Pozycje bojowe jednej i drugiej strony znajdują się naprzeciwko siebie, często w niewielkiej odległości. W takich warunkach bardzo łatwo jest o prowokację, a przypadkowa strzelanina może doprowadzić do ciężkich walk.

Wojna bez końca. Dziesiątki ofiar w walkach o Górski Karabach

Kolejny dzień i kolejne walki. Azerbejdżan podał, że w starciach wokół Górskiego Karabachu zginęło 16 żołnierzy i oskarżył Armenię o eskalowanie...

zobacz więcej

Czy to też kwestia układu geograficznego, że są góry zajmowane przez żołnierzy obu stron, którzy widzą się nawzajem, w środku dolina i nie bardzo jest gdzie ulokować te siły rozjemcze?

Tu brakuje zgody politycznej. Operację pokojową zakłada jedna z zasad madryckich, natomiast nie porozumiano się w kwestii, na jakich zasadach miałyby zostać sformowane siły rozjemcze. Dlatego tych sił tam nie ma. Rosja chciałaby skierować tam swoje „niebieskie berety”, choć jasnej deklaracji z jej strony nie było, ale to nie jest na rękę żadnej ze skonfliktowanych stron. W 2016 r., po wojnie czterodniowej, w Armenii, która jest sojuszniczką Rosji odbyły się nawet protesty w tej sprawie.

Czy jest trochę tak, że obu stronom zależy na doraźnych sukcesach militarnych, celach propagandowych, ale już nie na większej wojnie, w której ewentualna porażka oznaczałaby wysadzenie z siodła obecnych elit?

Obecne status quo nie jest dla nikogo idealne, ale mimo wszystko korzystniejsze i mniej ryzykowne niż jego zmiana. W przypadku nowej wojny istnieje ryzyko porażki, a co za tym idzie, utraty władzy przez jedną czy drugą elitę. Wprawdzie Azerbejdżan ma większy potencjał militarny, ale różnica nie jest jeszcze na tyle znacząca, by ze stuprocentową pewnością zagwarantować sobie zwycięstwo. Tym bardziej, że na pomoc Armenii zapewne ruszyłaby Rosja.

Okresowe napięcia to cena, którą płaci się za tę sytuację. Oczywiście za każdym razem, kiedy następuje eskalacja, pojawiają się spekulacje, że zależało na niej jednym bądź drugim. Należy jednak pamiętać, że ten, kto świadomie zdecyduje się na prowokację, musi brać pod uwagę, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli i przynieść efekt choćby w postaci niekorzystnej korekty linii rozgraniczenia. Z tego względu strony są bardzo ostrożne.

Pamiętajmy, że od 1994 r., czyli od zakończenia wojny karabaskiej, takiej korekty aż do 2016 r. nie było – wtedy to, w wyniku wojny czterodniowej, nastąpiła niewielka korekta na korzyść Azerbejdżanu. W Armenii spowodowało to liczne dymisje, a w konsekwencji ułatwiło przejęcie władzy przez opozycję w 2018 r. Ostatnia eskalacja żadnej korekty linii rozgraniczenia czy raczej granicy – bo do wymiany ognia doszło tym razem powyżej Górskiego Karabachu – nie przyniosła.

Obie strony oskarżają się o złamanie rozejmu. Której bardziej zależy na wojnie, która jest bardziej wojownicza?

Na nowej wojnie nie zależy żadnej ze stron. Obecne status quo jest bardziej korzystne dla Armenii, ponieważ Ormianie osiągnęli to, czego chcieli: Azerbejdżan de facto nie kontroluje Górskiego Karabachu. Ale status Karabachu nie jest zagwarantowany traktatowo – społeczność międzynarodowa uznaje go za część Azerbejdżanu. Dlatego też Baku robi wszystko, żeby kwestia karabaska cały czas znajdowała się w agendzie międzynarodowej, a społeczność międzynarodowa o niej nie zapomniała. W interesie Azerbejdżanu jest też nieustanne nękanie Ormian, aby ci byli bardziej skłonni do ustępstw. Przesłanie jest jasne: my cały czas walczymy o Górski Karabach i nie odpuścimy.

