RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Ruchy militarne na Morzu Śródziemnym: odstraszanie czy przygotowania do wojny?

W ostatnich dniach doszło do eskalacji napięć w ramach konfliktu na Morzu Śródziemnym i w Libii, w które mniej lub bardziej zaangażowanych jest kilkanaście państw z czterech kontynentów (fot. Tahir Turan Eroglu/Anadolu Agency/Getty Images)

Po zapowiedzi Turcji dotyczącej rozpoczęcia odwiertów na cypryjskich i greckich wodach oraz przeprowadzenia manewrów floty wojennej u wybrzeży Libii, na Morzu Śródziemnym zrobiło się gorąco. Potężne manewry morskie przeprowadził Egipt, a za parę dni ma je przeprowadzić Grecja razem z USA. Tymczasem turecki prezydent zaostrza retorykę, ale póki co nie realizuje swoich gróźb, które mogłyby wywołać wojnę Turcji z Grecją lub Egiptem.

Międzynarodowa gra wokół Iraku

W nocy z czwartku na piątek iraccy antyterroryści wkroczyli do bazy proirańskiej milicji Kataib Hezbollah w Bagdadzie. Dalszy ciąg zdarzeń rodzi...

zobacz więcej

Poważna groźba wojny

W ostatnich dniach doszło do eskalacji napięć w ramach konfliktu na Morzu Śródziemnym i w Libii, w które mniej lub bardziej zaangażowanych jest kilkanaście państw z czterech kontynentów. Zwiększyło się też zagrożenie przekształcenia się tego konfliktu w otwartą wojnę, w której przeciwko sobie staną państwa członkowskie NATO.

Spór dotyczy dwóch kwestii: wytyczenia granic wód terytorialnych oraz Wyłącznych Stref Ekonomicznych (EEZ) na Morzu Śródziemnym oraz tureckiego zaangażowania w wojnę domową w Libii po stronie związanego z Bractwem Muzułmańskim trypolitańskiego rządu tego kraju (GNA). Obie kwestie związane są z kolei z bogatymi zasobami ropy i gazu zarówno w Libii jak i na szelfie kontynentalnym we wschodniej części Morza Śródziemnego. Z kolei wspierane przez Turcję Bractwo Muzułmańskie uznawane jest za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa przez Egipt oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Ekspansja Turcji w Afryce niepokoi również Francję.

Tureckich roszczeń do wód Morza Śródziemnego i znajdujących się tam zasobów gazu nie popiera w zasadzie nikt. Są one też sprzeczne z ONZ-owską konwencją dot. prawa morskiego, której Turcja jednak nie jest stroną i twierdzi, że EEZ nie może być wytyczany w stosunku do wysp, a wyspy nie mają prawa do szelfu kontynentalnego. To pierwsze prowadzi do zakwestionowania prawa Cypru i Grecji do złóż gazu w obrębie ich EEZ (wokół Cypru i Krety) i możliwości poprowadzenia tam gazociągu (wspierany przez Unię Europejską projekt EastMed). To drugie generuje spór o wody terytorialne wokół greckich wysp na Morzu Egejskim, który w ubiegłym tygodniu zaostrzył się w związku z zapowiedziami Turcji dokonania odwiertów u wybrzeży greckiej wyspy Kastellorizo.

Wojna turecko-egipska wisi na włosku

Egipski prezydent ogłosił w sobotę, że armia tego kraju jest gotowa do zapewnienia bezpieczeństwa narodowego zarówno wewnątrz jak i poza jego...

zobacz więcej

Kurs Oruca Reisa na Kastellorizo

Kastellorizo to malutka wysepka znajdująca się raptem w odległości 2 km od tureckiego wybrzeża. Jest ona najbardziej oddalona od Grecji kontynentalnej, w zasadzie leżąc już poza basenem Morza Egejskiego tj. na Morzu Śródziemnym. Do Grecji wróciła dopiero w 1947 r. po 400 latach rządów osmańskich i 30 latach przynależności do Włoch. Turcja twierdzi, że Grecja nie ma prawa wytyczać wód terytorialnych wokół tej wyspy, gdyż znajduje się ona zbyt daleko od jej terytorium kontynentalnego. Taka interpretacja otworzyłaby drogę do zakwestionowania prawa wysp greckich nie tylko do EEZ, ale do wód terytorialnych w ogóle i przejęcia przez Turcji kontroli nad Morzem Egejskim, a także nad wodami wokół Krety, gdzie wkrótce odwierty ma rozpocząć francuski Total, działając na licencji wydanej przez Grecją.

