RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Armenia – życie na linii frontu

Ruiny zakładu tekstylnego w wiosce Mowzes. Trzy zakłady od 30 lat znajdują się w zasięgu ostrzału azerskiego, a na początku lat 90. zostały zbombardowane i spłonęły (fot. Witold Repetowicz)

Pełna serpentyn droga pnie się ostro w górę od zakrętu w miejscowości Kayan, gdzie niegdyś można było wjechać z Armenii do Azerbejdżanem. By dojechać do granicy tych dwóch republik od strony armeńskiej w czasach radzieckich trzeba było przejechać przez niewielką azerską enklawę. Takich geograficznych potworków było sporo między republikami byłego ZSRR. To pomysł Stalina, który chciał w ten sposób zniechęcić republiki wchodzące w skład Związku Radzieckiego do ewentualnego wystąpienia z niego groźbą konfliktów terytorialnych. Ale ZSRR i tak się rozpadł, a konflikt azersko-armeński wybuchł jeszcze zanim to się stało, tj. w 1988 r.

Grożą elektrowni atomowej rakietami. Nowa odsłona wojny na Kaukazie

Na granicy Armenii i Azerbejdżanu wybuchły walki – najcięższe od czterech lat. Źródłem ciągłego konfliktu pozostaje faktyczna okupacja przez...

zobacz więcej

Urwana droga

Droga przechodząca przez Kayan niegdyś łączyła armeńską stolicę Erewań z Moskwą. Obok poprowadzono również linię kolejową. Dziś wszystko to jest nieczynne, a granica jest zablokowana, zaminowana i silnie obstawiona pozycjami bojowymi obu stron. W latach 90. dokonywano tam również wymian jeńców między obydwiema stronami. Dziś można tu jedynie skręcić do jednej z najbardziej odizolowanych, a jednocześnie strategicznie ważnych części Armenii tj. regionu Berd w prowincji Tawusz.

W pewnym momencie od wijącej się niczym wąż na wysokości ponad 1000 m n.p.m. drogi prowadzącej z Kayan do Berd odbija boczny objazd. – Tu do granicy z Azerbejdżanem jest kilkadziesiąt metrów. Po tym, jak dziesięć lat temu zaatakowali nasz konwój i zabili kilkunastu naszych żołnierzy musieliśmy zbudować bezpieczniejszą drogę – wyjaśnił mi Karen, towarzyszący mi operator z Erewania.

My pierwsi nie strzelamy

Ormianie przekonują, że od czasu podpisania rozejmu w 1994 r. stroną atakującą i przez to naruszającą rozejm są tylko Azerowie. Tak też miało być 12 lipca, gdy doszło do wymiany ognia w regionie Berd. Azerowie narzucili potem narrację, że to Ormianie pierwsi zaczęli strzelać. – To absurd. Nie mieliśmy żadnego powodu, by naruszać rozejm – usłyszałem od armeńskich oficerów. Armenia, choć jej granice są dalekie od tych, w których miała powstać w wyniku decyzji traktatu z Sevres, zawartego równo 100 lat temu między zwycięskimi mocarstwami I wojny światowej a Imperium Osmańskim, to jest usatysfakcjonowana obecnym stanem posiadania i nie miała powodów by prowokować lepiej uzbrojonego przeciwnika. W wyniku walk w latach 1993-1994 Ormianie opanowali zamieszkaną przez nich enklawę Górskiego Karabachu (obecnie: Arcach), którą Stalin w ramach swoich machinacji geograficznych przyłączył do Azerbejdżanu.

Starcia rozpoczęły się na granicznej górze Karadasz (po azersku znaczy to „czarna góra”), która według map z okresu ZSRR znajduje się w obrębie Armenii. Na początku lat 90. Azerom udało się ją jednak opanować, co pozwalało im na prowadzenie z niej regularnego ostrzału czterech sąsiednich armeńskich wiosek: Ajgepar, Mowzes, Czinari i Karmirachnur. 12 lipca Azerowie mieli dokonać kolejnego ataku, tym razem przede wszystkim w oparciu o użycie dronów, które rok wcześniej zakupili od izraelskiej firmy Aeronautics. Ormianom udało się jednak zestrzelić aż 14 z nich, w tym wart 30 mln USD, potężny bezzałogowiec Hermes 900 i przejąć kontrolę nad strategicznymi pozycjami na Karadaszu.