Grożą elektrowni atomowej rakietami. Nowa odsłona wojny na Kaukazie

Na granicy Armenii i Azerbejdżanu wybuchły walki – najcięższe od czterech lat. Źródłem ciągłego konfliktu pozostaje faktyczna okupacja przez...

zobacz więcej

Dlaczego Europa nie interesuje się tym konfliktem? Uznano, że to rosyjska strefa wpływów, powiedzmy rosyjsko-turecka, i nie ma co się tam pchać?

Powody są dwa. Po pierwsze, niesłusznie uznano ten konflikt za zamrożony. Faktycznie, jest on „zimniejszy” niż choćby konflikt na Ukrainie, nie mówiąc o Syrii, Bliskim Wschodzie. I nie jest to konflikt, który spędza sen z powiek czołowym światowym decydentom, aczkolwiek każdy ma ten konflikt w tyle głowy, gdyż ewentualna nowa wojna groziłaby poważną destabilizacją kilku czy kilkunastu państw, bo blisko są Iran, Turcja, Syria oraz ważne szlaki komunikacyjne, w tym ropociągi i gazociągi. Ponieważ jednak konflikt karabaski rzeczywiście charakteryzuje się relatywnie niską intensywnością, uwaga Europy czy świata skierowana jest w inne miejsca.

Armenii i Baku zależy na „niestabilnej stabilności”, a innym graczom?

W interesie graczy zewnętrznych, także Moskwy i Waszyngtonu, jest to samo: zachowanie tej kruchej stabilności. I faktycznie, w tym konflikcie obie walczące strony utrzymują sytuację w miarę pod kontrolą. Ale w mojej opinii, w karabaskim procesie pokojowym Zachód niejako abdykował na rzecz Rosji i jest to drugi powód spadku zainteresowania konfliktem ze strony Europy.

Rosja nie działa przy tym samowolnie, ma międzynarodowy mandat. Razem z Francją reprezentującą Unię Europejską oraz Stanami Zjednoczonymi współprzewodniczy Mińskiej Grupie OBWE, która została powołana dla nadzorowania procesu pokojowego. Wydaje się jednak, że Paryż i Waszyngton milcząco godzą się, aby to Moskwa była czołowym pośrednikiem i Moskwa z tego korzysta. Tym bardziej, że że mając sojusznicze relacje z Armenią utrzymuje też bardzo dobre stosunki z Azerbejdżanem i na przykład sprzedaje broń obu stronom konfliktu.

Rosja jest też w stanie przymusić obie strony do rozejmu – to rosyjska mediacja zakończyła starcia w w 2016 r., a ponieważ wszystkim zależy na stabilności, zapanowała niepisana zgoda, żeby to Moskwa była głównym arbitrem.

Argument za Rosją jest też taki, że leży bliżej Karabachu niż Zachód.

Moskwa jest tam aktywna, ma na Kaukazie rozliczne interesy. Dla Zachodu to po prostu peryferie.

Ale też Kaukaz leży w wyjątkowym miejscu, co opisał pan w książce „Planeta Kaukaz”, obecnie to styk wielu napięć i konfliktów – mamy Bliski Wschód, sąsiedztwo z Rosją, Abchazję, Osetię Południową, do tego to ważne miejsce, jeżeli chodzi o szlaki komunikacyjne. Istnieje ryzyko, że konflikt karabaski przerodzi się w konflikt ponadregionalny?

W przypadku gdyby wznowiono działania wojenne na większą skalę – na pewno tak. Należałoby wówczas liczyć się z groźbą dużej destabilizacji. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza uważam za nikłe, ale nie zerowe.

Regularnie dochodzi do wymian ognia między wojskami (fot. Dominika Zarzycka/NurPhoto via Getty Images)

Kosmiczna primadonna

Agresja na Ukrainie, działania wojenne w Syrii, Libii, straszenie sąsiadów rakietami, militaryzacja całego społeczeństwa, próba zajęcia Arktyki....

zobacz więcej

Jak konflikt wpływa na obecną sytuację Kaukazu Południowego? Zdaje się, że zmienia on pozycję Gruzji w regionie.

