RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Wyścig o płeć, czyli rzecz o sprawiedliwości w sporcie

Caster Semenya od lat walczy o prawa biegaczek z podwyższonym poziomem testosteronu (fot. Getty Images)

W gronie najszybszych licealistek w USA są takie, które wciąż korzystają z męskich toalet. Zwolennicy ideologii gender coraz śmielej pukają do bram sportu, gdzie „tolerancja” może oznaczać nie tylko „akceptację”, ale i poświęcenie większości dla mniejszości.

Traktor rozpadł się na części. Rolnik z zakazem i kompletnie pijany

Traktor rozpadł się na części po zderzeniu z ciężarówką. Rolniczą maszyną kierował kompletnie pijany 61-latek, nic mu się nie stało. Teraz odpowie...

zobacz więcej

„Nie może być tak, że jakiś pan stwierdza nagle, że jest panią i ściga się z innymi paniami. W sporcie muszą być zachowane pewne standardy!” – piekliła się na Twitterze Martina Navratilova, pytana o opinię na temat transpłciowych atletów. „Jeśli masz penisa, nie powinieneś rywalizować z kobietami” – dodała, mniej lub bardziej świadomie wywołując ogólnoświatową dyskusję.

Tak radykalne stanowisko Słowaczki to spore zaskoczenie: gdy na początku lat osiemdziesiątych, u szczytu tenisowej sławy, przyznała się do homoseksualizmu, wylewano na nią przecież wiadro pomyj. Wie, jak to jest być „innym”, „obcym”, nieakceptowanym przez sporą część społeczeństwa. Z wielką dumą reprezentuje środowiska LGBT+, była też ambasadorką nowojorskiej organizacji „Athlete Ally”, walczącej z dyskryminacją w sporcie. „Była”, bo po zamieszczonych na początku lutego komentarzach podziękowano jej za współpracę. Taki wpis, akurat jej autorstwa, potraktowano jako zdradę i wbicie noża w plecy. Samą Navratilovą natychmiast posądzono też zresztą o transfobię.


***

Zarówno normy olimpijskie, jak i te obowiązujące w większości sportowych federacji, sprawiają wrażenie rozsądnego konsensusu: żeby mężczyzna czujący się kobietą mógł rywalizować z kobietami, musi przez co najmniej rok poddawać się kuracji hormonalnej. Dla transpłciowego lobby to jednak zbyt wiele: jeśli ktoś czuje się kobietą, tak powinien być traktowany, a wszelkie interwencje farmakologiczne nie są ani potrzebne, ani bezpieczne.

Po drugiej stronie barykady są ci, którzy przekonują, że ani rok, ani pięć lat nie wystarczy, by zniwelować naturalną przewagę biologicznych mężczyzn nad biologicznymi kobietami. Tu z pomocą przychodzi nauka: przemiany, zachodzące u chłopców w trakcie procesu dojrzewania, są trwałe, a wszelkie kuracje – choć obniżają poziom testosteronu i odbierają sporą część „mocy” – nie są w stanie tych różnic wyrównać. Tak to zostało wymyślone: mężczyźni mają większe serca (w budowie, nie w przenośni), bardziej wydajne płuca i więcej mięśni, dzięki czemu są szybsi i silniejsi od kobiet. Większe stopy, dłonie, klatka piersiowa – to atrybuty mniej ewidentne, ale wciąż, w wielu dyscyplinach, bardzo przydatne.

Niepodważalny argument? Skądże. „Biblią” środowisk transpłciowych stała się w tej materii publikacja Joanny Harper z 2015 roku. W „Dzienniku kultury i tożsamości sportowej” autorka dowiodła, że hormonalna rewolucja przyczynia się nie tylko do obniżenia liczby włosów na ciele, ale i „znacząco słabszych wyników sportowych”. To – jej zdaniem – przeczy teoriom o niezbywalnej przewadze, jaką mieliby mieć mężczyźni nad kobietami.

Krytycy wypominają jednak Harper wątpliwą próbę badawczą (testy przeprowadzono na zaledwie ośmiu osobach) i... brak obiektywizmu. Jeszcze na początku tego stulecia sama była bowiem nie Joanną, lecz Johnem.

Dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego nie miało to jednak znaczenia: między innymi za sprawą Harper, w 2016 roku – tuż przed igrzyskami olimpijskimi w Rio de Janeiro – podjęto decyzję o złagodzeniu przepisów dotyczących transpłciowych atletów. Okres wymaganej kuracji zmniejszono z dwóch lat do roku, zniesiono też obowiązek przechodzenia operacji zmiany płci. Prawicowe media straszyły „kobietami z bonusem na największych arenach świata”, lewicowe zapowiadały, że to dopiero początek walki z dyskryminacją ideologii gender.


***

Spór najbardziej widoczny jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie transpłciowych sportowców jest najwięcej. Według wszelkich badań, ich liczba rośnie z roku na rok, a największy skok notowany jest wśród nastolatków.

Tu do „akcji” wkraczają Andraya Yearwood i Terry Miller: postacie dla większości kibiców anonimowe, będące jednak przyczynkiem do powstania setek publikacji, reportaży i – poniekąd – wpisu Navratilovej.

Yearwood i Miller urodzili się chłopcami. Nie spisali jeszcze co prawda autobiografii, ale z artykułów na ich temat wyłania się obraz jednostek dość podobnych: aktywnych, otwartych, lubiących sport. Zamiast samochodów woleli lalki, jeszcze w szkole podstawowej regularnie przychodzili na zajęcia w sukienkach, a długie włosy nosili odkąd tylko sięgają pamięcią. Gdy pewnego dnia, już w liceum, Andraya poprosiła, by mówić o niej per „ona”, nie „on”, protestowało niewielu. „Dziewczyna w ciele chłopca”, jak sama się nazywa, zyskała przychylność i akceptację swojej małej społeczności. Choć nie przeszła żadnej kuracji, mogła z podniesionym czołem dołączyć do żeńskiego zespołu lekkoatletycznego.

Podobnie jak Terry Miller, trenowała i rywalizowała z dziewczynami. Złośliwości z tym związanych nie brakowało, raz na jakiś czas ktoś pozwalał sobie na nieprzyjemne docinki, ale obie nauczyły się traktować podobne ataki z wyrozumiałością. Ot, lokalne kontrowersje. Sława przyszła później. Sława, od której obie zawsze chciały uciec.

Andraya Yearwood i Terry Miller urodzili się mężczyznami, ale czują się kobietami (fot. YouTube.com)

Podczas stanowych zawodów licealnych, dwie wyrośnięte sprinterki wzbudzały wśród rodziców niemałą sensację. „Spojrzeliśmy na bieżnię i nie wiedzieliśmy, jak zareagować” – wspomina Bianca Stanescu, matka jednej z biegaczek. Terry i Andraya zajęły dwa pierwsze miejsca, dystansując konkurencję. Selina Soule, córka Stanescu, dobiegła szósta, tracąc szansę na stypendium. To przelało czarę. „Znamy wynik rywalizacji przed jej rozpoczęciem. To demoralizujące” – narzekała na mecie. „W pełni je wspieram i cieszę się, że żyją w zgodzie z własnymi przekonaniami. Powinny mieć prawo, by wyrażać siebie w szkole, ale sport funkcjonuje na nieco innych zasadach. Dzięki temu jest sprawiedliwy”.

Pod petycją o „ustanowieniu uczciwej konkurencji” podpisało się ponad sto osób, a Stanescu za punkt honoru wzięła sobie nagłośnienie problemu. „Problemu”, którym – jak przekonuje – nie są dwie transpłciowe dziewczyny, lecz obowiązujące prawo. A właściwie: jego brak.

Przepisy odnoszące się do zmagań olimpijskich i sportu zawodowego (w USA również uniwersyteckiego), na poziomie gimnazjum czy szkoły średniej zastosowania nie mają. „Centralny” przykaz dotyczy tylko tego, by kobiety rywalizowały z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami. Jaka jest jednak definicja kobiety? Czy spełnia ją Andraya Yearwood, która kobietą się czuje, ale posiada wszelkie męskie narządy?

