RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Co tak naprawdę kryje się za kampaniami profrekwencyjnymi

Ci, którzy tak mocno zaznaczają swoją „europejskość” robią wszystko, żeby w Polsce nie doszło do rozwiązań znanych z Zachodu (fot.Facebook/dlaciebietamide)

Dzisiejsza Polska to kraina pełna paradoksów i odwróconych pojęć. Zwłaszcza w świecie polityki. Ci, którzy najgłośniej wołają o zgodzie i walce z nienawiścią, okazują się twórcami zorganizowanego przemysłu nienawiści, najbardziej hejterskich i fejkowych stron, takich jak SokZBuraka. Ci, którzy tak mocno zaznaczają swoją „europejskość” robią wszystko, by w Polsce nie wprowadzono rozwiązań znanych z Zachodu. Zawołanie „wolne sądy” oznacza wolne od jakiejkolwiek reformy i w pełni dyspozycyjne wobec jedynie słusznej partii, jej satelitów oraz przestępców zarabiających na reprywatyzacji. Zaś postulat „wolne media” to nic więcej wizja idealnej „demokracji”, w której prawo do zabierania głosu w debacie publicznej będą mieli tylko dziennikarze „GW”, TVN-u i ich klony.

Ofiary Zagłady na ołtarzu ideologii LGBT

Cała totalna opozycja, wraz z zaprzyjaźnionymi z nią mediami, zatrząsła się z oburzenia. Na Polskę, po raz czterdziesty siódmy w tym roku, spadło...

zobacz więcej

Przykłady tego typu można mnożyć. Zasadzają się one po prostu na najbardziej bezczelnym oszustwie zabezpieczonym szantażem moralnym. Mówimy o najszczytniejszych ideach, czynimy coś zupełnie odwrotnego, a gdyby ktoś ośmielił się nam na to zwrócić uwagę, zrobimy z niego przeciwnika wspomnianych idei. Bardzo podobnie jest z, jakże częstymi w tych gorących politycznie dniach, kolejnymi nakłaniającymi do udziału w wyborach kampaniami, mającymi w ten sposób „krzewić społeczeństwo obywatelskie”.

Kampania zachęcająca do partycypacji w głosowaniu? W teorii nic złego. Więcej, bardzo szczytna to idea, odwołująca się tak naprawdę do tego, co najważniejsze i najpiękniejsze w naszym systemie politycznym - czyli udziału obywateli we współtworzeniu własnej wspólnoty.

Demokracja to rządy świadomej siebie wspólnoty, w której każdy, spełniając określone warunki, może mieć prawo do współrządzenia. Na tej zasadzie wybory są świętem dojrzałego społeczeństwa, które, znając swoje prawa, chce rządzić i tworzyć swoją rzeczywistość. Które ufa samo sobie oraz państwu, którego kształt jest emanacją tejże wspólnoty wyborów politycznych.

Wybory to więc najważniejszy politycznie moment, gdy, mimo różnic, wśród obywateli następuje wzajemne uznanie zasad wyboru swoich reprezentantów. Właściwie najważniejsze jest tu słowo „wspólnota”. To na nim opiera się społeczeństwo obywatelskie. Ludzi, którzy, mimo różnic światopoglądowych, wiedzą, że są pewną całością, która tworzy dalej państwo. Że wszyscy są obywatelami, których przywilejem i obowiązkiem jest wspólna władza.

SokzBuraka chciał ośmieszyć TVP. Uderzyli w TVN24

Hejterski profil SokzBuraka, ostatnio mocno wspierający kandydata PO na prezydenta, znowu dopuścił się kłamstwa. Prowadzący ten profil podali, że...

zobacz więcej

„Pozytywne” kampanie lękiem podszyte

Tyle jeśli chodzi o szczytne idee i górnolotne hasła. Zastanówmy się teraz, czy, patrząc na dominujące dziś w przestrzeni publicznej kolejne kampanie wzywające do udziału w wyborach, mamy do czynienia z działaniami na rzecz społeczeństwa obywatelskiego? Na rzecz pogłębienia świadomości wspólnoty, konieczności pracy nad nią, współuczestniczenia w jej życiu w taki sposób, żeby realizować wspólne dobro? W końcu - czy są one sposobem wzbudzania zaufania do państwa i jego instytucji? Czy są wspomnianym już „świętem demokracji”? Oczywiście, wystarczy tylko trochę „poskrobać” powierzchnię tych pełnych jakże górnolotnych sloganów, inicjatyw i okazuje się, że są one wręcz zaprzeczeniem wszystkiego, co można byłoby nazwać obywatelskim. A pierwotnym uczuciem, które stoi u źródła ich powstania - jest lęk.

Niedawno swoje pięć minut w mediach miał Zbigniew Boniek, który raczył podzielić się z użytkownikami mediów społecznościowych swoją mądrością o treści: „Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludźmi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska”. Kretynizmu tego stwierdzenia nie warto chyba specjalnie komentować. Wszystko „podane na talerzu”. Otóż są ludzie, którzy nie powinni mieć prawa decydować o tym, kto nimi rządzi, jako kryterium powinny posłużyć wiek i wykształcenie. Tego typu bełkot usiłuje się nam sprzedawać w Polsce od lat.