Gruzja jest z jednej strony beneficjentem tego konfliktu. Dzięki niemu rurociągi z Azerbejdżanu, które nie mogły zostać wytyczone przez Armenię, poszły przez Gruzję i ta na tym korzysta, pobierając opłaty tranzytowe. Przez Gruzję odbywa się też tranzyt towarów, zarówno z Rosji do Armenii, jak też z Turcji do Armenii i Azerbejdżanu.

Z drugiej strony konflikt jest także dla Gruzji zagrożeniem. Gdyby nastąpiło wznowienie działań wojennych, armia rosyjska prawdopodobnie podjęłaby interwencję – do tego obligują ją zobowiązania sojusznicze wobec Armenii – i musiała się jakoś dostać w rejon działań. A po drodze z Rosji do Armenii leży Gruzja. Ponadto, na terenach Gruzji graniczących z Armenią i Azerbejdżanem, żyją mniejszości ormiańska i azerbejdżańska, istnieje więc ryzyko przeniesienia tego konfliktu na jej terytorium.

Może to być konflikt zastępczy dla Rosji, która chce kontrolować sąsiadów i USA, które mają w regionie interesy energetyczne?

Oczywiście, że tak, ale pamiętajmy, że tutaj interesy Moskwy i Waszyngtonu są zbieżne, a destabilizacja sytuacji byłaby dla obu stolic niekorzystna. Wojna na dużą skalę jest dużym ryzykiem, więc Rosji i USA zależy na pokoju. Natomiast gdyby do wojny doszło, należy sądzić, że Rosja i Waszyngton podjęłyby rywalizację także za pośrednictwem swoich proxy. Trzeba jednak podkreślić, że to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie Rosja i Stany Zjednoczone mogą „grać do jednej bramki”.

Wydaje się, że największą korzyść z konfliktu czerpie Rosja, która zwiększa swoje wpływy polityczne – udało jej się zmusić Armenię do rezygnacji z podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, do tego, jak powiedzieliśmy, sprzedaje obu stronom konfliktu broń.

Erywań nie ma praktycznie żadnego wyboru geopolitycznego. Armenia jest uzależniona od Rosji politycznie – przez członkostwo w kontrolowanych przez Moskwę strukturach integracyjnych; gospodarczo – przez fakt, że do Rosjan należy wiele aktywów, między innymi koleje; w zakresie bezpieczeństwa – bo na terenie kraju stacjonuje rosyjska baza wojskowa i Rosja w zasadzie zmonopolizowała dostawy broni do tego kraju. Również w wymiarze tak zwanej miękkiej siły wpływy Moskwy są bardzo duże. Według najnowszych danych, za 2019 r., w ofercie armeńskich sieci telewizji kablowej dostępnych było 59 programów armeńskich, 67 – europejskich, 57 – amerykańskich, 5 – z innych części świata oraz... 209 z Rosji. Procentowo wyglądało to tak, że 15 proc. treści było po ormiańsku, 4 procent – w innych językach świata, a 81 proc. – po rosyjsku.

Azerbejdżan kupuje broń w wielu krajach, między innymi w Turcji i Izraelu, ale to Rosja jest jej głównym dostawcą. Z tego, co wiemy, do września 2018 r. wartość tych dostaw wyniosła około 5 mld dolarów, choć potem mogły dojść kolejne transakcje.

Malijski pat

Bieda, korupcja, ucisk, terror, obca interwencja – czynniki te występujące w różnych konfiguracjach mogą, choć nie muszą, zdecydować o wystąpieniu...

zobacz więcej

Rosja jest zatem głównym rozgrywającym.

Ale nie jest wszechmocna. Nie jest w stanie na przykład przeforsować swojego modelu uregulowania konfliktu karabaskiego, chociaż podejmowała takie indywidualne próby w 2008, a potem 2016 r., zresztą przy „błogosławieństwie” pozostałych współprzewodniczących Mińskiej Grupy OBWE, Francji i USA. Moskwa po prostu sprawnie wykorzystuje atuty, które posiada, do bieżącego „zarządzania” konfliktem.

Moskwa może też pozować na peacemakera. Z jednej strony inicjuje wojnę na Ukrainie, najeżdża Gruzję, wojuje w Syrii, a tu, proszę – jesteśmy za pokojem. Putin może grać rolę obrońcę pokoju.