21 lipca Turcja zapowiedziała wysłanie statku Oruc Reis w celu rozpoczęcia odwiertów u wybrzeży Kastellorizo jednocześnie wydając NAVTEX (ostrzeżenie dla żeglugi) dla obszaru Morza Śródziemnego między Cyprem i Kretą, zapowiadając tam odwierty swoich statków pod militarną eskortą. Grecja zareagowała natychmiast wydając NAVTEX na ten sam obszar i czas tj. do 2 sierpnia. Konfrontacja zbrojna zawisła na włosku, ale po rozmowach telefonicznych kanclerz Angeli Merkel z greckim premierem oraz tureckim prezydentem, Oruc Reis ostatecznie pozostał w porcie w Antalii. W niedzielę pojawił się jednak tweet ambasady Turcji w USA mówiący o rozpoczęciu wierceń wokół tej wyspy, co znów spowodowało postawienie greckiej floty w stan wysokiej gotowości bojowej. Po kilku godzinach ambasada skasowała jednak ten tweet, a Oruc Reis wciąż nie wypłynął z portu.

Sprawa Kastellorizo pokazuje, że Turcja bada, na ile może sobie pozwolić, ale niekoniecznie gotowa jest na zaangażowanie zbrojne mimo swej buńczucznej retoryki. Już w ubiegłym roku Turcja dokonywała nielegalnych odwiertów u wybrzeża Cypru i nie spotkało się to z efektywną reakcją Unii Europejskiej, która ograniczyła się do wydania potępień i ostrzeżeń, a także zapowiedzi sankcji. Tyle, że ostatecznie sankcje zostały nałożone raptem na dwie osoby fizyczne. Również spotkanie szefów dyplomacji krajów UE 13 lipca zakończyło się tylko kolejnymi deklaracjami bez podejmowania realnych działań. Niemniej póki co Turcja nie rozpoczęła zapowiedzianych wcześniej na lipiec wierceń na masową skalę wokół Cypru. Nie przeprowadziła też zapowiadanych na początku tego miesiąca manewrów swej floty u wybrzeża Libii.

Saudyjski problem USA

Agencja Reutera ujawniła, że na początku kwietnia Donald Trump zagroził zaprzestaniem wsparcia militarnego dla Arabii Saudyjskiej, jeśli ta nie...

zobacz więcej

Front libijski – groźba wojny z Egiptem

Tureckie zaangażowanie w wojnę domową w Libii wzrosło od czasu podpisania z rządem trypolitańskim (GNA) umowy w sprawie EEZ w listopadzie ub.r., której towarzyszyły porozumienia w sprawie współpracy wojskowej. GNA stało się tym samym jedynym podmiotem uznającym turecką interpretację prawa morskiego. Tyle, że umowa zawarta między GNA a Turcją nie została ratyfikowana przez libijski parlament, co jest wymagane na mocy międzynarodowych ustaleń, na których GNA opiera swą pretensję do bycia legalnym rządem Libii. Parlament wspiera natomiast stronę przeciwną w wojnie domowej w Libii i potępia obecność Turcji w tym kraju. Zwiększenie zaangażowania Turcji w Libii doprowadziło jednak do odepchnięcia sił gen. Chalify Haftara (LNA wspierające parlament w Tobruku) spod Trypolisu i podejścia milicji wspierających GNA pod Syrtę i Dżofrę. To z kolei spowodowało postawienie armii egipskiej w stan gotowości bojowej. Egipski prezydent Abdelfatah as-Sisi zapowiedział, że przekroczenie linii Dżofra-Syrta przez GNA zmusi Egipt do interwencji militarnej w Libii.