Na górze Karadasz 12 lipca wybuchły walki (fot. Witold Repetowicz)

Napięcia między Armenią i Azerbejdżanem przeniosły się na handel w Moskwie

Starcia na granicy Armenii i Azerbejdżanu mają w ostatnich dniach reperkusje w Moskwie: dostawcy z Armenii nie mogli sprzedać towarów na rynku...

zobacz więcej

Azerowie nie są winni, to ich władza

U stóp góry ciągnie się dolina porośnięta sadami należącymi do Ormian mieszkających w wiosce Mowzes. Kiedyś mieszkało w niej 700 rodzin, ale połowa z nich wyjechała, po tym jak ich domy zostały zniszczone w wyniku azerskiego ostrzału. – Mam tam sad, ale do niedawna strach było tam chodzić bo Azerowie strzelali. Ale nasz premier Nikol Paszynian powiedział im: „dość, do kogo strzelacie, to nie wasza ziemia, idźcie do siebie”. No i teraz już nie mogą tak sobie do nas strzelać jak wcześniej – powiedział mi w Mowzes Luka, jeden z tamtejszych rolników.

W wyniku kilkudniowych starć zginęło 12 żołnierzy azerskich, w tym gen. Polad Haszimow, oraz 6 żołnierzy armeńskich. – Azerowie nie są winni, to ich władza wbija im do głowy, że nasza ziemia należy do nich. A ludzi bardzo łatwo oszukać. Prezydent Azerbejdżanu Alijew mówi, że nasza stolica Erewań jest ich i ją zajmą. Każdy wykształcony człowiek wie, że to bzdura – kontynuował Luka. – Azerska propaganda głosi, że cała Armenia to azerskie ziemie, a Ormian przesiedlili tu Rosjanie w XIX w. Rzekomo z Syrii. Wystarczy sięgnąć po jakąkolwiek mapę pokazującą świat starożytny, by zobaczyć gdzie leży Armenia. Szukałem na tych mapach Azerbejdżanu, ale jakoś nie znalazłem – wtrącił Karen.

Kiedyś w wiosce Mowzes mieszkało 700 rodzin, ale połowa z nich wyjechała, po tym jak ich domy zostały zniszczone w wyniku azerskiego ostrzału (fot. Witold Repetowicz)

Konflikt o Górski Karabach. Zginął kolejny żołnierz

Armeński żołnierz zginął w poniedziałek w starciach na granicy Armenii z Azerbejdżanem – podało ministerstwo obrony Armenii. To 19. ofiara...

zobacz więcej

Granica wiary, ojczyzny i męstwa

Ormianie podkreślają, że o tym, czyja jest ta ziemia świadczą liczne tutejsze ormiańskie kościoły oraz chaczkary, czyli kamienne płyty z wyrytymi krzyżami i napisami pamiątkowymi. W Mowzes wznosi się też kościół, który jednak został wybudowany raptem 10 lat temu. – Wcześniejszy, z XV w., zniszczyli ci drudzy Azerbejdżanie – powiedział mi ojciec Abel Kartaszjan, tutejszy ksiądz. Później wyjaśnił, że mówiąc o „tych drugich Azerbejdżanach” miał na myśli Sowietów. Kościół w Mowzes też już jednak został ostrzelany. Stało się to w 2015 r., a uszkodzenia wciąż są widoczne. Koło kościoła stoi też chaczkar, na którym wyryto napis: „Granica wiary, granica ojczyzny, granica męstwa”.

Ormianie zarzucają Azerom atakowanie obiektów cywilnych na masową skalę. Drastycznym przykładem jest przedszkole w wiosce Ajgepar ostrzelane 14 lipca nad ranem, do którego uczęszcza 28 miejscowych dzieci. Pociski azerskie rozwaliły dach i ścianę jednego z pomieszczeń, a odłamki uszkodziły też sąsiednie sale. – Gdyby dzieci tu wtedy były, to doszłoby do masakry, nawet nie chcę o tym myśleć – powiedziała mi Tehmine Arakeljan, kierowniczka przedszkola. Dodała, że ostrzał przedszkola zdarza się regularnie, ale na taką skalę miał on miejsce po raz pierwszy.