Jak najbardziej, korzyść wizerunkowa jest tu dla Rosji ewidentna.

Strony wracają zatem do status quo. Czy w perspektywie najbliższych kilku lat będzie spokój, czy też dojdzie do eskalacji konfliktu bądź, nie daj Boże, pogromów, jak w Sumgaicie w 1988 r. czy w Baku w 1990 r.?

Do pogromów już nie dojdzie. Z Azerbejdżanu – oczywiście poza Górskim Karabachem – wyjechali, czy raczej zostali zmuszeni do wyjazdu praktycznie wszyscy Ormianie, a z Armenii, Karabachu oraz kontrolowanych przez Ormian ziem sąsiadujących – wszyscy Azerbejdżanie. Dopóki nie pojawi się czynnik wewnętrzny bądź zewnętrzny, który zmieni obecny układ sił, status quo także nie ulegnie zmianie. Przysłowiowy stolik mogłaby wywrócić kolejna wojna, ale, jak już powiedzieliśmy, strony starają się do niej nie dopuścić. Zakładam, że gdyby taki scenariusz się jednak ziścił, nie stałoby się tak w wyniku świadomej decyzji którejś ze stolic, ale wskutek zbiegu niekorzystnych okoliczności.

Ale pomniejsze eskalacje napięcia, jak ta ostatnia, są możliwe.

Jak najbardziej. W ostatnich miesiącach dochodziło do mniej więcej 20-30 incydentów dziennie i co jakiś czas po obu stronach ginęli ludzie. Świat zwraca jednak na Karabach uwagę dopiero, gdy liczba ofiar wzrasta znacząco.

Parafrazując: w Górskim Karabachu bez zmian.

Tak właśnie uważam. Konflikt ten stał się, niestety, stałym elementem południowokaukaskiego pejzażu.

Konflikt o Górski Karabach. Zginął kolejny żołnierz

Armeński żołnierz zginął w poniedziałek w starciach na granicy Armenii z Azerbejdżanem – podało ministerstwo obrony Armenii. To 19. ofiara...

zobacz więcej

Armenia została mocno doświadczona demograficznie – rzeź Ormian w 1915 r. – ale też geograficznie. Pomijając już Górski Karabach, straciła na rzecz Turcji swój symbol – górę Ararat, przy ładniejszej pogodzie widoczną z Erywania. Do tego Armenia jest otoczona przez wrogie kraje muzułmańskie, graniczy też wprawdzie z chrześcijańską Gruzją, ale i z tym krajem jej relacje są, nazwijmy to, trudne. Jaki ma to wpływ na współczesną Armenię i jej mieszkańców i sytuację w kraju?

Kraj się stale wyludnia, liczba mieszkańców spadła już poniżej 3 mln, a ludzie cały czas wyjeżdżają. Panuje trudna sytuacja gospodarcza. Maciej Falkowski napisał artykuł, w którym udowadnia, że zwycięstwo w Karabachu było pyrrusowe, bo skutkowało blokadą granic i zamknięciem kraju w ślepym zaułku. Armenię omijają wszystkie regionalne projekty infrastrukturalne, a wymuszony przez konflikt sojusz z Rosją uniemożliwia dywersyfikację polityki zagranicznej. Na przykład w 2013 r. Erywań został zmuszony do wycofania się z podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską.

Ale też te wszystkie doświadczenia z przeszłości i teraźniejszość budują tego wyjątkowego ducha Ormian, którzy jak mało który naród mają rozwinięte poczucie krzywdy.

Akurat konflikt karabaski jest dla obu jego stron bardzo ważnym czynnikiem państwotwórczym i narodotwórczym. W przypadku Armenii jeszcze większą rolę w tym kontekście odgrywa co prawda pamięć 1915 r., ale wojna o Górski Karabach skonsolidowała zarówno Ormian z Armenii i z samego Karabachu, jak i tych z diaspory.

To są symbole, a symbol to zawsze sprawa zasadniczej wagi.

Symbole są bardzo ważne. Z drugiej strony, jeżeli kryzys utrzymuje się przez dłuższy czas i sytuacja ekonomiczna jest nie najlepsza i bez perspektyw, to na samych symbolach się nie wyżyje.

źródło:
Zobacz więcej