Zaangażowanie Turcji w Libii stanowi ogromne zagrożenie dla bezpieczeństwa Egiptu, gdyż Sisi doszedł do władzy odsuwając od niej w wyniku zamachu stanu rząd oparty na Bractwie Muzułmańskim. Tymczasem Turcja (razem z Katarem) wspiera Bractwo Muzułmańskie, bo partia rządząca w niej wywodzi się z tego samego nurtu, a poza tym Erdogan w Bractwie Muzułmańskim widzi klucz do realizacji swoich neoosmańskich wizji imperialnych. I to właśnie niepokoi świat arabski z Egiptem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi oraz Arabią Saudyjską na czele. Turcja obecnie kontroluje już w Libii bazę lotniczą al Watija oraz chce stworzyć bazę morską w Misracie. To oraz dalszy marsz sił związanych z Turcją na wschód do granicy z Egiptem jest nie do zaakceptowania przez Kair, gdyż Turcja i oparty na Bractwie Muzułmańskim rząd libijski mogliby zacząć zbrojnie wspierać zdelegalizowane w Egipcie Bractwo Muzułmańskie, doprowadzając do podobnej wojny domowej jak ta, która wciąż trwa w Syrii.

Emir nie żyje, co na to Afryka?

Informacja o zabiciu Abdelamaleka Drukdela przez Francuzów w północnym Mali została zepchnięta na margines przez doniesienia o kolejnych protestach...

zobacz więcej

Manewry odstraszyły Turcję?

Ataku na Syrtę póki co nie było. Za to zbombardowano bazę al Watija i choć nie wiadomo, czyje samoloty to zrobiły, to najprawdopodobniej były one albo egipskie albo emirackie. Póki co nie można tego jednak nazwać jeszcze wojną z Turcją, gdyż zniszczono jedynie tureckie drony. Turcja póki co opiera swoje zaangażowanie w wojnę w Libii na pomocy sprzętowej oraz najemnikach syryjskich i tunezyjskich. Z przerzutem większych sił może mieć jednak problem, gdyż Egipt na to nie pozwoli. Turcji nie udało się również przekonać Tunezji do sojuszu, mimo że jedną z głównych sił rządzących w Tunisie jest również Bractwo Muzułmańskie. Ostatnio pojawiły się jednak doniesienia, że Turcja próbuje zawrzeć umowę o współpracy militarnej z Nigrem i Czadem oraz założyć w tych krajach swoje bazy. Byłoby to sensacyjne, gdyż kraje te są sojusznikami Francji, która również jest w konflikcie z Turcją. Między innymi właśnie dlatego, że ekspansja Ankary w rejonie Sahelu stanowi zagrożenie dla tamtejszych interesów francuskich.

Po zapowiedzi Turcji przeprowadzenia manewrów u wybrzeży Libii, swoje manewry morskie na ogromną skalę przeprowadził na początku lipca Egipt. Ponadto w sobotę przeprowadzono kolejne ćwiczenia, tym razem wspólnie z Francją, w których uczestniczyła egipska fregata Tahya Misr oraz francuska Aconit. W tym samym czasie USA skierowały na Morze Śródziemne swój lotniskowiec Eisenhower, który wraz z 12 innymi okrętami amerykańskimi oraz greckimi F-16 ma uczestniczyć w grecko-amerykańskich manewrach w rejonie Krety. Decyzje te podjęte zostały m.in. po rozmowie telefonicznej francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona z Donaldem Trumpem, po której ten pierwszy wyraził zadowolenie w krótkim, ale wiele mówiącym tweecie. Warto dodać, że licencję cypryjską na odwierty otrzymał również Exxon, który na początku tego roku doprowadził do przyjęcia przez Kongres ustawy wspierającej Cypr. Za tą rezolucją lobbowały zresztą też organizacje żydowskie, gdyż Izrael również jest w projekt EastMedu.

Nowy iracki rząd, wszyscy zadowoleni?

W nocy ze środy na czwartek iracki parlament zatwierdził nowy rząd Mustafy al-Kazimiego, kończąc w ten sposób półroczny okres politycznego kryzysu...