Przedszkole w wiosce Ajgepar, na które spadły azerskie pociski (fot. Witold Repetowicz)

Azerowie i Ormianie protestują przed ambasadą w Warszawie

Przed ambasadą Azerbejdżanu zebrały się dwie grupy, obywateli Armenii i Azerbejdżanu. Przedstawiciele pierwszej z grup protestują przeciwko...

zobacz więcej

Schron w przedszkolu

– Jak strzelają, to nie wychodzimy na rower. Boję się wtedy, a jak jesteśmy w przedszkolu, to chowamy się wtedy w naszej kryjówce – powiedział mi z kolei trzyletni Alex Ajwazjan. Pozbawione okien pomieszczenie od lat pełni tam funkcję schronu, a jedna z matek wyjaśniła mi, że jak zaczyna się ostrzał, to starają się zająć dzieci zabawą i szybko zaprowadzić do tej kryjówki, tak by nie zdawały sobie sprawy z tego, co się dzieje i nie przeżywały traumy. Gdy spytałem dzieci, czy wiedzą, kto do nich strzela, zgodnie odpowiedziały: „Tak, Turki!”.

Przedszkole nie było oczywiście jedynym trafionym przez Azerów obiektem w tej wiosce. Łącznie pociski uszkodziły aż 47 domów. Najbardziej ucierpiał wznoszący się na wzgórzu, raptem 700 m od pozycji azerskich, dom pani Lidii, na który spadły aż cztery pociski. Warto dodać, że w pobliżu nie ma żadnego obiektu wojskowego.

Fragment zniszczonego dachu przedszkola w Ajgepar (fot. Witold Repetowicz)

Ta wojna w Europie trwa już 30 lat. Decyzje przywódców ZSRR mszczą się po latach

Rządząca Republikańska Partia Armenii wygrała niedzielne wybory parlamentarne w tym kraju. Jak podała w poniedziałek państwowa komisja wyborcza, po...

zobacz więcej

Nowa władza, nowe podejście

Dwa tygodnie po starciach ostrzelane wioski odwiedziła żona premiera Paszyniana, a następnie gubernator prowincji tawuskiej Haik Czobanian. Dla mieszkańców była to nowa jakość podejścia władzy do ludności, zwłaszcza, że żonie premiera nie towarzyszyła żadna świta, a ona sama zanocowała w zniszczonym domu p. Lidii, który wciąż narażony jest na strzały z azerskiej strony. Ponadto władze zobowiązały się do niezwłocznej odbudowy wszystkich zniszczonych domów. Energicznie postępujące prace budowlane w Ajgepar świadczyły o tym, że nie były to raczej czcze deklaracje. Przedszkole już jest na tyle odbudowane, że dzieci mogą się w nim znów bawić.

Nikol Paszynian doszedł do władzy po rewolucji, jaka wybuchła w Armenii w 2018 r. Odsunięte zostały wówczas skorumpowane elity związane z poprzednimi prezydentami Robertem Koczarjanem i Serżem Sarkisjanem. Zdaniem moich armeńskich rozmówców od tego czasu bardzo dużo się zmieniło: budowane są drogi, podwyższono pensje, a wszystkie posterunki wojskowe zostały wyposażone w bieżącą wodę, elektryczność oraz internet. Szybka odbudowa domów w strefie wojennej jest też częścią tych zmian.

Zamknięte lotnisko w wiosce W Ajgepar obecnie mieszka około 380 osób, ale zarejestrowanych jest dwa razy więcej. W wiosce nie ma jednak ani pracy, ani perspektyw, choć w czasach sowieckich działały tu aż trzy zakłady: monopolowy, tytoniowy i przetwórczy. Wszystkie trzy od 30 lat znajdują się jednak w zasięgu ostrzału azerskiego, a na początku lat 90. zostały zbombardowane i spłonęły. Działało tu nawet niewielkie lotnisko, z którego można było dolecieć do Erewania. – Pracowałam tam jako bufetowa, to były dobre czasy, dobrze się nam żyło – p. Lidia podzieliła się ze mną wspomnieniami.

– Zanim się to wszystko zaczęło, w naszych zakładach pracowało kilku Azerów z sąsiedniej wioski. I żyliśmy wtedy normalnie, my też jeździliśmy na tamtą stronę. Ale ich władza już od przedszkola uczy azerskie dzieci, że my Ormianie jesteśmy ich wrogami. U nas tak nie jest, nie czujemy do nich żadnej nienawiści. Chcemy tylko spokojnie żyć. Ale nam nie dają, już od ludobójstwa 1915 roku to się ciągnie – powiedział mi z kolei Arkadij, który przez 30 lat pracował w zakładzie tytoniowym. Ormianie twierdzą, że gdyby Turcja nie wspierała Azerbejdżanu, to byliby w stanie z łatwością pokonać sąsiada. Dodają jednak, że nie chcą wojny, a jedynie tego, by mogli żyć w pokoju na ziemiach, na których zawsze żyli.

Zobacz więcej