W latach sześćdziesiątych, „podejrzane” sportsmenki udowadniały swoją kobiecość uchylając spodenki przed specjalną komisją. Poniżające przepisy szybko zniesiono, zastępując je raczkującymi dopiero testami DNA. Dziś to kwestia nie tyle badań, co – coraz częściej – ideologii. Nie wszędzie i nie zawsze. W Teksasie i kilku innych stanach (głównie na południu), decydujący jest akt urodzenia. „Płeć to biologiczna rzeczywistość, nie subiektywna decyzja” – powtarzają tamtejsze władze, nieugięte wobec wysiłków transpłciowego lobby.

Im dalej na zachód, tym normy jednak bardziej liberalne. W Connecticut, skąd pochodzą Yearwood i Miller, nie trzeba ani certyfikatów, ani kuracji, ani tym bardziej uchylania czegokolwiek. Dziś jedna z nich może czuć się dziewczyną i startować z dziewczynami, by tydzień później rywalizować wśród chłopców. Decyduje „poczucie przynależności płciowej”, co – zdaniem Stanescu, Navratilovej i sporej grupy osób – jest zwyczajnie niesprawiedliwe.

„Mężczyzna może zdecydować, że jest kobietą, brać hormony, jeśli wymaga tego organizacja sportowa, wygrać wszystko w zasięgu wzroku i być może nawet zarobić małą fortunę, a następnie odwrócić swoją decyzję i wrócić do płodzenia dzieci, jeśli sobie tego zażyczy" – napisała Słowaczka w felietonie dla „The Sunday Times”, rozszerzając przemyślenia z Twittera. Jej zdaniem, obowiązujące w niemal połowie amerykańskich stanów przepisy to „szalony precedens”, który – jeśli „przebije się” również do zmagań zawodowców – może zniszczyć kobiecy sport.

Legendarnej tenisistce wtóruje inna była mistrzyni, Brytyjka Sharron Davies. „Stopy Michaela Phelpsa mają rozmiar 50. Przeciętnej pływaczki – 36, może 37. Gdy którykolwiek mężczyzna zdecyduje się pływać z kobietami, nie będą miały szans” – przekonuje, stawiając sprawę jasno: jeśli mężczyźni po przemianie chcą profesjonalnie zajmować się sportem, powinna powstać dla nich specjalna kategoria.


***

Choć wśród sportowców transpłciowych gwiazdy pokroju Semenyi jeszcze nie ma, nie oznacza, że nie odnoszą żadnych sukcesów. Wręcz przeciwnie.

35-letnia Rachel McKinnon została w ubiegłym roku pierwszą transpłciową mistrzynią świata w kolarstwie. Atakowana przez internautów, tłumaczyła, że do wszystkiego doszła ciężką pracą. „Trenowałam 15-20 godzin tygodniowo, dwa razy dziennie... Nie, nie wystarczyło, że zeskoczyłam z kanapy” – komentowała ironicznie, przekonując, że fakt bycia stuprocentowym mężczyzną przez dwadzieścia dziewięć lat nie dał jej żadnej przewagi nad rywalkami. Każdego, kto uważa inaczej, określa jako „transfobicznego bigota”.

Nowozelandka Laurel Hubbard, wcześniej nazywana Gavinem, w 2017 roku – pięć lat po rozpoczęciu kuracji – zdobyła srebrny medal mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów, bijąc przy tym kilka rekordów kraju. Najbardziej pożądaną biegaczką na liście amerykańskich uniwersytetów jest CeCe Telfer, ochrzczona jako Craig, jako Craig występująca na zawodach jeszcze zeszłej wiosny. Yearwood i Miller już otrzymały propozycje stypendium od kilku prestiżowych uczelni...

Laurel Hubbard, wcześniej Gavin Hubbard, to jedna z najlepszych sztangistek na świecie (fot. Getty)

Przykładów jest więcej. Najbardziej jaskrawy to chyba Hannah Mouncey, która jeszcze jako Callum grała dla reprezentacji Australii w piłce ręcznej. Utalentowana na tyle, by rywalizować z panami, po transformacji jest niekwestionowaną gwiazdą zespołu żeńskiego. Co istotne: nie brakuje głosów, że obecność potężnej, ważącej ponad sto kilogramów Mouncey, stanowi zagrożenie dla rywalek. Te na jej tle wyglądają często jak młodsze siostry...