zobacz więcej

Do akcji wkracza też Izrael

Izraelskie, egipskie oraz cypryjskie złoża gazu na Morzu Śródziemnym sąsiadują ze sobą, co generuje wspólne interesy w przesyle tego gazu do Europy w ramach projektu EastMed. Jest on oczywistym zagrożeniem dla interesów zarówno Rosji jak i Turcji z uwagi na plany Rosji eksportu swojego gazu do południowej Europy drugą nitką gazociągu Turkish Stream. Izrael od dawna ma przy tym napięte relacje z Turcją, choć ich wyrazem jest bardziej widowiskowe wzajemne obrażanie się przez premiera Natenyahu i prezydenta Erdogana niż jakiejś realne wrogie działania. Niemniej w ubiegłym tygodniu Izrael postanowił zwiększyć swoje zaangażowanie w spór na Morzu Śródziemnym poprzez przystąpienie do projektu budowy gazociągu EastMed, który miałby zatem pompować również izraelski gaz do Europy przez Cypr i Grecję oraz, co najistotniejsze, przez obszar Morza Śródziemnego, który Turcja uznaje za swój EEZ. To oczywiście nie oznacza, że Izrael gotowy jest do przyłączenia się do ewentualnych działań zbrojnych przeciwko Turcji, o ile takie wybuchną, ale bez wątpienia wpływa na geopolityczną sytuację.

EastMed nie jest oczywiście jedynym powodem tego konfliktu związanym z węglowodorami, gdyż rywalizacja dotyczy również złóż znajdujących się w samej Libii. Wiele jednak wskazuje na to, że przeprowadzane na Morzu Śródziemnym manewry zadziałały na Turcję odstraszająco. Turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan wprawdzie kilka dni temu w bardzo agresywnym telewizyjnym wystąpieniu rzucił wyzwanie krajom „stojącym na drodze realizacji tureckich celów”, stwierdzając, że Turcja nie zawaha się rozstrzygnąć sporu na polu bitwy, ale może to być równie dobrze kolejna zagrywka, by wyjść z twarzą przed własną opinią publiczną, robiąc de facto krok w tył.

Jak nie ISIS, to Turcja, kwarantanna w trumnie

Pandemia koronawirusa nie tylko nie powstrzymała aktywności Państwa islamskiego (ISIS), ale spowodowała, że ataki tej organizacji w Syrii i Iraku...

zobacz więcej

Więcej dymu niż ognia?

Temu samemu celowi mogą służyć inne symboliczne działania Turcji takie jak przekształcenie Hagia Sophia w meczet czy też kwestionowanie traktatu z Lozanny, który 97 lat temu ustalił granice Turcji. Pierwsze piątkowe modły w Hagia Sophia odbyły się zresztą równo w 97. rocznicę podpisania tego traktatu, a Turcy, w tym sam Erdogan, w ubiegłych latach wielokrotnie kwestionowali granice z Grecją, Bułgarią, Syrią czy Irakiem, publikując różnego rodzaju mapy „wielkiej Turcji”. Tyle że póki co nic z tego nie wynikło.

Kwestionowanie traktatu z Lozanny to zresztą miecz obusieczny. W 1923 r. było on uważany przez samego Ataturka za ogromny sukces, gdyż doprowadził do zniweczenia traktatu z Sevres, którego równa setna rocznica podpisania minie 10 sierpnia. Według tego traktatu cała Tracja oraz Izmir miały przypaść Grecji, cieśniny Bosfor i Dardanele miały być pod międzynarodową kontrolą, w dzisiejszej południowo-wschodniej Turcji miał powstać niepodległy Kurdystan ze stolicą w Diyarbakir, a Kars, Van, Erzurum, Bitlis i Trabzon miały należeć do Armenii. Nic zatem dziwnego, że hasło „Sevres 2.0” zyskało ostatnio na popularności wśród Greków.

Erdogan zapewne zdaje sobie sprawę, że konfrontacja zbrojna z siłami blokującymi ekspansję turecką w basenie Morza Śródziemnego oraz w Afryce Północnej (choćby tylko Egiptem i Grecją) może być dla Turcji i dla niego osobiście katastrofalna. Pytaniem otwartym jest jednak to, na ile uznaje tę groźbę za realną, a na ile, przyzwyczajony do ciągłych ustępstw Europy wobec kolejnych jego żądań, zakłada, że jego przeciwnicy tylko blefują. Jeżeli jednak groźby Turcji dotyczące jej działań na Morzu Śródziemnym i dalszej ofensywy w Libii skończą się tylko na słowach, to nie można wykluczyć, że dla odwrócenia uwagi własnej opinii publicznej od takiej porażki, postanowi odbić sobie na innym froncie. I w tym kontekście groźnie brzmi bardzo silne tureckie zaangażowanie po stronie Azerbejdżanu w ostatnich starciach azersko-armeńskich.

źródło:
Zobacz więcej