Jednak co innego w tej całej sytuacji było ciekawe. Otóż Boniek, poza wspomnianą mądrością, jednocześnie raczył w tym samym czasie podzielić się swoim wsparciem dla kampanii zachęcającej do udziału w wyborach. Paradoksalne, sprzeczne? Nie bardzo, jeśli tylko odpowiednio zagłębić się w sposób przedstawiania świata, jakim operują twórcy i uczestnicy większości profrekwencyjnych kampanii, związani z szeroko pojętym obozem politycznym bliskim, jak się wydaje, Bońkowi.

Idealnym przykładem są ostatnie akcje różnych celebrytek i celebrytów, w sposób dość oczywisty nastawionych na poparcie jednego kandydata. Istnieje w nich tak naprawdę tylko dynamika negatywna, a celem ich przekazu jest lęk, podział i pogłębienie poczucia wyobcowania od reszty wspólnoty. Ich zasadą nie jest nakłanianie pozytywne, poprzez zachęcanie do „współtworzenia”. Odwrotnie - podstawowe słowa, którymi operują mają wywołać u odbiorcy (którym, co też oczywiste, nie ma być każdy ze wspólnoty, ale osoba już o określonych poglądach) wrażenie tego, że jest zagrożony, że może mu się coś stać.

Kolejny fake news SokuzBuraka. Poseł PO „rzucił słuchawką”

Hejterski profil rozpowszechnia informację, że Kancelaria Prezydenta kupiła pierwszej damie apaszkę za 18 tys. zł. Post o takiej treści polubili...

zobacz więcej

Apokaliptyczne dzielenie Polaków

Przykładowa kampania organizowana przez samorząd Warszawy, w której główny nacisk kładzie się na fakt, że jeśli nie zagłosujesz, to się już nie będziesz „liczył”. W ostatniej akcji celebrytek - plansze z napisami „jeszcze zdążysz” i „możesz coś zmienić” - podsuwany opis rzeczywistości jest jasny - istnieje zagrożenie, istnieje zło. Chce ono wpływać na Twoje życie. Sytuacja jest właściwie apokaliptyczna - ale masz, jak w jakieś kiepskiej sensacji, te ostatnie kilka sekund, jeszcze „zdążysz” tę bombę dezaktywować. A co to za zło? Odpowiedź prosta - to inni, którzy głosują. To oni są twoim wrogiem. To oni przynoszą ci zagrożenie.

Pójście na wybory nie ma być więc elementem współtworzenia wspólnoty i jej świata, ale odwrotnie - aktem ograniczenia innych obywateli, pokonania ich, wykluczenia. Ciężko to jakkolwiek uznać za wizję społeczeństwa obywatelskiego. Raczej łatwo dostrzec w tej narracji fundamentalny grzech polskiej transformacji, grzech, który wciąż infekuje Polskę - czyli przeświadczenie, że istnieje pewna część tych dobrych, lepszych Polaków, już europejskich i beznadziejny motłoch, który zrobi wszystko, by Polska nadal była krajem trzeciego świata. W tym ideowym koszmarku jest wszystko - dystynkcja, zawiść, a co najważniejsze - strach i kreowanie wroga. Niewiele ma to wspólnego z obywatelskim podejściem, przypomina za to - odwołując się do tak częstych i lubianych kasandrycznych porównań liberałów - minione reżimy.

Jednak do najmocniejszych przykładów ukrywania pogardy, szczucia i wywoływania strachu pod płaszczykiem szczytnego zawołania o partycypacji w wyborach należy słynna akcja „nie świruj” oraz rysunek satyryczny w „Gazecie Wyborczej”. Tam decyzję o pójściu lub nie na wybory przyrównano do pozwolenia (w sytuacji rezygnacji z głosowania) na to, by obcy weszli do twojego domu i zaczęli go demolować, ustawiając w nim wszystko nie tak jak chcesz.

W pierwszym wypadku sytuacja jest prosta - chodzi o wskazanie, że głosując na jedynie słuszną partię, nie będziesz świrem. W drugim warto zwrócić uwagę, jak radykalnego porównania, choć w dość „zabawowej formie”, użyto. Otóż ci źli, ci co głosują nie tak jak trzeba - wejdą do twojego domu, będą ustawiać ci życie, będą cię chcieli zdominować. Okazuje się, że Polska to nie jest jeden dom. Że każda z grup jest zamknięta w swoich przestrzeniach i musi teraz walczyć o to, by ta druga nie miała prawa wstępu… Cóż, zapewne twórcy tego typu „akcji” już tak długo są przesiąknięci pogardą, że czynią to wszystko nawet nieświadomie. Ale dla całej reszty Polaków powinien być to kolejny dowód na to, że w Polsce ci, którzy najgłośniej krzyczą o „standardach europejskich” i lubią wycierać swoje buzię „wartościami Zachodu”, nie mają z nimi nic wspólnego. Reprezentują zupełnie inny system aksjologiczny, a tym, czego najbardziej nie chcą i czego się najbardziej boją - to właśnie społeczeństwo, które działa wspólnie, które, mimo różnic, jest w stanie współpracować - a nie trwać w stanie ciągłej wojny domowej.

źródło:
Zobacz więcej