McKinnon, samozwańcza ambasadorka transpłciowych sportowców, nie widzi w tym niczego złego. Wszystkich, którzy nie podzielają jej przekonania, porównuje do... Josepha Goebbelsa, hitlerowskiego ministra propagandy. Ten, obserwując poczynania ciemnoskórego Jessego Owensa, miał powiedzieć do przyjaciół: „To niesprawiedliwe, że ktoś taki rywalizuje z innymi ludźmi. Równie dobrze mogłyby tu biegać jelenie lub gazele”. Zdaniem McKinnon, różnica wzrostu i wagi między największą a najmniejszą kobietą jest większa niż pomiędzy Mouncey i resztą szczypiornistek. „Czy w takich przypadkach ktoś zwraca komuś uwagę?” – pyta retorycznie.

Wtóruje jej Yearwood. „Cały sport opiera się na tym, że ktoś ma nad kimś przewagę. Ci z dłuższymi nogami mogą wyżej skakać lub szybciej biegać... Ci, którzy wychowali się w bogatszym domu, od najmłodszych lat mają dostęp do najlepszej infrastruktury, trenerów i odżywek. Nigdy nie wyrównamy szans” – przekonuje. Czy warto jednak pogłębiać różnice?



Liczba przeprowadzanych kuracji hormonalnych rośnie z roku na rok. „Za dużo i za szybko” – stwierdził na łamach BBC psychoanalityk Marcus Evans, zwracając szczególną uwagę na losy dzieci i nastolatków. Do Tavistock Centre, jedynej tego typu kliniki w Wielkiej Brytanii, zgłosiło się ich w zeszłym roku ponad dwa i pół tysiąca – o 400 procent więcej niż przed pięcioma laty.

„Dzieciństwo i dojrzewanie to czas, gdy młodzi ludzie poznają siebie, swoje ciało i otoczenie... Identyfikują się w tym okresie z różnymi osobami, różnymi grupami i różnymi aspektami własnego charakteru: zarówno tymi kobiecymi, jak i męskimi. Przechodzą rozmaite fazy, w trakcie których bezpieczniej jest nie podejmować tak ważnych decyzji” – tłumaczy Evans. „Nade wszystko, cały proces powinien trwać znacznie dłużej. Potrzebne są rozmowy i spotkania z psychologami, by ustalić, czy w ciele dziewczynki naprawdę siedzi chłopiec (lub odwrotnie). Tymczasem, w wyniku presji rodziców, wszelkich grup pro-trans i samych zainteresowanych, dąży się do tego, by przemiana nastąpiła jak najszybciej”.

Zagrożenie wynikające z takiego pośpiechu wydaje się oczywiste: co jeśli dziecko zmieni zdanie? Skutki kuracji, niezależnie od momentu, w którym dojdzie do jej ewentualnego przerwania, mogą być nieodwracalne. Jak wpłyną na dalsze życie takiej osoby?

Pytań jest więcej. Jakie powinno być nastawienie społeczeństwa do transpłciowości? Kto ma rację w sporze: ci, którzy przekonują, że kuracja hormonalna niweluje wszelkie potencjalne różnice między kobietą „normalną” a transpłciową, czy ci, którzy twierdzą, że te drugie zawsze będą miały nieuczciwą przewagę nad konkurencją? Dalej: czy mężczyźni, którzy identyfikują się jako kobiety, powinni móc bez przeszkód korzystać z damskich szatni i toalet? Jak traktować dzieci, które źle czują się we własnym ciele i domagają się zmiany płci?

Przyszłoroczne igrzyska w Tokio mogą być pierwszymi, podczas których transpłciowy sportowiec stanie na olimpijskim podium. Temat wróci i wracać będzie za każdym razem, gdy radość jednej odbędzie się kosztem drugiej. Czy obie mają takie same prawo do szczęścia?

źródło:
Zobacz więcej